„Misia”
[o Marii Janion]
W grudniu minie setna rocznica urodzin profesor Marii Janion. „Misia”? A jakaż ona „Misia”? Za nic nie potrafiłam połączyć tego miękkiego, czułego i nieco dziecinnego przecież imienia z krępą, mocną sylwetką, niemal pozbawioną cech kobiecości, z hardością uniesionego podbródka i zaciętymi, wąskimi ustami. Dopiero gdy jej posłuchałam…
Najpierw jednak, nim jeszcze w ogóle zobaczyłam Ją po raz pierwszy, moje obcowanie z Mistrzynią odbywało się za pośrednictwem mamy. Pośpiesznie kończyła studia, gdy nagle okazało się, że brak magisterki utrwala „szklany sufit” w jej firmie. Dzięki temu na przełomie szkoły podstawowej i liceum brnęłam wraz z nią przez filologiczne lektury, poznawałam tajniki scs-u i staropolszczyzny, studiowałam mapy gwar polskich, a nawet odrabiałam ćwiczenia i pisałam prace zaliczeniowe na lektorat języka angielskiego (biedna mama była antytalenciem językowym, no i naprawdę miała mało czasu, jej żmudne „studiowanie” pochłaniało wszelkie wolne chwile przez sześć lat!). W ósmej klasie szkoły podstawowej z niezłym skutkiem przygotowałam do matury z polskiego dwie córki moich sąsiadek. W trzeciej klasie liceum robiłam mamie notatki i korekty pracy magisterskiej ze staropolszczyzny (pisała u „Mundzia”). Zanim więc jeszcze dostałam się na Uniwersytet Gdański, byłam już świetnie zorientowana w zakresie studiów, miałam w domowej bibliotece (i przeczytałam!) większość (nawet najtrudniej dostępnych) lektur i podręczników, a do tego znałam – z opowieści lub nawet osobiście – wielu wykładowców.
Marię Janion mama darzyła szczególnym szacunkiem. Nie wiem jednak, czy większy wpływ odegrała tu charyzma i niezwykła erudycja pani profesor, czy też względy pozamerytoryczne. Janion pisała wówczas o romantycznych aspektach marksizmu i związkach idei rewolucyjnych, co pozwalało mojej mamie dopatrywać się jakiegoś powinowactwa dusz z ulubioną wykładowczynią. Każda kolejna publikacja Mistrzyni, czytana i omawiana, zajmowała eksponowane miejsce na półce domowej biblioteki, a jej opinie pełniły często rolę ostatecznego arbitrażu w sporach rodziców – mama była wielbicielką Mickiewicza, ojciec wyżej cenił ironię i mistycyzm Słowackiego. Ze skrzydełek obwolut kolejnych książek patrzyła na mnie niekobieca kobieta o przenikliwym spojrzeniu i nieco tajemniczym uśmiechu. Wiedziałam, że swoją pracę dyplomową napiszę kiedyś właśnie u niej.
Już od pierwszego roku zaczęłam chodzić na jej seminaria, bo formuła otwartych spotkań z Mistrzynią na to pozwalała. Pracownicy naukowi, seminarzyści – magistranci i doktoranci – siedzieli obok studentów młodszych roczników. Największa aula wypełniona była zawsze po brzegi, kto miał mniej szczęścia – siadał w przejściu na schodach. Już samo wejście miało coś z uroczystego rytuału, bo wokół pani profesor krążyła gromada akolitów, niosących za nią przepastną torbę oraz papiery. Katedra tonęła pod stertami książek, które kolejno przywoływane były jako przykłady ilustrujące wywód naukowy. Pani profesor nie zniżała się do poziomu pierwszoroczniaków, mówiła szybko, komentarze opatrywała wieloma kontekstami i dygresjami, czasem wyraźnie skierowanymi do pierwszego rzędu, gdzie siedzieli Jej doktoranci i młodzi asystenci. Fragmenty obcojęzycznych publikacji czytała zawsze w oryginale, niekiedy złośliwie podkreślając, że praca naukowa wymaga znajomości języków obcych. Jednak po wykładzie, który miał charakter konwersatoryjny, następowała zawsze druga, równie ważna część – dyskusja. Od początku uderzała mnie uwaga, z jaką Janion słuchała naszych wypowiedzi, niekiedy jeszcze bardzo nieporadnych i mało kompetentnych. Ona jednak umiała zawsze wyłuskać z nich jakąś oryginalną myśl, nowe skojarzenie, odrębną perspektywę interpretacyjną. Potrafiła tak poprowadzić dyskusję, że każdy jej uczestnik czuł się wyróżniony i kończył rozmowę przekonany o własnej erudycji i oryginalności, podczas gdy wnioski, do których doszedł, zostały mu explicite wyłożone przez panią profesor. Czasem Mistrzyni bywała okrutna, jej sarkazm i złośliwe, ironiczne komentarze boleśnie obnażały niedostatki wiedzy młodego dyskutanta. Chyba nie do końca wtedy zdawałam sobie sprawę, że te rozmowy są w istocie „rozmowami kwalifikacyjnymi” i właśnie zdajemy (lub nie) publicznie jeden z najważniejszych egzaminów akademickich.
Najwidoczniej go zdałam, bo miejsce w grupie seminarzystów dostałam od razu (podobnie jak później – na studiach doktoranckich). W tym czasie w publikacjach pani profesor pojawił się nowy ton – marksizm i rewolucja wyewoluowały w szeroko pojęty bunt, a romantyczne korzenie można było przypisać wszelkim odmieńcom, szaleńcom, anarchistom, feministkom, hipisom. „Wiatr odnowy” szalał na korytarzach Humanika. Niekwestionowana erudycja i błyskotliwość pani profesor pozwalały nam swobodnie eksplorować tereny dotąd zakazane przez cenzurę lub też po prostu asekurancko omijane przez konserwatywne akademickie gremia. Zatem niczym dobre koguty – pialiśmy w jajku, za zezwoleniem i aprobatą promotorki. Działaliśmy w opozycyjnych organizacjach studenckich, brylowaliśmy w dyskusjach na spotkaniach DKF-u, kolekcjonowaliśmy pierwsze publikacje naukowe i artystyczne w czasopismach uczelnianych i ogólnopolskich. Wybrani mogli nawet współuczestniczyć w tworzeniu i redagowaniu słynnej do dzisiaj serii „Transgresje”, będącej podsumowaniem oraz kontynuacją seminaryjnych rozmów.
Jak każdy uczestnik seminarium magisterskiego co parę miesięcy czytałam kolejny fragment (rozdział, akapit) swojej przyszłej publikacji dyplomowej, po której wysłuchiwałam krytycznych lub pochlebnych uwag, wskazówek, podpowiedzi i propozycji interpretacyjnych. Zafascynowana tematem (pisałam o „poetach przeklętych”), nie dostrzegałam początkowo coraz bardziej zdystansowanych, a nawet krytycznych komentarzy Mistrzyni. Czasem sama uświadamiałam sobie własne intelektualne mielizny (wówczas świeżo odczytane arkusze lądowały w koszu na śmieci), czasami jednak zapalczywie broniłam swojego stanowiska. Zdarzało się, że stanowcza opinia promotorki brzmiała niczym wyrok: „Proszę pani, takiej pracy nie da się napisać, a już na pewno nie da się obronić”. Pewnego razu z pobliskiego rzędu usłyszałam cichy komentarz: „Zobaczymy”. To powiedziała pani profesor M.C., która ostatecznie firmowała mój dyplom i recenzowała doktorat, a później przez cały czas mojej drogi akademickiej udzielała mi wsparcia. A przecież wtedy, gdy z młodzieńczą dezynwolturą oskarżałam romantyzm o wszelkie grzechy i wiązałam go – demaskując metody socjomanipulacji – z totalitarnymi, opresyjnymi systemami, był rok 1979, nic się jeszcze nie wydarzyło, nikt z nas nie wiedział, że za chwilę „historia ułoży się jak w kartach”. Do dziś nie potrafię ocenić, czy sprzeciwy Mistrzyni dyktowane były obawą, czy troską, ale pozostaję pełna wdzięczności i podziwu dla jej ówczesnej pierwszej asystentki i oponentki.
Pracę jednak obroniłam – rzutem na taśmę, w czerwcu 1980 roku (a sierpień bezlitośnie dopisał nowe konteksty do mojej „rozprawki” o poetach przeklętych i ich walce z systemem). Z samej obrony pamiętam niewiele, poza potwornym zdenerwowaniem oraz zachwytem dla składu komisji, w której siedziały wszystkie moje Najwyższe Autorytety. I jednym momentem kompletnego rozbawienia, gdy profesor J.B., przeglądając mój indeks, nagle rzucił: „Mam jeszcze jedno pytanie, otóż dostała pani piątkę z metodyki u obu pań wykładowczyń, mgr D. i mgr M., tymczasem, wie pani, jak tu siedzimy za tym stołem, to nikt z nas nie może się pochwalić taką wysoką oceną. Jak się pani to udało?”.
Po obronie nagle wyblakłego z powodu wydarzeń zza bramy stoczni dyplomu, podobnie jak większość moich kolegów, bez żadnych kłopotów zostałam przyjęta na seminarium doktoranckie. Pani profesor była coraz starsza, chodziła wolniej, poruszała się z ostrożnością, jakby korytarze uniwersyteckie pokryte były nie parkietem, lecz szkłem, z widoczną ulgą zasiadała w fotelu ustawionym za katedrą.
Jej wkroczenie poprzedzał rytuał coraz bardziej rozbudowany – trochę mnie śmieszyło to przywiązywanie wagi do „obrzędu”: przed Mistrzynią, niczym dworzanie przed królową, w skupieniu kroczyli asystenci, z których każdy niósł jeden przedmiot: spodeczek, filiżankę, łyżeczkę, krzesło, sztaple książek. Przypominało to jakiś baśniowy pochód, ale oczywiście w niczym nie umniejszało autentycznego szacunku i podziwu dla „Misi”. Zabawni byli jedynie jej natchnieni „dworzanie”, jedna z moich koleżanek z niemal ekstatycznym nabożeństwem opowiadała mi kiedyś, że w dniu jej przybycia czuje jakieś fluidy w powietrzu… Mistyczne uniesienia wywoływały czasem nawet takie drobiazgi jak data urodzenia, tożsama z urodzinami Adama Mickiewicza, która pozwalała niektórym upatrywać w osobie mentorki – „Mesjasza w spódnicy”…
Ale Mistrzyni coraz bardziej stawała się „Misią”. Pojawiły się pęknięcia w monolicie. Nagła miękkość spojrzenia, prywatne komentarze, porozumiewawcze uśmiechy, fragmenty osobistych wspomnień, łagodne, niezłośliwe żarty świadczące o porozumieniu, zaproszenia do domu – to wyglądało jak zalążki przyjaźni. „Misia” stawała się coraz mniej pomnikowa, coraz cieleśniejsza. Zrozumiałam wtedy, że była to wersja ekskluzywna, której doświadczyć mogli tylko wybrani. Ale może i były to pierwsze symptomy utraty siły? Atmosfera spotkań nieco się zmieniła. Już nie wszystkie oczy płonęły tym samym uwielbieniem. Już zaczynała ginąć ta nieśmiałość i bezwarunkowa akceptacja dla słów Mistrzyni. I znowu przypominam sobie profesor M.C., gdy została wywołana do dyskusji na temat archetypicznej „Wielkiej Matki” i amerykańskiego „mamizmu”. Było to podczas spotkania poświęconego filmowi Formana i książce Keseya. Wszystkich nas poraziła wtedy siła tego filmu, zawarta w nim oczywista metafora totalitaryzmu – siedzieliśmy w milczeniu, nikt wyjątkowo nie chciał zabrać głosu. Wezwana do dyskusji została – siedząca jak zwykle w pierwszym rzędzie – pani profesor M.C. I odpowiedziała cicho, ale stanowczo: „Nie, dziękuję, Wielka Matko”.
„Misia” coraz bardziej niedomagała, przyjeżdżała do nas coraz rzadziej, potem to my zaczęliśmy jeździć do niej. W kolejnym roku akademickim przeprowadziłam się z powodów rodzinnych do Lublina, cieszyłam się, że będę miała bliżej na UW, ale ostatecznie nowe miejsce zamieszkania, nowa rodzina, nowa praca pochłonęły mnie na tyle, że wiedziałam, iż nie potrafię ich pogodzić z pisaniem pracy doktorskiej. Myślałam już nawet o całkowitym porzuceniu ambicji uniwersyteckich.
Pani profesor M.C. bardzo mnie mobilizowała, w końcu „przekazała mnie pod opiekę” profesora Ś. z UMCS, z którym od lat pozostawała w serdecznej naukowej i pozanaukowej przyjaźni. Ale to już całkiem inna historia.
Moja droga z „Misią” właściwie się zakończyła. Pamiętam jeszcze jakiś (który?) jubileusz – kiedy to odbyło się spotkanie na UG. Potem jeszcze regularnie widywałam swoją Pierwszą Mistrzynię na corocznym wręczaniu Nagród Nike – ranga tej nagrody była początkowo także pochodną autorytetu jurorów, a zwłaszcza przewodniczącej. „Misia” skurczyła się, zszarzała, poruszała się z coraz większym trudem, ale nie straciła nic ze swojej charyzmy i błyskotliwego, złośliwego dowcipu. Jednak podczas ostatniego spotkania miałam wrażenie, że mnie nie poznaje, chociaż na bezpośrednio postawione pytanie stwierdziła z niecierpliwością: „Ależ pamiętam, pamiętam. Ale słabo”. Z wdzięczności miałam ochotę pocałować ją w rękę – i bardzo żałuję, że tego nie zrobiłam. Skłoniłam się tylko głęboko, niemal do ziemi. Potem docierały do mnie jedynie wiadomości o postępującej chorobie i wreszcie – ta ostateczna.
Parę tygodni temu „Misia”, decyzją Rady Miasta Gdańsk, dostała swoją ulicę przy kampusie uniwersyteckim. Mieszkam nieopodal. Przynajmniej raz w tygodniu będę się z nią „spotykać”.

