Konrad Zych. Jeszcze nie

Spis treści numeru 1/2026

Jeszcze nie

Czy Jedenaście to rzeczywiście ostatnia książka Hanny Krall? Kilkustronicowy Epilog, będący de facto spisem niezrealizowanych pomysłów, zdaje się nie zostawiać miejsca na ciąg dalszy. Autorka kończy zbiór zaskakującą puentą-deklaracją: Nie ma jeszcze. Tym razem nie ma. Zaskakującą, zważywszy ogrom tematów, o których – jak sama twierdzi – nie zdążyła napisać. (O młodej prostytutce, która uciekła przed policyjną obławą. O kobiecie z puszczy, która nie lubiła uchodźców. O psie Ryżyku i panu Issie, który umarł twarzą do ziemi. O rudym komuniście…) Wszystkie te pomysły pozostaną zapewne w sferze zamierzeń. Może złożą się, mówiąc słowami Jacka Bocheńskiego, na jakąś nieistniejącą, lecz jeszcze możliwą książkę potencjalną. Książkę in spe. Zrealizowaną jeśli nie przez samą Krall, to przez któregoś z jej licznych uczniów. A może nikt nie opowie tych historii. Może nie zaistnieją w zbiorowej świadomości. Przecież bywa i tak.

Równocześnie trudno oprzeć się wrażeniu, że tego typu książka od dawna istnieje. Wszystko, o czym reporterka już nie napisze, zostało przecież opisane – i to przez samą Krall. Postaci wędrują między tekstami, między książkami autorki. Przychodzą z różnych miejsc i czasów. Odmienione, a jednak podobne. Odsłaniają nieznane, niezauważone wcześniej szczegóły. Dopowiadają niedopowiedziane. Pisarka umieszcza stare historie w nowych dekoracjach, przepisuje „już-napisane” na nowe języki i środki wyrazu. Zmienia narracyjne obiektywy. Ale i nowe nieustannie przegląda się tu w starym. Przesunęłam w jej stronę filiżankę z kawą. Odruchowo. Jak ktoś ucieka, to trzeba pomóc. Trudno uciec od skojarzeń z Zagładą. Wszystko, co wydarzyło się kiedyś, powraca z zadziwiającą dosłownością. W tej prostytutce. W ludziach na polsko-białoruskiej granicy. Czy nie o tym powrocie, banalnej powtarzalności zła (i zdumiewającej niepowtarzalności dobra), mówi każdy z tekstów zamieszczonych w najnowszym (ostatnim?) zbiorze pisarki?

Nietrudno nakreślić linie łączące Jedenaście z poprzednimi książkami autorki Dowodów na istnienie. Czasem będzie to postać, czasem pewien emblematyczny motyw. Niekiedy „zwornikiem” staje się bezpośrednie przywołanie ważnych tekstów z przeszłości. Tropienie tych powiązań, choć samo w sobie ciekawe, nie pozwala jednak dostrzec tego, co dla zbioru swoiste. Pewnej autobiograficznej „nadwyżki”, widocznej jeśli nie w poszczególnych reportażach – w tych Krall często ukrywa się za opisywanymi postaciami, zasłania „tematem” – to w metodzie ustrukturyzowania całości.

Już sam tytuł, Jedenaście, nie oznacza, jak można by oczekiwać, liczby zebranych w tomie utworów. O co więc chodzi? Zagadka nie jest trudna do rozwikłania. To numer posesji w Otwocku, Prusa 11, przy której tuż po wojnie mieścił się dom dziecka. W domu tym przyszła pisarka, wówczas kilkuletnia dziewczynka, spędziła dużą część swojego dzieciństwa. Wątek zasygnalizowany tytułem zostaje rozwinięty w Samosiejkach, jednym z centralnych tekstów zbioru. Piotr S. obiecał, że jak się ociepli, pojedziemy razem i pokaże mi, gdzie wołał pan Drawicz. / Swój Otwock mi pokaże. / A ja jemu moje samosiejki. Na miejscu czeka jednak rozczarowanie. Nie ma budynku, dużego, drewnianego – jak większość otwockiej architektury tamtych czasów – nie ma samosiejek. Pozostał adres, odsyłający zresztą do innej parceli, w czym autorka – wspomina o tym m.in. w rozmowie z Michałem Nogasiem – dostrzega paradoksalny symbol. Dowód kruchości ludzkiego istnienia. Ale i świadectwo trwania. Świata. Pamięci. Nie ma domu, nie ma samosiejek. Coś jednak jest. Życie nie zastygło w bezruchu, toczy się dalej. Dlaczego bać się tego banału?

Zamykające zbiór „nie ma – jeszcze” sugeruje, by czytać Jedenaście nie jako domknięcie bibliografii autorki, zapowiedź zarzucenia wszelkich aktywności twórczych (nawet jeśli nie każdą autorską deklarację należy traktować z filologiczną podejrzliwością), ale rodzaj przerwanego projektu. Kropkę postawioną w połowie zdania. Zbiór nie ma w sobie przecież tej charakterystycznej dla twórczości senilnej atmosfery pożegnania. Reporterka nie dokonuje obrachunków z własnym pisarstwem, nie godzi się, nie podsumowuje. Nawet tam, gdzie pisze o odchodzeniu męża, rezygnuje z perspektywy eschatologicznej.

Przecież miał ujemny test, to dlaczego telefon. / Przecież lepiej oddychał, powiedziała pani doktor. To dlaczego. / Przecież tak ładnie dzisiaj zjadł obiad. Śmierć najbliższej osoby nie pozwala się zracjonalizować, włączyć w ciąg konsolacyjnych zastąpień. Dla tych, którzy zostali, staje się wydarzeniem granicznym, osobistą cezurą, dzielącą czas na „przed” i „po”, „wtedy” i „teraz”. Także i w tym łatwo dostrzec pewien paradoks. To nie przebudzenie historii, wtargnięcie grozy w społeczny ład, okazuje się rzeczywistym skandalem, ale wypowiedziane przez lekarkę „no właśnie”. Od tego momentu rozpoczyna się liczenie. Cztery dni po no właśnie zaczęła się wojna. (…) Mówią w telewizji, ile już trwa. (…) Na przykład – dwieście pięćdziesiąt pięć dni. / Dodajemy cztery, jest dwieście pięćdziesiąt dziewięć. / Po no właśnie. Wypowiedziane przez lekarkę słowa stają się nową miarą czasu. Pokazują zarazem, że nawet te największe tematy, jak najazd Rosji na Ukrainę czy kryzys uchodźczy na polsko-białoruskiej granicy, nie istnieją w oderwaniu od osoby piszącego. Piszącej. Przeciwnie, włączone w prywatną chronologię, stają się częścią historii jednostki, przesiąkają jej bólem.

Wszystkie te rozpoznania autorka podaje jednak nie wprost, ukrywa się za narracyjną przesłoną dziennikarskiego profesjonalizmu – nawet jeśli towarzyszy temu sugestia bezpośredniości, intymności zapisu. Krall wprowadza (chciałoby się napisać: wrzuca) czytelnika w sam środek swojego świata, otacza ludźmi, ich głodnymi uwagi opowieściami, nie troszcząc się o zapewnienie wyrazistych punktów orientacyjnych. Niczego nie opatruje przypisami, nie wyjaśnia miejsc ciemnych. Wskazuje jedynie kierunki. To na odbiorcy spoczywa ciężar uporządkowania nagromadzonych obrazów, rozszyfrowania inicjałów (a raczej ukrytych za nimi osób), odtworzenia znajomo brzmiących historii. Dokopania się do warstw tekstu pochodzących z odległych miejsc i czasów.

W poskładaniu tej tekstowej układanki pomaga, oczywiście, znajomość poprzednich książek pisarki. Wiele tu powrotów, napomknień, poukrywanych nawiązań. Spójność obrazu nie jest jednak, jak się wydaje, celem literackiego projektu Krall. Pisarka przedkłada czytelnikowi całość świadomie pękniętą, genologicznie rozłamaną. Miesza stare z nowym, gotowe z nieukończonym, publiczne z osobistym. Tekst nieustannie eksponuje przy tym swój brulionowy, „roboczy” charakter.

Wszystko to sprawia, że nową książkę autorki Trudności ze wstawaniem nie sposób zamknąć w gatunkowych ramach reportażu (a mówiąc precyzyjnie – w jakichkolwiek ściśle określonych ramach), nawet jeśli sama Krall konsekwentnie sytuuje swoje pisanie w tym polu. To raczej rodzaj reporterskiej sylwy, patchwork zszyty z fragmentów o różnej fakturze i długości. Przy czym: tak swobodny, „notatnikowy” ton wypowiedzi to raczej kolejna przesłona, gra z konwencją diariusza (bo też i zbiór jest swego rodzaju diariuszem, dziennikiem żałoby i jej mozolnego przepracowywania), niekoniecznie efekt odrzucenia artystycznego opracowania tekstu.

Warto w tym kontekście zestawić Jedenaście z Lapidariami Ryszarda Kapuścińskiego, utworem równie rozproszonym, skupionym na szczególe, swoją narracyjną genezę wywodzącym (podobnie jak ostatnia książka Krall) z fragmentu. Stylistyczne bogactwo i artyzm obu projektów, umiejętnie czerpiących z różnych konwencji zapisu (ujęcia deskryptywne, przedstawiające nie są tu wcale uprzywilejowaną techniką prezentowania rzeczywistości), ujawniają się dopiero z czasem. Ważniejszy wydaje się cel tych zabiegów. Pozornie nieuporządkowane, „pospieszne” opisy, prezentowane czytelnikowi in statu nascendi, pozwalają lepiej niż zamknięta fabuła nakreślić charakterystykę postaci, przekazać fragmentaryczny, pokawałkowany obraz świata współczesnego człowieka. W tym zresztą tkwi główna różnica między tym dwojgiem emblematycznych dla polskiego reportażu autorów. Jeśli Kapuściński, świadomie bądź nie, wchodzi w rolę moralisty, zamienia notes reportera w zbiór mikroprzypowieści, Krall wyraźnie stroni od ujęć parabolicznych. O doświadczeniach bohaterów myśli za pomocą metonimii. Szuka powiązań tam, gdzie inni widzą jedynie nagromadzenie przypadków.

Pisarstwu autorki Żalu obca wydaje się zarazem tendencja do nadmiernej eseizacji reportażu, opatrywania opisu erudycyjnym komentarzem. Narzędzi do interpretacji Jedenaście szukać należy nie tyle w rekwizytorium analitycznym stosowanym w przypadku prozy dyskursywnej, dokumentacyjnej, ile w studiach nad wierszem. Krall stawia na poetycką lapidarność, dąży do kondensacji doświadczenia. Bohaterowie jej tekstów, nawet ukryci za inicjałem, sprowadzeni do gestu, postawy, pewnej podpatrzonej cechy charakteru, nie tracą indywidualnych rysów. Pozostają sobą i wtedy, gdy ich losy są częścią większej, pozbawionej protagonisty fabuły, jak ma to miejsce w przypadku kolejnych opowieści o ocaleniu z Zagłady.

Wiele z zebranych w tomie tekstów to w gruncie rzeczy poetyckie medaliony. Portrety osób, które z różnych powodów zapisały się w pamięci reporterki, czy to przez swoją nietypowość, osobność, czy (nazwijmy to w ten sposób) potencjał historiotwórczy. Tam, gdzie eseista szukałby uogólnień, potwierdzenia pewnych obserwacji o charakterze filozoficznym, socjologicznym czy politycznym, autorka stawia kolejne pytania.

W tym miejscu wypada powtórzyć to, co znawcy literatury faktu stwierdzili już dawno temu. Reportaż – tak też rozumie go Krall – to nie tyle utwór napisany według określonych reguł, zamknięta narracyjna całość reprezentująca gatunkowy wzorzec, ile „metoda pracy, realizacja pewnej etyki” – by przywołać określenia Anny Tatar. Badaczka (powołując się m.in. na Jerzego Lovella) definiuje etykę pisarki za pomocą kilku postaw. Kwestionowania obiegowych przekonań, dociekania istoty opisywanych problemów, przede wszystkim jednak – zarzucenia reporterskiej neutralności w ocenie przedstawianych konfliktów. Ów etyczny imperatyw widać w odpolitycznieniu zjawisk, które stały się nad Wisłą zarzewiem ideologicznego, partyjnego sporu (takich jak kryzys na polsko-białoruskiej granicy), w przywróceniu opartej na wartościach, „ogólnoludzkiej” miary temu, co w języku publicystki uległo rozpuszczeniu, zatarciu.

Diarystyczna rama, której nie sposób zbyć frazesem o autorefleksyjności zapisu, umiejscowieniu reportera w tekście, nadaje temu zobowiązaniu charakter osobistego zaangażowania. Przy czym nie zawsze jest to zaangażowanie podjęte z idealistycznych pobudek.

Cyniczne? Nic podobnego. Krall stara się przywrócić reportażowi reportera. Z całym dobrodziejstwem wpisanym w tę profesję. Pokazuje twarz, osobowość, sposób rozmawiania z ludźmi. Ale też to wszystko, co nie mieści się w wyidealizowanym obrazie pracy twórczej. Materialne i psychiczne koszty obcowania z cudzymi historiami. Bo autor – jeśli w tekstowym podmiocie reportażu widzieć coś więcej niż tylko rolę, narracyjną figurę bezstronnego obserwatora – nie jest wyłącznie dysponentem ludzkich głosów. Czasami bywa wspólnikiem swoich rozmówców. Bywa też ich ofiarą, zakładnikiem i obrońcą. Lub oskarżycielem.

O czytelniku ani słowa. Tym razem – nie.


Hanna Krall: Jedenaście. Wydawnictwo A5, Kraków 2024, ss. 162 + 2 nlb.

Wpłać dowolną kwotę na działalność statutową.
"Akcent" jest czasopismem niezależnym. Wschodnia Fundacja Kultury -
współwydawca "Akcentu" utrzymuje się z ograniczonych dotacji
na projekty oraz dobrowolnych wpłat.
Więcej informacji w zakładce WFK Akcent.

Przejdź do treści