Jolanta Kessler. Fodele

Tylko online

Fodele

Jechaliśmy do tej kreteńskiej wioski każdy ze swoimi myślami, a przede wszystkim z obrazami wysnutymi z pamięci z różnych miejsc w świecie – z Hiszpanii, z Ameryki, a także z Polski.

Malutki podlaski Kosów Lacki jakże daleko jest od wielkich szlaków, ale to właśnie tam moja przyjaciółka Iza Galicka rozpoznała ten obraz greckiego mistrza: brudny, pomazany i podziurawiony, przybity gwoździkiem do ściany w zakrystii. Podobno już leżał na stosie gratów ściągniętych ze strychu i przeznaczonych do wyrzucenia, gdy dostrzegł go nowy proboszcz. I ten sponiewierany święty wzbudził w nim żal, a może zaiskrzyło też jego piękno – dalekie, nikłe pod pokładem brudu. I tak się stało, że zabrał tego kopciuszka, otarł szmatką z kurzu i powiesił nad biurkiem.

Dążyliśmy więc do rodzinnej wsi mistrza krętą dróżką pośród spragnionych wody pagórków porośniętych krzewami. Jechaliśmy spóźnieni kilka wieków, by szukać śladów chłopca, który podobno tu, w Fodele, urodził się w 1541 roku. Z pozoru niewiele wokół się działo. Kreta wciąż jeszcze była wenecka i dawała mieszkańcom i uciekinierom z Bizancjum wytchnienie i spokój.

Wjeżdżając do wioski, dostrzegliśmy zarys małej świątynki z krągłymi kopułkami nawiązującymi do architektury Wschodniego Cesarstwa. Wewnątrz oglądaliśmy stare polichromie z XI, XIII i XIV wieku: piękne przedstawienia Matki Boskiej z dzieciątkiem, Jezusa i wielu świętych, wśród nich Damian i Kosma, a także postacie żołnierzy umieszczone blisko wejścia, jakby stały na straży tego miejsca. Polichromie istniały już w czasach mistrza i ten chłopiec z Fodele mógł je podziwiać, jeśli tutaj zachodził – w ciemnym wnętrzu patrzyły na niego duże oczy świętych postaci, ich niema mowa wyłaniała się z kamienia i brzmiała echem dawnych wieków. Wówczas ta mała świątynka zapewne tętniła życiem, paliły się świece, szeptano modlitwy, słychać było śpiewy… Oglądał je w całym splendorze świętych liturgii, w grze świateł pełgających po wyrazistych kolorach, przyćmionych smugami dymu z kadzideł.

Półtora wieku później, kiedy mistrz dawno już nie żył, atak turecki, długie oblężenie, a następnie zdobycie wyspy, sprowadziły tu otomańskich wojowników. Oglądali te polichromie w aurze zdobywców, przy szczęku broni, a jednak nie bez lęku. Bali się tych spokojnych spojrzeń i chyba wierzyli, że bez oczu te obce dla nich postacie będą pozbawione mocy. Dlatego też ostrym kindżałem uszkodzili freski i tak pozostały do dzisiaj.

Kiedy je teraz oglądam, widzę wszystko inaczej niż ten grecki chłopiec. Wciąż piękne, majestatyczne, ale już okaleczone, bez tej głębi i spokoju spojrzenia, które chłonął młody Dominikos, bez szeptów modlitwy, bez śpiewów i kadzideł.

W maleńkim muzeum w Fodele patrzę na podświetlone reprodukcje obrazów El Greca. Gdziekolwiek są w muzeach świata, niosą w sobie coś ze spojrzenia świętych postaci ze świątynki. Zmieniają się ich kształty i kolory, pojawia się ta porywająca dynamiczna ekstaza, która zapewne pomogła mojej Izabelli rozpoznać w zniszczonym płótnie pędzel mistrza z Krety. Jednak pod powierzchnią jego ulubionej gamy barw, ruchu i zadziwiających kształtów tkwi gdzieś głęboko spojrzenie tych postaci, ich skupienie, spokój i ufna cisza.

W Fodele chłopiec nie mieszkał długo. W niedalekim Heraklionie pracowali wspaniali malarze szkoły kreteńskiej, potomkowie uciekinierów z Bizancjum. Kiedy padło ich miasto, zdołali schronić się tutaj, na jednej z ostatnich wysp wolnych od imperium. Przynieśli tu swój kunszt, tradycje i miłość do sztuki. El Greco uczył się od nich malarstwa. Ich nazwiska, wielkie i sławne niegdyś, dziś prawie są zapomniane, ale piękno ich ikon wciąż żyje.

W bujnej twórczości El Greca ikony mistrzów kreteńskich przeobraziły się z czasem w pełne życia sceny, portrety w woalu zamyślenia, w ekstazie… Rozumiał swoje postaci, czuł ferwor ich wiary, znał ich modlitwy i rozmowy z Bogiem. Może sam z Nim rozmawiał, szukając w Ewangelii bezkresnej logiki Zmartwychwstania.

Odrywam wzrok od tych wspaniałości i przez okno widzę wzgórze w słońcu, krajobraz pusty i spokojny. Może Fodele niewiele zmieniło się od czasów El Greco? Ten obraz z dzieciństwa, życie wiejskie blisko przyrody i zwierząt zabrał ze sobą, jadąc do Wenecji, Rzymu i dalej do Toledo, ale także widoki wspaniałego miasta, ferwor szkoły malarskiej i pamięć o tej ikonie najważniejszej – Czarnej Madonnie.

Była najsłynniejszym obrazem na Krecie w młodości El Greca, ikona z Bizancjum, ocalona przez wiernych podczas szaleństwa ikonoklastów. Mogła powstać około X wieku, kiedy dzieła sztuki przedstawiające święte postacie były niszczone w kilku falach religijnego fanatyzmu. Nazwano ją Mesopanditissa – czyniąca pokój. Jakaś siła pchnęła nieznanych nam czcicieli Madonny do powzięcia ryzykownej decyzji… Musieli nocą zakraść się do świątyni, starannie owinąć deskę w miękkie sukna, wynieść niepostrzeżenie i ukryć przed strażami, które wywlekały na płonący stos święte obrazy. Czy to oni, czy też dużo później ich potomkowie wywieźli obraz na Kretę, zajętą przez Wenecjan.

Uciekinierka z Bizancjum otoczona czcią wiernych była dla młodzieńca z Fodele cudem z dawnego świata bizantyjskiego, który za jego życia już nie istniał.

Zachowały się dwa obrazy mistrza namalowane jeszcze na Krecie. Są one bliskie sztuce ikony bizantyjskiej: Zaśnięcie Marii Panny z około 1567 roku, obraz umieszczony w prawosławnej Katedrze na wyspie Siros, oraz Św. Łukasz malujący Maryję z dzieciątkiem z 1567 roku, znajdujący się w Muzeum Benaki w Atenach. W tymże roku El Greco przeprowadził się do Wenecji, potem do Rzymu. Z tego włoskiego okresu pochodzą dwa obrazy, które są w Muzeum w Heraklionie: Widok na górę Synaj i klasztor św. Katarzyny oraz Chrzest Chrystusa. Oba w stylu dawnej ikony, z licznymi złoceniami.

Dziesięć lat później młody malarz odjechał do Hiszpanii, gdzie pozostał do końca życia. Mieszkał w Toledo. I tam, w jakiejś okolicznej wiosce mógł zobaczyć tych ludzi o wydłużonych czaszkach i ostrych rysach, którzy zainspirowali go tak bardzo, że zmieniło to jego styl, nadając mu cechy tajemniczej deformacji. Ale czy tylko te cechy fizyczne mogły przykuć jego uwagę? Zapewne mieli jeszcze inne, ważne dla malarza przymioty. Może zobaczył ich i zapamiętał w jakimś ujęciu bliskim jego malarskiej wizji: w zapamiętałej modlitwie, w spontanicznej rozmowie… W dzisiejszej Hiszpanii nie można już odnaleźć tych ludzi, zapewne cechy genetyczne z czasem zanikły w mieszanych małżeństwach na przestrzeni wieków. I gdyby nie opowiadanie mojej kuzynki, Danuty, która podczas podróży po Arizonie zajechała do wioski Tohono O’odham, gdzie rzeczywiście napotkała takich ludzi, dalej bym się zastanawiała nad tajemniczymi wizjami postaci ludzkich El Greca.

Hiszpanie podbili te obszary Ameryki (Meksyk i południowe stany USA) w XVI wieku i tam, w tzw. Nowej Hiszpanii, zaczęli się osiedlać. W czasach El Greco mogli więc wywędrować za ocean z jakiejś hiszpańskiej wioski wysocy ludzie o wydłużonych twarzach i wąskich palcach i zamieszkać z miejscową ludnością w okolicach Tohono O’odham. (W 1848 roku obecne terytorium Arizony włączono do Stanów Zjednoczonych). Danuta zobaczyła jednego z nich najpierw przy drodze do kościoła, zdumiała się tym kształtem głowy, smukłością postaci i jako znawczyni sztuki El Greca natychmiast miała skojarzenie z jego obrazami. Zapewne szybko by zapomniała o przypadkowo spotkanym nieznajomym, gdyby nie Msza Święta. Był tam wspaniały misyjny kościół z XVIII wieku pod wezwaniem Świętego Ksawerego (San Xavier del Bac Mission). Danuta poszła tam z przyjaciółką, aby się pomodlić razem z mieszkańcami Tohono O’odham, i może przyszły nieco wcześniej, żeby obejrzeć wystrój świątynki. Kiedy usiadły w ławce, zaczęli schodzić się mieszkańcy; wśród postaci Indian i Meksykanów wchodzili także oni – jakby ludzie z innej planety: wysocy, szczupli niemalże wychudzeni, i te ich niesłuchanie wydłużone twarze – wszystko to wprawiło ją w osłupienie.

Od tego zdarzenia minęły lata i te zdumiewające postacie ożyły nagle w naszych rozmowach, wydobyte z niepamięci. A kunszt El Greco, niepowtarzalny, jedyny, rozbłysnął całym pięknem w Warszawie, gdy po latach dyskusji, narad z hiszpańskimi historykami sztuki i po zakończeniu cudownej pracy konserwatorów pokazano wreszcie Ekstazę św. Franciszka na Zamku Królewskim.

El Greco. Ekstaza Św. Franciszka
El Greco. Ekstaza św. Franciszka.
Źródło: domena publiczna

Odpływam z Krety, myślę o podróży Theotokopulosa. Gdy opuszczał wyspę, nie był uciekinierem, jechał na spotkanie ze swoimi mistrzami bez goryczy klęski. Przeciwnie, miał w sobie harmonię greckiej prowincji, solidne podstawy szkoły kreteńskiej i ten geniusz, wciąż poszukujący i czujny, który nie dał się wtłoczyć w żadne nurty sztuki napotkane po drodze.

Czy przeczuwał, że opuszcza Kretę na zawsze? Czy wiedział, że stanie się emigrantem postmortem z wyspy zdobytej przez Turków i że woje w turbanach wkroczą do małego Fodele i zagiętym ostrzem będą zdrapywać farbę z oczu świętych postaci namalowanych na murach świątynki?

Koniec wojny z Turkami wynegocjowany przez weneckiego kapitana dał Kreteńczykom i Wenecjanom szansę, by odpłynęli z wyspy wraz ze swoimi skarbami. Zabrali artystów, zabrali święte obrazy, a wśród nich ten najbardziej ukochany, bizantyjską ikonę zwaną Mesopanditissa – czyniąca pokój – i umieścili ją w Wenecji, w ołtarzu wielkiej świątyni Salute.

Ja wciąż tęsknię za obrazem mistrza odkrytym przed laty w Polsce. Rozważam jego tajemnicze losy. I czekam na wiosnę, by pojechać do małego muzeum w Siedlcach na spotkanie z El Greco.

Jolanta Kessler

Konstancin, jesień 2024 r.

Wpłać dowolną kwotę na działalność statutową.
"Akcent" jest czasopismem niezależnym. Wschodnia Fundacja Kultury -
współwydawca "Akcentu" utrzymuje się z ograniczonych dotacji
na projekty oraz dobrowolnych wpłat.
Więcej informacji w zakładce WFK Akcent.

Przejdź do treści