Ta iskra, co życie daje
W styczniu 1949 roku Bernatka Wieczorkówna skończyła osiemnaście lat. Cieszyła się tym czasem bardzo. Nie dlatego, że przybyło jej lat czy powagi, nikt się przecież urodzinami nie przejmował, ale dlatego, że zaczynały się zapusty. We wsi co sobotę w nocy huczały zabawy, a nieraz i w dzień powszedni dudniło po całej okolicy. Tańcowali po chałupach bez opamiętania. Niekiedy się te hulanki kończyły rozbitymi głowami albo gorzej. Dla Heńka z Malinówki to były ostatnie zapusty, bo biedak zamarzł, wracając pijaniutki z zabawy. O tym jednak Bernatka nie chciała słuchać. Cieszyła się, że tego roku zima była mroźna i śnieżna, dlatego co i raz wieś się na kulig zbierała, saniami jechała hen przed siebie, wszyscy razem. Dzieci, na co dzień blade i mizerne, teraz rumieniły się jak zimowe jabłka, jedne w uszatych czapkach i kożuchach, inne, biedniejsze, w lekkim palcie i chodakach. Wszystkie piszczały na całe gardła. Młodzi ukradkiem zerkali na siebie, niby nieśmiało, ale aż im z oczu iskry leciały. Rżały konie. Wieczorami starsi rozgrzewali się przy ogniu i chętniej niż na co dzień wspominali dawne czasy. Można było usłyszeć, co ten czy tamten w młodości wyrabiał.
Najbardziej ze wszystkiego lubiła Bernadetka zapustną kolędę. Przez wieś szli przebierańcy, wpadając do domów z piosenką. Wpuszczali do izb świeże, mroźne powietrze, od którego kręciło się w głowie. Co jeden kolędnik, to lepsze dziwowisko. Miałeś tura, kozę, żurawia, a nieraz i niedźwiedzia. Mama i tata zawsze im coś do toreb wrzucali za ładną przyśpiewkę. Faworkami czy pączkiem poczęstowali. Nie wiadomo, czy to z tego powodu zawsze najdłużej u Wieczorków zapustnicy śpiewali i wyjść nie mogli, kłaniając się w pas jeszcze po dziesięć razy, aż matka w końcu nieco opryskliwie drzwi za nimi zatrzaskiwała. A może Wieczorkówny swoim klaskaniem w dłonie i śmiechami niczym świergot spod drzewa tak chłopców czarowały. Tego niby nikt nie wiedział, ale wszyscy się domyślali.
Na zabawach spotykała Jerzyka. On niestety z przebierańcami nie chodził.
Po raz pierwszy usłyszała o nim którejś niedzieli jeszcze za dzieciaka. W kościele na łacińskim nabożeństwie ludzie ziewali i szeptali, wiercąc się w skrzypiących ławkach. Mama z tatą nad głową Bernatki ubolewali, że u Laszkowskich taka bieda. Najstarszy chłopak, Jerzyk, został się z czwórką rodzeństwa, dla których jest jak ojciec. Sam kończy dopiero osiemnasty rok życia. Bernatka miała wtedy może z osiem lat i niewiele ją ta rozmowa obchodziła. Za to imię chłopca bardzo jej się spodobało. Wyobraziła sobie nastoletniego kawalera z kolcami na plecach i pyszczkiem jak u jeża. Pomyślała, że pewnie lubi jabłka i musi robić śmieszne miny.
Kiedy wychodzili z kościoła i zobaczyła Jerzyka na własne oczy, to w mig jej te fantazje wyparowały z głowy. Był zwykłym chudym chłopakiem o długich nogach. Chodził niezgrabnie, trochę jak na szczudłach. Zerknęła wysoko na jego twarz, ale kościste policzki wcale nie przypominały pyszczka jeża, a błękitne oczy patrzyły gdzieś przed siebie. Na czoło opadały mu jaśniutkie kosmyki włosów.
Nic dziwnego, że na wiele lat o nim zapomniała. Wybuchła wojna, to nikt o jeżach ani szczudłowatych nogach nie myślał. Szkołę zamknęli, a ludzie chowali się po schronach. Potem nocami czuwali zamiast spać, ubrani i spakowani, w każdej chwili gotowi do ucieczki. Bernadeta najczęściej siedziała w schronie na Wólce, u starszej siostry. Bawiła dzieci, od których sama była niewiele starsza. Zawsze się dzieciarnia trzymała blisko niej. Umiała przebrać, pieluchę uprać, obiad ugotować, a przed snem i bajkę opowiedziała.
Każdy bał się wtedy wojny, ona też, choć mniej niż dorośli. Niemcy rzadko przychodzili do chłopskich domów. Łapali i gonili Żydów albo Cyganów. Raz Bernatka z ojcem pojechała do sklepu, do drugiej wsi. Widziała wtedy, jak niedaleko na górce młody Cyganiak, gdzieś w wieku Jerzyka, stał z rękami nad głową. Za nim Niemiec z karabinem wykrzykiwał coś w swoim języku. Nagle ojciec mocno szarpnął ją za ramiona i wepchnął do sklepu. Wchodząc, usłyszała huk, a potem głuchy odgłos, jakby na ziemię upadło coś ciężkiego, może worek z kartoflami. Nigdy tego nie zapomniała.
O Jerzyku przypomniała sobie, kiedy po wojnie na wsi buchnęły zabawy, a ona miała ze szesnaście lat. Ludzie się rwali do tańca, jakby chcieli wytańczyć z siebie wszystkie smutki wojny. Chłopcy zakładali najlepsze koszule i pożyczali za duże buty, żeby się dziewczynom przypodobać. Chciała i ona pójść na zabawę i po wielu prośbach rodzice po trochu zaczęli ją puszczać z domu. Najpierw wolno jej było iść tylko z Jankiem, bo chociaż był od niej tylko rok starszy, to zawsze chłopak. Potem nieraz i sama leciała.
I na tych zabawach widywała Jerzyka Laszkowskiego. Przez lata niewiele się zmienił, pozostał tak samo chudy i żylasty. Oczy wciąż mu się świeciły jak woda w jeziorze. Zerkał na nią nieśmiało, a raz, kiedy smyczki mocno ucięły, zebrał się w sobie i zaprosił ją do tańca. Właściwie to bez słowa wyciągnął do niej ręce i czekał. Bernatka chętnie z nim zatańczyła, bo lubiła tańczyć, najbardziej z tymi, co szybko wywijają. Poza tym podobało jej się to, że wlepiał w nią te swoje błękitne oczy i wzdychał po kątach jak panienka z jakiejś powieści. Dotąd się nią nikt nie interesował poza cielętami, którym sypała otręby do żłobów. Lubiła głaskać ich lśniącą sierść. Całe bydło hasało po pastwisku, a te niedorostki biedne prawie o suchym pysku stały w oborze, chwiejąc się na patykowatych nogach. Zawsze jej było ich żal. Może dlatego, że też była najmłodsza i też dobrze po świecie chodzić nie umiała.
Jerzyk, starszy od niej o dziesięć lat, był mądry, dobry i robotny – trochę jak dla niej za poważny. Starał się o nią dwa lata. Choć miłości jeszcze nie wyznawał, ona wiedziała co i jak, wystarczyło spojrzeć. I wredna była, bo mu figle płatała, maślane oczy miała za nic. Chłopak się jednak nie zrażał, co z czasem nawet ją zaczęło złościć. Przychodził po mszy niedzielnej, zapraszał na zabawy, kupował korale na odpuście. Ojciec ją pytał: „Bernatko, chcesz ty iść za niego?”. Ale ona nie wiedziała, wciąż nie wiedziała.
Nie raz i nie dwa razy pytała starszych sióstr, czy iść za Jurka i jak one się na to zapatrują, ale niewiele jej pomogły. Każda miała już swoje sprawy, na głowie dzieci, gospodarkę, no i mężów. Niektóry pił albo robić mu się nie chciało, inny był dobry, ale o dzieci niewiele dbał. Wiedziały, jak wygląda małżeństwo, i jakoś jej zbytnio nie zachęcały. Innym razem mówiły: „Idź za niego. Co cię innego czeka na tej wsi?”.
Bernatka wahała się i wahała. Nie w głowie jej było wychodzenie za mąż, jak to podlotkowi. Lubiła pośpiewać, potańczyć na zabawie, a najlepiej, jak ją chłopiec w tańcu ścisnął, aż tchu brakło. Ach, wirowali po izbie, a światła lamp kręciły się razem z nimi jak pasy jakiejś świetlistej tęczy albo inne cuda.
Wyczyniała głupoty na półpostu. Lubiła bramkę zdjąć i ponieść w krzaki, pobielić okna koleżankom albo jeszcze lepiej, żeby jej kto pomalował na znak, że się podoba. Choć nigdy nie było wiadomo, której z sióstr malują – było ich w domu pięć dziewcząt i jeden brat. Każdy wiedział, że malują starszym dziewuchom, nie najmłodszej, ale ona wierzyła, że też już jest panienką i nikt jej z błędu nie wyprowadzał.
Nieraz tak się trafiało, że szła na zabawę z Jerzykiem, a wracała z kim innym i komu innemu się pozwoliła ucałować na dobranoc. Dobrze, że Jurek biedny tego nie widział, bo by mu serce pękło. Choć musiały do niego jakieś słuchy dojść, bo potem jak przez wieś przejeżdżał koniem, to na nią pielącą w ogrodzie zerkał obrażony, bez słowa. Niedługo jednak znów zagadywał. Najpierw nieśmiało, z oporem, a potem wesoło jak zawsze. Ona nawet kiwnąć palcem nie musiała, żeby go udobruchać. Wszystko jej puszczał mimo uszu i mimo oczu.
Nieraz mu odmawiała rozmowy, wykręcając się bolącym brzuchem, a gdy już znikł za wierzbami, pędziła do Kryśki na plotki. Czemu tak robiła – sama nie wiedziała. Chyba jakiś strach ją nachodził, jak sobie pomyślała, że coraz bardziej Jurkowi przypada do serca. W domu mówiła, że po coś ważnego idzie, ale u Barańskich nikomu się nie trzeba było tłumaczyć. Matka Kryśki, choć życzliwa, bez przerwy oczami wodziła za młodszym synem – Antkiem, i nim tylko się zajmowała. W chałupie mógł być bałagan, nieugotowane, sterty prania, ale frykasy dla Jantosia zawsze się znalazły. Krowy też sumiennie doiła, choćby zastała ją północ, co nierzadko się zdarzało. Te dwa obowiązki – Antoś i krowy – bez reszty zajmowały jej głowę. Krysia zaś chodziła czasem cały dzień głodna, bo Antek nie pozwalał jej tknąć swoich przysmaków. Siadał na zydlu i patrząc siostrze w oczy żarł pączki na spółkę z psem. Kiedy podchodziła, bił ją pręcikiem, gdzie popadło. Urosły mu tłuste ramiona i policzki, zrobił się silny aż się go Krysia bała. Kroiła sobie i Bernatce po kromce chleba, który żuły na ławce przed domem. Gdyby kto obcy jechał drogą koło Barańskich chałupy, pomyślałby, że to siostry.
Ojciec ani matka nie zmuszali Bernadetki do zamążpójścia, jak to nieraz po domach bywało. Sprawa sama się rozstrzygnęła w marcu, w osiemnastym roku jej życia. Jerzyk przyszedł z chrzestnym swoim pytać, czy Wieczorek zezwoli na ślub z najmłodszą córką. Ona tylko zobaczyła, że daleko drogą idą w ich stronę tacy wygalantowani i poważni, zaraz matce powiedziała, że leci pożyczyć zakwasu do chleba. Tak ją czegoś wstyd i strach obleciał, że wcale się nie mogła opanować. Pobiegła i nie wracała do późna. Kryśce się wcale nie przyznała, że Jerzyk przyszedł do niej w konkury. Wiedziała, że dziewczyna wygląda jakiego bądź kawalera, żeby się czym prędzej z domu wyrwać i być czyjąś, choćby miało jej się żyć biednie czy w ciasnocie. Miała wprawdzie jednego absztyfikanta – Franka, ale o nim lepiej nie mówić. Potrafił w złości konie czy krowy poobijać, tak jak jego od lat obijał ojciec.
W chałupie u Wieczorków zrobiło się jakoś poważnie. Jerzykowi buty błyszczały niby miejskiemu chłopakowi. Chrząkał i sam niewiele mówił, wiedzieli, że był nieśmiały. Gadał za niego chrzestny, ojcu dziewczyny w oczy zaglądał, mrugał i się podśmiewał. Matce ręce całował, Jankowi się kłaniał. Starego Wieczorka to trochę drażniło, znał przecież Jurka od małego, wcale go zachwalać nie potrzeba. Poklepał chłopaka po ramieniu jak syna, a Jurkowi się oczy zaśmiały, ręce zakołysały szeroko, nawet trochę wypił tej wódki, co ją przyniósł, i żartował jak nigdy. Na koniec go Wieczorek z życzliwym słowem w powrotną drogę posłał.
Bernatka wróciła na obrządki. Ojciec powiedział „pójdziesz za Jurka, dziecko, to dobre chłopię. Robotny, uczciwy, nie pije, już tyle się o ciebie stara. Pójdziesz, Bernatka”. I Bernatka poszła.
Uradzili, że stanie się to jesienią. W październiku Bernadeta Wieczorkówna i Jerzy Laszkowski wstąpią w święty związek małżeński. Wtedy jest najlepszy na to czas. Największe prace w polu się pokończy, weki pozamyka, mięso, owoce i zioła ususzy, a zimowych robót się jeszcze nie rozpocznie. Całą wiosnę myślała Bernatka o tym, jak to z nimi będzie, jaką okaże się żoną i jakiego męża znajdzie w Jerzyku. Postanowiła, że na wesele nazbiera najlepszych złotych koszteli, bo jabłka Wieczorków były słynne na całą wieś. Wybierze same dorodne owoce, żółtawe niby ślubne obrączki. Ale prawdziwe obrączki, nie z takiego złota jak na jarmarku można kupić, różowego, a z czasem zieleniejącego jak zgniłe buraki. Nie. Tata jej piękny kosz wyplecie, jabłek się do pełna nakładzie i serwetką przykryje. Na serwetce będzie imię „Jerzyk” starannie wyhaftowane. Kupi się skrzynię, na niej wymaluje rozmaite kwiaty i do środka się koszyk włoży razem z innymi rzeczami. Tam kosztele będą czekać na ślub bezpieczne, jakby ich pilnowała jakaś wielka bestia, psisko albo jadowity gad. Jeśli oczywiście ojciec kupi skrzynię. Czegóż miałby nie kupić? Przecież ona nie od macochy i wcale nie gorsza niż inne siostry. A każda skrzynię na ślub dostała.
(…)
Ciąg dalszy w wydaniu papierowym i na www.nexto.pl albo www.e-kiosk.pl

