Tomasz Kłusek. Z Ludwina przez „Twórczość” do gwiazd

Spis treści numeru 2/2026

Z Ludwina przez „Twórczość” do gwiazd

Książę spod strzechy
skoczek po kręgach piekła
pada pod słowem1
Henryk Bereza

W piątym tomie słownika biobibliograficznego Współcześni polscy pisarze i badacze literatury w haśle poświęconym Andrzejowi Łuczeńczykowi czytamy, że urodził się 10 stycznia 1946 roku we wsi Ludwin pod Lubartowem, a jego rodzicami byli Bronisław i Walentyna Łuczeńczykowie. Same błędne informacje, co zresztą nie jest winą autorki biogramu. Właściwa data urodzenia Łuczeńczyka to 10 grudnia 1945 roku. Często spotykana historia: dziecku urodzonemu w grudniu wpisywano do aktu urodzenia styczeń, aby nie „przypisywać mu całego roku”. Imię i nazwisko matki są właściwe, ale ojciec nazywał się Młynarczyk. Rodzice poznali się na robotach w Niemczech. Tam Bronisław podawał się za kawalera, ale po wojnie okazało się, że miał już gdzieś na Kielecczyźnie żonę i dzieci. Walentyna musiała więc wychowywać syna sama, a Andrzej naznaczony został piętnem „bękarta”. Jeśli chodzi o określenie „pod Lubartowem”, to też nie jest ono ścisłe. Co najwyżej można powiedzieć, że Ludwin znajdował się w granicach ówczesnego powiatu lubartowskiego. Jednak z Ludwina do Lubartowa jest około trzydziestu kilometrów, a do Łęcznej tylko pięć. Lepiej byłoby więc mówić o Ludwinie pod Łęczną. To tyle w formie sprostowania. Nie są to zresztą żadne rewelacje, bo już w leksykonie Pisarze współcześni regionu lubelskiego Jan Smolarz podawał informacje prawdziwe. Także na nagrobku Andrzeja Łuczeńczyka na cmentarzu prawosławnym w Dratowie-Kolonii jako rok urodzenia widnieje 1945. W drugim numerze z 2023 roku dwumiesięcznika „Pole” Paulina Łuczeńczyk, córka pisarza, w rozmowie z Renatą Bożek wyjaśniła wszystkie te biograficzne perypetie. Co tu więcej powiedzieć? Ot, polskie drogi!

Mały Andrzej był więc typowym dzieckiem czasu robót w Rzeszy. Owoc krótkiego związku robotnicy przymusowej i jednego z „Gefangenen” – jeńców wojennych. Może warto w tym miejscu przywołać pospolity w swojej wymowie fragment wspomnień przymusowej robotnicy u bauera w Saksonii: Adoratorów każda dziewczynka mogła tu mieć do licha i prawie też każda szukała jakiegoś opiekuna. Długo nie mogłam się z tym pogodzić i wierzyć nie chciałam, jak tu wiara dziko żyje. Dosłownie 50% nie tylko Polaków, ale wszystkich „auslendów” żyło bez żadnych hamulców moralnych, nie licząc się z jutrem, z nikim, z niczym, byle tylko dziś, byle tylko zdobyć coś dla siebie… Że tam gdzieś żona, narzeczony, że flirt jutro, za miesiąc czy rok może się skończyć źle… Co tam, jest wojna, po co myśleć o przyszłości. Dziewczęta wyśmiewały mnie i przepowiadały, że jeśli się nie zmienię, to sobie tu nie dam rady i za mąż nigdy nie wyjdę. Możem była i głupia, ale nie mogłam inaczej. Zresztą, niemożliwe, żeby na świecie nie było już porządnych ludzi. Na przykład nasza paczka: Stefa, Matwiej, Waniuszka, reszta – dziękowałam Bogu, że właśnie tu, a nie gdzie indziej się dostałam. W majątku żadnej dziewczynie nie dali spokoju (mężczyźni, choćby 30-40-letni, wszyscy byli „kawalerowie”)2.

Andrzej wchodzi więc w życie naznaczony piętnem „bękarta”, inny, gorszy i wyobcowany. Kłębią się w jego duszy kompleksy, mówiąc obrazowo, jakieś ciemne siły, które z biegiem lat będą coraz bardziej obezwładniać psychikę. Literatura i alkohol stają się antidotum na ból takiej egzystencji. Bardzo interesujące uwagi natury, powiedzmy, psychologicznej poczyniła Maria Jentys, która z Łuczeńczykiem pozostawała w kontakcie od momentu wydania jego pierwszej publikacji książkowej – zbioru opowiadań Przez puste ulice z 1982 roku3. Jentys w latach 1970-1979 pracowała w redakcji literatury pięknej współczesnej Ludowej Spółdzielni Wydawniczej, a od roku 1979 do 1991 w redakcji debiutów Państwowego Wydawnictwa „Iskry”. Łuczeńczyk zadebiutował co prawda w „Czytelniku”, ale trzy kolejne książki – czyli wszystkie, które ukazały się za jego życia – wydały „Iskry”. Długoletnia redaktorka tego wydawnictwa jest zatem osobą jak najbardziej kompetentną. Oddajmy jej głos: Dziś, przy odkurzaniu moich prywatnych półek z książkami, znów natrafiłam na niepozorny żółto-czarny tomik Łuczeńczykowego „Czytelnikowskiego” debiutu, a zaraz potem na biało-czarne „Iskrowe” edycje jego mikropowieści… Ceniłam je, ale ich nie lubiłam – przerażały i mroziły mrocznością, niesamowitością, obsesyjnością. Odpychały zamiast przyciągać. Ale intrygowały. I budziły szacunek. Ich twórca wdał się w rzecz niebezpieczną: z całą świadomością parł ku granicy samopoznania, której bezkarnie przekraczać nie można. Toteż nie pozostał bezkarny. Odszedł przedwcześnie. Dlatego nie wolno o nim przedwcześnie zapomnieć. Był jednym z ważniejszych pisarzy średniego pokolenia4. I jeszcze dwa spostrzeżenia: Czułam, że autor czerpie te mroczne wizje z podświadomości, gdzie zepchnął je kiedyś jakiś tragiczny fakt, może ciąg faktów, i ujarzmia je pisarsko dzięki dyscyplinie intelektualnej oraz rzadkiej precyzji pióra5, a także: Skąd jednak naprawdę czerpał natchnienie, Bóg raczy wiedzieć, Łuczeńczyk bywał, lecz nie był wylewny. Wydawał się raczej skryty, zamknięty, zatopiony w sobie6.

Najpierw były trzy wiersze w czerwcowym „Radarze” z 1969 roku. I to był właściwy debiut pisarski Łuczeńczyka. U znakomitego redaktora Karola Laszeckiego, który po 1956 roku przekształcił nudny informator o życiu młodzieży w demoludach w pismo dla ambitnych licealistów i studentów z intelektualnymi aspiracjami. Zachwycał się tym „Miesięcznikiem Pracy Twórczej” Stefan Bratkowski. Szkoda, że „Radaru” dziś już prawie nikt nie pamięta. Na szczęście Krystyna Tarasiewicz, która przez długie lata sekretarzowała w tym czasopiśmie, wydała w 2014 roku wspomnienia Od stalówki do laptopa. Pół wieku dziennikarskich przygód. To jednak temat na inną okazję. W każdym razie: był czerwiec 1969 roku, zbliżały się wakacje, w kioskach pojawił się „Radar” ze Stanisławem Mikulskim na okładce i poezją Łuczeńczyka w środku. Wierszyki takie sobie, ani dobre, ani nazbyt złe, ot, na granicy drukowalności. Równie dobrze mogły wylądować w redakcyjnym koszu i nikt nie powinien mieć wielkich pretensji.

Mam przed sobą 24. numer lubelskiego dwutygodnika społeczno-kulturalnego „Kamena”. Przerzucam pożółkłe kartki. Na pierwszej stronie relacja z Jazz Jamboree 69. Z zagranicy przyjechali Maynard Ferguson, Dave Pike, Phil Woods i Aladár Pege, od nas: Studio Jazzowe Polskiego Radia pod dyrekcją Jana Ptaszyna Wróblewskiego, Novi Singers, Dżamble, Mieczysław Kosz i Adam Makowicz (już wtedy nie Matyszkowicz). Dalej artykuł profesora Zdzisława Cackowskiego Wizja świata, napisany „przed 100-leciem urodzin Włodzimierza Lenina”. Dołączono zdjęcie Lenina z rękami w kieszeniach, na jakichś schodach, za nim salutujący Feliks Dzierżyński. Jeszcze relacja Kazimierza Brauna z podróży do NRD. Dyrektorował on wtedy w lubelskim Teatrze im. Osterwy. Tekst Mirosława Dereckiego pod ekscytującym tytułem Opowieść o tym, jak Cesiek-Bandyta sprał pana Stasia po pysku. No i na stronie 9 opowiadanie Andrzeja Łuczeńczyka Więzienie, określone jako debiut7.

Policjant eskortuje recydywistę. Czekają na pociąg, w bufecie piją piwo, palą papierosy i toczą rozmowę. Skazaniec, będąc w więzieniu, snuł takie refleksje: – Tutaj jest dobrze (…)Tutaj jest naprawdę bardzo dobrze – myślał, trzymając w ręku kilkudziesięciostronicowy regulamin więzienny. – Trzeba być tylko tak małym jak to, co trzymam. Więcej nie trzeba wiedzieć. Wystarczy tylko tyle. Wystarczy tylko tyle. Tam byłem w takiej grubej księdze (tę grubą księgę widział na stole, przy którym siedział sędzia i ławnicy, i prokurator), a tutaj jestem w zeszyciku. Zostanę tutaj8. Postanowił, lecz przy pierwszej nadarzającej się okazji nie dotrzymał słowa i uciekł. Uciekł nie z samego budynku więziennego, ale z budowy, na którą go codziennie dowożono. W tym miejscu wypada wrócić na chwilę do wspomnianej już rozmowy z dwumiesięcznika „Pole”. Otóż na uwagę Renaty Bożek, że motyw więzienia jest kluczowy w twórczości Łuczeńczyka, córka pisarza powiedziała, iż ważniejszą rolę odgrywa u niego motyw wódki. Motyw więzienia mógł się pojawić u Łuczeńczyka pod wpływem twórczości Franza Kafki, jednak o wiele oczywistszym wytłumaczeniem jego obecności jest fakt, że późniejszy literat sam był zamknięty w zakładzie karnym. Trafił tam za odmowę służby wojskowej. Albo inaczej: chodziło nie tyle o odmowę, ile raczej o zawzięte unikanie wojska. W ostateczności Łuczeńczyk zdecydował się na sfałszowanie jakiegoś podpisu, co oznaczało świadomy wybór więzienia – wszystko, by nie zostać żołnierzem służby zasadniczej.

(…)


  1. H. Bereza: Sprawa wyboru. Wiersze zebrane. Warszawa 2022, s. 235 (epitafium dla Andrzeja Łuczeńczyka). ↩︎
  2. Jedziemy! Tyle ludzi tam wyjeżdża (nr 3779) (w:) Tu jest mój dom. Pamiętniki z Ziem Zachodnich i Północnych. Wybór i oprac. J. Chałasiński i inni. Warszawa 1965, s. 89. ↩︎
  3. Zbiór Przez puste ulice ukazał się po trzynastu latach od debiutu czasopiśmienniczego Łuczeńczyka (w międzyczasie jego opowiadania były drukowane nie tylko w pismach, ale także w almanachach – no i przydarzył się epizod z paryską „Kulturą”). ↩︎
  4. M. Jentys: Andrzej Łuczeńczyk. Smutny książę (w:) tejże: Pomnożyć serca dostatek. O poetkach, poetach i prozaikach. Warszawa 2004, s. 71. ↩︎
  5. Tamże, s. 73. ↩︎
  6. Tamże, s. 75. ↩︎
  7. Bardziej właściwe byłoby określenie „debiut prozatorski”, którym posłużono się w tomie Dzieł zebranych Andrzeja Łuczeńczyka z 2018 roku (s. 387). ↩︎
  8. A. Łuczeńczyk: Więzienie. „Kamena” 1969, nr 24, s. 9. ↩︎

Ciąg dalszy w wydaniu papierowym i na www.nexto.pl albo www.e-kiosk.pl

Wpłać dowolną kwotę na działalność statutową.
"Akcent" jest czasopismem niezależnym. Wschodnia Fundacja Kultury -
współwydawca "Akcentu" utrzymuje się z ograniczonych dotacji
na projekty oraz dobrowolnych wpłat.
Więcej informacji w zakładce WFK Akcent.

Przejdź do treści