„Od-tworzenie” Grzegorza Jankowicza, czyli spacerowa jazda wyścigowym autem
Zalety stanu wiecznej potencjalności wydają mi się tak wielkie, że wyliczając je sobie, wprost nie posiadam się ze zdumienia, iż w ogóle mogło nastąpić przejście do bytu (Emil Cioran). Konkretyzacja wydaje się być ontologicznie tak niesłychaną anomalią, ale w innym sensie też i uzurpacją, że tego rodzaju podejście zdaje się zupełnie naturalne, na określonym etapie świadomości wręcz obowiązkowe. Wyjrzeć przez okno i w najwyższym zdumieniu zakrzyknąć: czy to normalne, żeby to wszystko było? Pierre Teilhard de Chardin w taki właśnie sposób reagował na widok żelaza: niepojętego kawałka uformowanej materii. Trudno w istocie nie dostać bzika, kiedy dogłębnie uświadomimy sobie, że świat jest. Na pewnym poziomie to nawet nie tyle cud, ile skandal, bo przecież nie ma żadnego dającego się pojąć imperatywu implikującego ten oto niesłychany stan, że świat raczej jest, niż go nie ma. W tym sensie niebyt jest o wiele bardziej zgodny z rozumem, albowiem jest jego radykalnym, absolutnym zaprzeczeniem – co znaczy również i to, że rzeczy zgodne z rozumem w pewien sposób nie są z nim zgodne, gdyż dają się problematyzować, mogą mu umykać, a nawet go ogrywać.
Czy można się tedy dziwić, że co wrażliwsi twórcy nie wytrzymują napięcia? Z przyczyn nieznanych / w okolicznościach nieznanych / Byt idealny przestał sobie wystarczać – pisze Wisława Szymborska w jednym wierszu, a w drugim: Czemu w zanadto jednej osobie? / Tej a nie innej? I co tu robię? / W dzień, co jest wtorkiem? W domu nie w gnieździe? / W skórze nie łusce? Z twarzą nie liściem? / Dlaczego tylko raz osobiście? Udręka artysty zmuszonego uginać się pod naporem formy, tej, a nie innej – a przede wszystkim jakiejś. Ustawiczny trud, żeby opuścić z mozołem wypracowaną – proszę darować brzydkie wyrażenie – „strefę komfortu” i szukać innej formy, a co bardziej ambitny artysta będzie kwestionować formę jako taką. Witold Gombrowicz jest tu najbardziej oczywistym przykładem, ale gdyby się uprzeć, to można stworzyć niekończącą się wyliczankę nazwisk, bo wielu pisarzy, nie tylko zresztą pisarzy, „programowo” ma w sobie, by tak rzec, ontologiczny anarchizm i ciągoty rewolucyjne.
Ontologia ontologią, jednak – rzecz ciekawa – dotyczy to również twórczości, a niekiedy i biografii, jakby ta ostatnia była uzupełnieniem dzieła, niekiedy zastępowała je, a w niektórych przypadkach była także dziełem właściwym. Mój nieustający zachwyt nad dorobkiem i biografią Sørena Kierkegaarda – najpierw jego młodzieńcza miłość do córki pastora Bolette Rørdam, a potem dożywotnie i skomplikowane uczucie do Reginy Olsen, którą zresztą rychło rzucił, by oddać się filozofii. Właściwie wszystko, co napisał później, można potraktować jako próbę usprawiedliwienia się przed panną Olsen i czytanie Duńczyka z tej perspektywy nadaje jego natchnionym tekstom rzadko spotykany w filozofii „życiowy” wymiar.
Grzegorz Jankowicz w książce Od-tworzenie. Eseje o potencjalności przywołuje niezgorszy katalog twórców uwiedzionych przez możność, którzy nie tylko i nie przede wszystkim dziełem, ale też swoim życiem złożyli hołd stanowi potencjalności. W tej książce opowiadam o kilku postaciach (m.in. Borgesie, Blecherze, Carson, Caravaggiu, Iwaszkiewiczu, Jesenskiej, Kafce, Perecu czy Weil), które za pośrednictwem sztuki próbowały albo zniknąć, albo zacząć wszystko od początku. Tym, co interesuje mnie najbardziej, jest powrót do stanu możności, w którym zwykłe rzeczy okazują się wystarczające, a ich (nie)zwykłość wymyka się sądom i opiera wszelkim wyrokom – czytamy na okładce. Zestaw bohaterów szczupły, ale – jak wspomniałem wyżej – potencjał jest tu ogromny.
Nie ma czytelnej instrukcji, konkretnego schematu ani określonego typu charakteru, które czyniłyby takie wybory zrozumiałymi. Z jednej strony Franz Kafka czy Jorge Luis Borges, a z drugiej Simone Weil, która w tym towarzystwie jawi się wręcz jako awanturnica, o ściganym za morderstwo Caravaggiu nie mówiąc. Jeśli chodzi o mnie, z największym zainteresowaniem czytałem partie książki poświęcone „nudnym” postaciom, o historii życia dającej się streścić w krótkiej wiadomości tekstowej. W ogóle intrygujący jest fakt, że ktoś, kto „nie ma życia”, jest w stanie stworzyć Dzieło – nie jako protezę, ale życie właściwe. Z czasem biografia Kafki nabrała cech anegdotycznych, jako zgoła antybiografia, jednak – i to jest arcyciekawe – właśnie dlatego tak bardzo intryguje. Jakbyśmy my, odbiorcy, nie rozumieli, że zależności pomiędzy przeżyciami pisarza a jego książkami są znacznie bardziej zawiłe i subtelne, niźli wskazywałby na to zdrowy rozsądek. Kiedy umarł Jerzy Pilch, Michał Wiśniewski napisał, że autor Pod Mocnym Aniołem nie musiał mieć ciekawego życia, ponieważ ciągnął literaturę z powietrza, jak kwiatek wodę z ziemi. Niedościgniony ideał, można wręcz pomyśleć, że niektórym pisarzom posiadanie biografii przeszkadza w pisaniu.
Według Kafki jedyne wartościowe życie to życie pisarza – zauważa Jankowicz na początku książki. Teza ciekawa, ale daleko jej do uniwersalności, podobnie może powiedzieć w kontekście swojego fachu ekonom, prawnik, muzyk klasyczny, a nawet golibroda. Niemniej to właśnie pisarz może konstruować narracje uzasadniające tę tezę, podczas gdy reprezentanci tzw. zawodów nietwórczych muszą budować wartość swojego życia bezpośrednio w nim, by tak rzec, per se. Jedną z narracji przytaczanych przez Jankowicza jest bodaj najsłynniejsza kafkowska powieść, Proces.
Moim zdaniem nie ma nic przyjemniejszego w lekturze niż wydłubać z książki sens, wartość, epitet przeoczony przez wszystkich i pokazać, że ta drobna śrubka porusza mechanizm w określony sposób. Jest to praca w stu procentach hermeneutyczna, ale jeżeli mamy do czynienia nie z rozwinięciem już istniejącego znaczenia, ale ze stworzeniem nowego – hermeneucie należy się podwójne uznanie. Jankowicz wydłubał z powieści Kafki kartę rowerową głównego bohatera, Józefa K., przedmiot w trakcie „rutynowej” lektury łatwy do przeoczenia, ornament. Kiedy strażnicy przychodzą po K., ten, dość wobec nich bezradny, próbuje się przed nimi wylegitymować właśnie kartą rowerową. Skąd w ogóle motyw karty rowerowej w „Procesie”? Czy to przykład zdania, o którym Adorno pisał, że odrywa się od reszty i zaczyna żyć własnym życiem? Nawet jeżeli nie, to Jankowicz stara się „pomóc” temu motywowi wybić się na samodzielność, czyni go wręcz niezbędnym do zrozumienia całej sceny. Czyni to skutecznie: po jego wyjaśnieniach rozumiemy już, dlaczego żaden inny dowód tożsamości nie mógł mieć w tamtych czasach i w tamtym miejscu większej wagi. Józef legitymuje się w ten osobliwy sposób, gdyż chce, by „strażnicy” uznali jego człowieczeństwo za wystarczający powód do godnego traktowania. Dzisiaj zapewne wylegitymowałby się kartą kredytową, dokumentem najlepiej ze wszystkich zaświadczającym o naszym człowieczeństwie.
(…)
Ciąg dalszy w wydaniu papierowym i na www.nexto.pl albo www.e-kiosk.pl

