Wojciech Sołtys. Wiersze

Spis treści numeru 4/2006

* * *

Między wystrzał snu a woń cmentarza.
Między głowę a blat baru. Można bezpiecznie wsunąć dłoń.
I czekać aż do horyzontu. Cierpliwie i srebrnie.

Czterdziesta ósma godzina zatrzymania widoku. Amen
Czwarta pora lata. Ciało zrównuje się z bielą. Umierają ptaki. Amen
Symfoniczny szloch cywilizacji. Płacz zagubionych pielgrzymek. Amen
Dno serca. Obsunięte miasto. Amen
Ciało uduszone w kwitnącej jabłoni. Prześcieradło krwi. Amen
Seria maszynowa zbiorowych czynności. Amen
Zgniła żywność. Nadwrażliwe oko ziemi. Amen

Niepamięć.
Dzieci nie żyją bo nie chcą. Są bezpiecznie martwe.
Błogosławiona skuteczność pożegnań.
Skrupulatny biały film.
Spróchniała linia zacierana zmierzchem.

 

Polski nacjonalista porzuca ciało i zagłębia się w metafizyczną noc

Nic się nie zmieniło. Nie mogę mówić o pewnej ciągłości
O jakimkolwiek działaniu, mowie czy znaczącym geście.
Nadal jest lublin. Nadal jest grudzień. Ciągle i nieprzerwanie.
Stare kobiety rzucają stary płaszcz na oczy poprzez modlitwę
Wychodzącą szczurem spod szpary nieba. Dwadzieścia
Cztery lata. Dwadzieścia cztery kace na miesiąc. Każdy tydzień
Posiada jeden dzień. Hans jest chujem i nie podlega to żadnej
Wątpliwości. Jest bardziej jasne niż rozwój kulowskiej psychologii
Wiodącej w kraju, w jedynie słusznym kierunku co nas to obchodzi.
Partyzanci w naszych snach zdobywają wolność, burdele i brud pod paznokciem Polskę.
Żołnierze wehrmachtu śpiewają w Kołobrzegu, gomółkowscy
Aparatczycy mają w dupie proroctwa gierka. Wielkie objawienie
Biało-czerwonej plamy na naszej pościeli. Powoli przemykamy się
Między okiem rektora a Duetem. W Księżycowej małe zakończenie
i good bye sunshine. Z jesieni nikt nic nie pamięta. Brudne oczy i koniec świata
Tuż za podaniem dłoni. Wtorek 11.30 – 13.00 pokazy estetycznego cyrku w wykonaniu
Mądrych cip pod wezwaniem zakonu jak to ja się fajnie znam na
Literaturze. Hans proszę cię nie każ mi na to patrzeć. Intelektualiści bredzący o Miłoszu,
Intelektualistki uwikłane w meandry mitologicznego porno. Padnięcie na kolana.
Bzdet z zaczeską rozpływa się w otchłani wewnętrznego przeżycia. Koniec.
Gryziemy palce tak jak byśmy obudzili się w trumnie bo ktoś zapomniał że istotne
Jest czy oddychasz. Pamiętasz umowę w której nie można zerwać. Nie można skończyć.
Niezamknięte drzwi. Tomasz Lis pisze reportaż a następnie się rozbiera i dokonuje
Rytualnej kastracji w ramach gorącej publicystyki.

 

Więcej wierszy w tradycyjnym wydaniu „Akcentu”.