Magdalena Rabizo-Birek. Opowieści łowczyni snów

Spis treści numeru 4/2009

Opowieści łowczyni snów

 

Pisanie o książce, która kandydowała do jednej z najważniejszych polskich nagród literackich, nie jest proste. Wyrok krytyczny już wydano – Księga ocalonych snów Krystyny Sakowicz została uznana przez jurorów Nike za jeden z dwudziestu najciekawszych utworów wydanych w 2008 roku. Jeszcze przed publikacją uhonorowano ją Nagrodą Fundacji Kultury. Zgadzam się z pozytywnymi sądami krytyków, ale nie ułatwia mi to recenzenckiego zadania. Zresztą o tym, że zarówno czytanie prozy Sakowicz, jak i pisanie o niej sprawia trudności, przekonałam się już przed laty, gdy ukazały się poprzednie książki tej autorki: Po bólu i Śnienie. Księgę ocalonych snów przeczytałam dwukrotnie, powoli i z uwagą, ale wciąż umyka wysłowieniu jej subtelna treść – materia snów, i przesłanie, którym, jest – być może – wyrażanie intuicji (przeświadczenia?) o złożonej, holistycznej naturze bytu. A składa się on, wedle pisarki, zarówno z tego, co widzimy, z tego, o czym śnimy, jak i z tego, co jest poza oczami duszy i ciała, poza rozumem, intuicją, wyobraźnią i siódmym zmysłem – klucz, rozwiązanie zagadki lub droga poznania ukryte są właśnie w snach.
Takie przemyślenia Sakowicz ujmuje w formie poetyckich aforyzmów, np.: Śnienie prowadzi do nieznanej i uroczystej części losu, przed którą drżymy wszyscy lub też w bardziej rozbudowanych rozważaniach natury quasi-eseistycznej: W snach świata jest to, czego świat nie chce, czego nie zna, nie wie, nie pojmuje, na co nie zważa, co lekceważy albo na odwrót, nie zamierza tego tolerować. Jako całość, niczego nie może się pozbyć, usunąć poza obręb, gdzie nie ma nic poza światem i wszystko, co wydane na świat jest nim. Dlatego są sny. Osama bin Laden jest snem świata o zemście. Matka Teresa jest snem o miłosierdziu. Ludzie w depresji śnią naszą rozpacz. Mieszkańcy śmietników są koszmarami o zbędności. Wszyscy śnimy się sobie nawzajem przejrzani na wylot. Każdy śni sny należące do wszystkich, gdyż w bezgranicznej przestrzeni świata niemożliwa jest prywatna własność snów. Sny tworzą pole nieznanego jawie sensu, w którym to, co odległe i bliskie, zrozumiałe i niepojęte, pozostaje z sobą ściśle powiązane.
Nie jest łatwo zaklasyfikować książki Sakowicz. Z pewnością jej pisarstwo stanowi modelową reprezentację awangardowej prozy propagowanej przez miesięcznik „Twórczość”, która bywa też nazywana – od nazwiska jej czołowego teoretyka i krytyka – „szkołą Berezy”. Prozaicy, którzy są do niej zaliczani, eksperymentują w dziedzinie genologii, narracji i stylistyki, czego rezultatem bywają: rodzajowy i gatunkowy synkretyzm, spotęgowana intertekstualność utworów, jak również – skomplikowane relacje między autorem, narratorem i bohaterem oraz między światem przedstawionym a rzeczywistością. Literatura „twórczościowa” – niezależnie od tego, jak ekscentryczne by w niektórych realizacjach przybierała formy – jest przez autorów traktowana bardzo poważnie: jako źródło poznania i najdoskonalsza forma ludzkiej ekspresji.
Nie znam wszystkich książek Krystyny Sakowicz, ale trzy ostatnie, opublikowane po roku 1989, różnią się od siebie w sposób zasadniczy (w przypadku Po bólu i Śnienia wydaje się nawet, jakby napisały je całkiem inne osoby). Po bólu to quasi-dokumentalny zapis życia przeciętnej Polki w latach po stanie wojennym, przypominający nieco Pamiętnik z powstania warszawskiego Mirona Białoszewskiego (w obu przypadkach chodzi o iluzję odtworzenia żywego, mówionego słowa, gawędy lub rozmów). Śnienie jest skatalogowanym wedle tematów zbiorem snów oraz napisanym „snomową” traktatem na ich temat (termin ten na określenie językowego zapisu snów stworzył Bohdan Zadura). Natomiast Księga ocalonych snów to antologia osobliwych esejów o sztuce, literaturze, o najważniejszych doświadczeniach pisarzy i artystów, o ich życiu na jawie i w snach.
Bohaterami kolejnych tekstów są: Karen Blixen (Śnienie sprzed snów), genialny tancerz i choreograf Wacław Niżyński, który u szczytu kariery popadł w obłęd (Człowiek jako sen), Maria Dąbrowska (Sny stamtąd), rosyjski malarz, scenograf i podróżnik – Nikołaj Roerich (Podróż do snu) oraz Jan Lechoń (Życie w snach). Osobliwość esejów wynika z ich stylistycznego bogactwa. Sakowicz pisze niezwykle pięknym, poetyckim językiem (momentami wręcz przeestetyzowanym), który łączy umiejętnie z eseistycznym dyskursem, wzbogaca o fikcjonalne mikronarracje i inkrustuje precyzyjnymi opisami, np.: Karen widzi te same krajobrazy jako niemające „sobie równych na całym świecie”. Widzi tę samą ziemię i jej kolory przypalone, mdłe. Widzi trawę. Cienie na trawie. Cierniste zarośla. Już ten krótki fragment ukazuje pracę wyobraźni i charakter dźwiękowo-językowych skojarzeń, budujących łagodny, spokojny rytm i szczególną, „impresjonistyczną-ekspresjonistyczną” (jak wspominana często w książce baletowa muzyka Strawińskiego) melodię jej prozy.
Ponadto proza Sakowicz stanowi literaturę „drugiego stopnia”. Jest nadbudowana nad interpretowanymi tekstami: Pożegnaniem z Afryką i Listami z Afryki Blixen, intymnymi zapiskami Niżyńskiego, prozą i Dziennikami Dąbrowskiej, książkami podróżniczymi Roericha, Dziennikiem Jana Lechonia. Teksty te są obficie przytaczane (w wydaniu książkowym cudze słowa wyróżniono kursywą), a odmienność przyjętych zasad cytowania od norm obowiązujących w książkach naukowych czy w tradycyjnej eseistyce polega na tym, że cytat nie odróżnia się zbytnio od tekstu oryginalnego, ale weń wnika i łączy z nim w sposób bardzo naturalny. Ta sztuka pisarce udaje się z powodu jej warsztatowego kunsztu, jak i pokrewieństwa słownej materii – opisy snów, krajobrazów, marzeń, refleksje egzystencjalne, przeżycia wewnętrzne, objawienia mistyczne u różnych autorów przybierają podobne formy słownego wyrazu.
Wybór bohaterów esejów jest wszak w pełni autorski, własny i – choć czasem narratorka deklaruje swoją obcość czy odmienność (np. wobec Lechonia czy Dąbrowskiej) – finalnie dochodzi jednak do zrozumienia owych bohaterów i współodczuwania z nimi. Dowód może stanowić fragment na temat wróżenia, które, moim zdaniem, przejrzyście kryptonimuje refleksje autotematyczne: W pracy wróżbiarskiej odkrywamy wciąż na nowo tajemnicę współodczuwania. Współodczuwania, Wspólnego czucia. Teraz i zawsze. Nad czymś tak wspólnie czuwać, czyjś ból czuć jak swój? (…) To nawet nie idzie przez wyobrażenie, ale przez wniknięcie, w ciągu sekundy wpuszczenie w siebie reszty świata ze wszystkimi szczegółami. Nie ma na to prawa przyczyny i skutku. Tak po prostu jest. Nieskończona jest przenikliwość oczu, uszu, włosów, skóry i paznokci. W końcu dochodzimy do tego, że nic nie istnieje osobno, osobiście. Czucie jest współudziałem we wszystkim, co się stało, a gdyby było inaczej, świat zniknie.
Technika pisarska zastosowana w Księdze ocalonych snów przypomina tkanie drogocennej makaty, w którą włącza się złote lub srebrne nici i którą zdobi się klejnotami. Może też budzić skojarzenia z muzyką, np. z typem kompozycji zwanych wariacjami, lub – bardziej współczesne porównanie – z samplowaniem. Warto też podkreślić walory intersemiotyczne prozy Sakowicz, która wypowiada się na temat tańca, baletu, scenografii, malarstwa, architektury i sztuki sakralnej Dalekiego Wschodu. Odkryciem pisarki w poprzedniej książce o fenomenie snów było zwrócenie uwagi na ich warstwę intelektualną (myślenie oniryczne) i obecność dźwięków, niemniej dominantą pozostają obrazy, które można starać się „przełożyć” na sztuki wizualne (malarstwo, fotografię, teatr, film, balet, operę) albo próbować ewokować przez słowne opisy. Z kilku powodów książka Sakowicz kojarzy mi się z filmem niemym z napisami i muzyką z offu, zwłaszcza ze starym kinem przygodowym, dokumentami, filmami podróżniczymi, kadrami z kronik filmowych, a także z eksperymentalnymi, poetyckimi impresjami twórców Wielkiej Awangardy. Może dzieje się tak dlatego, że ludzie, o których opowiada, urodzili się pod koniec XIX wieku i żyli w pierwszych dekadach wieku XX, a może dlatego, że ówczesny czarno-biały zapis filmowy, choć dziś odbierany bywa jako zdeformowany i odrealniony, paradoksalnie, dobrze oddaje osobliwość świata snów?
Co łączy bohaterów książki Sakowicz? Czy jest to pobratymstwo duchowe z autorką, wspólne zainteresowanie fenomenem snu, pogoń za marzeniami, bycie artystami-wizjonerami? Na pewno cechował ich poznawczy niepokój, pragnienie przekroczenia własnej kondycji oraz chęć poszerzenia horyzontu poznania przez otwarcie się na przestrzenie wewnętrzne – duchowe i irracjonalne, na inne kultury i religijne wtajemniczenia. Wyprawiali się w głąb nieznanych lądów, poznawali inne narody i plemiona, wędrowali przez groźne, egzotyczne krainy. Na jawie wkraczali w sny ludzi Zachodu, jak Karen Blixen w Afryce i Nikołaj Roerich, podróżujący z rodziną po Indiach, Chinach, Tybecie i Mongolii. Należeli do pokolenia niespokojnych duchów, buntowników, rewelatorów i odkrywców – urodzonych u schyłku XIX wieku wędrowców Wschodu, jak ich nazwał wielki mistrz Sakowicz – Carl Gustaw Jung (również przecież przedstawiciel tej generacji).
Podnosili zasłonę widzialnego, zgłębiali tajemnicę istnienia, interesowali się snami i czerpali z nich wiedzę, jak Dąbrowska i Lechoń. Doświadczali wizji, olśnień i objawień, w których zacierała się granica między jawą a snem, jak to było z Wacławem Niżyńskim, nazywanym pięknie przez Sakowicza „snem tego świata”. Autorka zwraca przy okazji uwagę na patologie nowoczesnej psychiatrii – mistyczną odmienność, charyzmatyczną świętość, dla której w dawnych kulturach było zarezerwowane szczególne miejsce: szamana, wieszczka, jurodiwego, klasyfikuje się obecnie jako chorobę umysłową i leczy w zakładach zamkniętych. Ocala się ciało, niszczy ducha, zabezpiecza się społeczeństwo przed odmiennością, ale i odcina od dawnych, wiekami sprawdzonych doświadczeniem, choć niekoniecznie racjonalnych i naukowych, źródeł poznania tajemnic bytu.
Ostatni tekst książki, Pismo snów, jest szczególnym dziennikiem – zapisem wydarzeń, tych na jawie i onirycznych, z roku 2001; roku, który rozpoczął nowe stulecie i milenium. Można o tym przedsięwzięciu pomyśleć jako o swoistym eksperymencie poznawczym. Wiadomo wszak, jak duże znaczenie ludzie przywiązują do przełomowych dat: często wiążą z nimi – przynajmniej od czasów narodzin chrześcijaństwa – przeczucia apokaliptyczne lub, za takimi badaczami religii jak Mircea Eliade, widzą w nich swego rodzaju akt założycielski, serię brzemiennych w znaczenia wydarzeń, które dokonują się jednocześnie w czasie i poza czasem, in illo tempore, a zawierają matrycę przyszłości. Epokowe zdarzenia tamtego roku – te na jawie, jak atak islamskich terrorystów na World Trade Center, rozpoczęcie wojny z talibami w Afganistanie, ale także, zgodnie ze wspomnianym na początku światopoglądem pisarki-narratorki – te ze snów, wydają się nie tylko ukazywać stan ducha ludzkości, ale stanowią też i zapowiedź tego, co dopiero nadejdzie.
Narratorka już w pierwszym zdaniu przyznaje się, że jest astrologiem i zawodową wróżką (opowieść rozpoczyna scena wróżenia uczestnikom sylwestrowego balu w eleganckim hotelu). Wielowątkowa i bogata narracja zawiera m.in. nawiązania do poprzedzających Pismo snów esejów o artystach – choćby wtedy, gdy mowa o lekturze Dzienników Marii Dąbrowskiej. Odnajdziemy tu również zarysy nienapisanych tekstów, np. o podróżniku Thorze Heyerdahlu, który opłynął ziemię na tratwie Kon-Tiki, i młodo zmarłej pisarce Katherine Mansfield, autorce znakomitych Dzienników i Listów. W zapisanych tam snach narratorki i jej bliskich: malarza F., chadzającej po ogniu i tańczącej flamenco Uny (córki, przyjaciółki, siostry?), przyjaciela Piotra, niektórych klientek, zwracają uwagę reminiscencje zmieniających się pór roku – od zimy po jesień i kolejną zimę – jakby jeszcze jeden znak ścisłego powiązania jawy i snu.
Jak zatem tamten szczególny, naznaczony duchem spełnionej apokalipsy rok wyglądał z perspektywy snów oraz jaka się z nich wyłania przepowiednia dla ludzkiego rodzaju? Nie znajdziemy jednoznacznej odpowiedzi. Krystyna Sakowicz być może rzeczywiście zajmuje się astrologią i wróżeniem, ale przede wszystkim jest pisarką. Księga ocalonych snów nie stanowi czegoś w rodzaju Przepowiedni Królowej Saby, choć na pewno istnieje nić, która wiąże ze sobą kreatorską wyobraźnię i jasnowidzenie. Kiedy czytam pełne zastrzeżeń, ostrożne rozważania na temat natury wróżenia i możliwości poznania za jego pomocą, myślę, że mogłyby one dotyczyć także poznawczych wartości literatury: Nigdy, przenigdy nie wyobrażać sobie, że się wie. Wróży się zaledwie możliwość, prawdopodobieństwo, właściwość pewnej chwili. Przekazuje się wróżbę za pomocą słów. Większa część przepowiedni ginie w słowach, reszta, jak wszystko, co wypowiadane, przemienia się dowolnie w myślach tego, kto słucha, bo niesamowite są obroty i odmiany słów. Błysk natchnienia przelatuje albo nie.
Już w Śnieniu Krystyna Sakowicz wiele pisała na temat obecności w snach wydarzeń politycznych i historycznych (zapamiętałam świetny rozdział na temat snów o Piłsudskim). Wątek ten przewija także się w Księdze ocalonych snów, a obecny jest w szczególny sposób w tekście poświęconym Marii Dąbrowskiej. Sakowicz zwraca bowiem uwagę na sny pisarki związane z doniosłymi i dramatycznymi wydarzeniami historycznymi czasów, w których żyła: chodzi o I i II wojnę światową, odzyskanie i ponowną utratę przez Polaków niepodległości, lata stalinizmu. Podkreśla, że obywatelski, społeczny temperament Dąbrowskiej i jej dar myślenia w kategoriach zbiorowości wyrażał się w kosmicznych snach, w których wcielała się w planety i gwiazdy oraz spoglądała na ziemię z podniebnej perspektywy. Pojawiają się również marginesowo uwagi na temat snów ludzi w czasach totalitaryzmu i wojny oraz przywoływane są opracowania odnoszące się do tego tematu.
Nietrudno się domyślić, że w snach z roku 2001, zwłaszcza po 11 września, wiele było niepokoju, obrazowych ewokacji poczucia zagrożenia, lęku, przemocy i alegorycznych przedstawień zła. Bardziej zaskakiwało na tym tle pojawienie się pod koniec roku całej serii wizji światła, jasności i blasku, które wzbudzały nadzieję i miały moc odradzania. Przynosiły je nie tylko marzenia senne, ale i wnikliwie obserwowana w tym czasie natura oraz czytane przez narratorkę lektury. Z zestawienia kontrastowych obrazów wyłania się globalna wizja dziejącej się gdzieś nad nami wielkiej psychomachii – starcia sił Dobra i Zła, dialektyki zagłady i ocalenia: Spod nieba wyłania się potężna fala światła. Nie jest to mały promienny uśmiech. Ta fala przewala się przez morze chmur i w tym zaciągnięciu sama staje się morzem, dopiero wtedy daje za wygraną i opada. W tym samym czasie, na lądzie, podobnie potężnym ruchem drzewa są odzierane z liści. W ludzkich umysłach też musi istnieć niesamowita reguła tej gry. Co można o tym powiedzieć? Per Holm uważa po staroświecku, że człowiek jest „nieskończenie odpowiedzialny za wszystko”.
Krystyna Sakowicz jest dziś bodaj największą mistrzynią słownego zapisu snów. W dwóch ostatnich książkach – Śnieniu i Księdze ocalonych snów, tworzących swego rodzaju oniryczny dyptyk – wypracowała styl, który wydaje się niemal idealnie oddawać materię snów, ich charakter oraz specyficzne cechy: I przybywa sen pełen ukrytych proroctw. Coś ma się stać. Ci, którzy wiedzą, co się święci, otrzymują środki znieczulające ukryte w futerałach do skrzypiec, obitych wewnątrz granatową materią w srebrny wzór. Zjawia się też drewniany tramwaj, jadący na skos i pod prąd, przez trawnik, przez Plac Zawiszy, nie mam pojęcia dokąd, ale niezwykle zwinnie, przy tym bardzo szybko. Pojazdy w snach okazują się wehikułami, w których podróżują dusze. Ten wehikuł nie szanuje reguł ruchu zbiorowego, lecz otwiera drzwi. Wsiadają jak do arki wszyscy, których coś tknęło, przeczuwający coś ludzie, zwierzęta, rośliny, anioły, demony i głodne duchy.
Udało jej się uchwycić w słowach również takie cechy snów, jak ich ulotność i rozwiewanie się wizji pod wpływem silniejszej zasady realności. Może dlatego po lekturze Księgi ocalonych snów czuję się tak, jak po przeżyciu serii niezwykłych snów – jeszcze oszołomiona i oczarowana, z głową pełną niezwykłych obrazów, jedną nogą w onirycznej realności, ale już zapominająca o niej, wpatrzona w materialne i sensualne bogactwo jawy, wprzęgnięta w zwykły rytm ziemskiego życia. Ta niezwykła, magiczna, oczarowująca, umykająca opisowi książka przypomina mi indiańskie urządzenie do łowienia snów: dream catchers – delikatną pajęczynkę z nici lub skórek, ozdobioną wzorem z kolorowych koralików i ptasimi piórkami. Po prostu – to znakomita literatura!

Krystyna Sakowicz: Księga ocalonych snów. Wydawnictwo Forma, Szczecin-Bezrzecze 2008, ss. 164.