Mieszko Wandowicz. Niedźwiedź kręcący warkoczami

Tylko online

Smukłej Harfiarce

Niedźwiedź kręcący warkoczami

Strzeżcie się przyjmowania do swego rzemiosła, wymagającego takiej czujności, jakiegokolwiek młodzieńca o ściągłej twarzy i zapadniętych oczach, skłonnego do niewczesnych rozmyślań, młodzieńca, który się zgłasza na okręt z „Fedonem” (…).

Herman Melville: Moby Dick, tłum. Bronisław Zieliński

13 maja 2014 roku, kilka minut przed osiemnastą — skoro słońce na nizinach dopiero zaczynało skłaniać się ku zachodowi, ale w górach jego wędrówka dobiegała końca i do schronisk przychodziło coraz więcej poszukujących ciepła perypatetyków — do beskidzkiego przytułku „Nici i Cienie” przez otwarte na oścież drzwi wszedł niedźwiedź. Zdawał się zwyczajnym rządcą karpackich lasów: wykwintne futro, podobne barwą do kory pobliskich sosen, pozorna ociężałość, niezbyt duże, ale sterczące uszy; nie wyróżniał go również zapach, który zgodnie z niedźwiedzią konstytucją mógłby podrażniać ludzkie nosy, jeśliby tylko zwróciły na ten aromat uwagę. Woń jednak, jak się zdaje, nie miała w tamtej chwili dla nikogo znaczenia. Kiedy przybysz, najpierw starannie ocierając grzbietem heblowaną ścianę, stanął na dwu łapach, aby przez moment obserwować wywieszone obok poroże i obrazy; kiedy spojrzał na układ wnętrza oraz na wszystkich obecnych, i gdy okazał godne podziwu mistrzostwo w gniewie — wówczas zarówno goście, jak i czuwający przy barze właściciel schroniska woleli skorzystać z nóg niżeli z węchu. Rzadko przy tym pierzchali rozsądnie, łagodnym krokiem; na ogół panicznie: w zadziwiającej plątaninie ciał i przyśpieszeń.

Albowiem niedźwiedzie, co prawda spotykane w polskich gęstwinach, w niektórych zaś drobinach czasu i przestrzeni poistniewające przy szlakach czy drogach; olbrzymy, czujnie badające po zmierzchu kosze z odpadami; owe doniosłe stworzenia nie zwykły przecież odwiedzać budynków. Prócz tego, na co dzień niewidoczne, budzą dziś więcej lęku niż przed laty, kiedy bywały w całym kraju — nieraz zachęcane do współpracy albo przez Cyganów ze smorgońskiej akademii, albo też przez innych, wcześniej, jak wtedy, gdy w XVI wieku Samuel Zborowski postanowił przedstawić więzionemu przez siebie mocarzowi przyprawionego miodem podróżnika. Tak czy owak, wiosną 2014 roku nie było w Beskidzie Niskim niedźwiedzi oswojonych: ani zepsutych, jak w Tatrach lub cyrkach, ani tym bardziej wkraczających do tych ludzkich siedzib, które nie opustoszały przed laty po ówczesnych niepokojach i niezgodach. A już na pewno nie było takich, jakie swoim grzmieniem nie budziłyby trwogi pośród istot obdarzonych odrobiną instynktu bądź rozumu.

Niedźwiedź przeto najpierw się rozejrzał, potem zaprezentował zgromadzonym swe możności, a to wespół z groźbą, że tak ich ziszczenia, jak idącego za nim zniszczenia nie wolno wykluczyć, wędrowcy i tułacze, każdy we własny sposób, poczęli uciekać, on zaś rozgościł swoje ciało na jednej z ław, nieomal na środku niewielkiej sali. Nie wszyscy jednakże opuścili budynek. Przy barze-recepcji mieściła się w schronisku niby-scena, najwyżej pięć metrów kwadratowych, a na niej kilka potarganych instrumentów, z których wolno było korzystać co bardziej muzykalnych gościom; trudno stwierdzić, czy dlatego, że i tak były wysłużone, czy raczej, na odwrót, właśnie dlatego wysłużone się stały. Spoczywały tam ukulele i mandolina — za bardzo zmęczona, by dać się nastroić — pianino bez kilku klawiszy, a także nieduża harfa: dawniej dwudziestodziewięciostrunowa, tamtego dnia wyposażona w tych strun nieco mniej, ale wciąż — skromne odbicie cudownego wynalazku przedwiecznych demiurgów — pozwalająca wydobyć z siebie bezlik piękna. Na stołku obok siedziała młoda istota z nad wyraz długim, kasztanowo-miedzianym warkoczem, ułożonym z przodu smukłego ciała; z harfą na wyciągnięcie ręki, wyraźnie nią zaciekawiona, już wobec garstki dotychczasowych gości z rzadka znajdowała dość odwagi, by po cichu jej dotknąć.

Wybrana przez niedźwiedzia ława umieszczona była blisko każdej prowadzącej do wyjścia drogi. A przynajmniej każdej spośród tych, które pozwalała zauważyć niepospolita co prawda, ale lękliwa wyobraźnia dziewczyny — jakimś cudem znajdująca dla siebie dość przestrzeni pod warkoczem i w kraciastej sukience, niekiedy tylko nieśmiało przekradająca się do instrumentów i szukająca tam bezpieczeństwa raz przy jednej, raz przy drugiej strunie. Przybysz tymczasem przestał wprawdzie uwydatniać swój tors, wciąż jednak łatwo było dostrzec jego kły i pazury, a wespół z nimi urzeczywistniane przez nie ostrzeżenie, potwierdzane spojrzeniem. Była więc przerażona: dorosła, wysoka, lecz zarazem mała z usposobienia i wiotka niewiastka, która na co dzień pragnęła włóczyć się i gubić.

Doprawdy jednak, miriady lęków połączone są nieraz z nie mniejszą liczbą zmyślnych a odważnych koncepcji pajęczymi nićmi: łatwymi do przeoczenia, ale nie do rozerwania — i zadziwiająco plastycznymi. Dziewczyna spoglądała to w jedną, to w drugą stronę oczami zdziwionymi bodaj nie bardziej niż w niosącej za sobą tyleż uzasadnionych przestrachów codzienności, nie ujrzała jednak poza sobą ani człowieka. To dobrze, pomyślała; mogła na chwilę zapomnieć o tej przynajmniej swojej cząstce, którą jest wstydliwość, utkwiona z reguły w złożonych duszach i umysłach. Spojrzała na harfę, pociągnęła delikatnie za kilka strun. Przybysz nie wydał się bardziej wraży niż dotąd. Po chwili z mętliku w jej głowie — a chciała bodaj uspokoić obojga: śpiewając do niedźwiedzia, lecz przecież w nie mniejszym stopniu dla siebie — wydostał się początek kołysanki.

Niedźwiedziu, zaśnij błogo, niczego się nie lękaj,
boś otulony osnową z prawdy, dobra i piękna,
pamiętaj o tych cnotach, które ci się przyrodziły
i kiedy sen cię omota, śnij uradowan z ich siły.

Tak zaczęła; bo niedźwiedź — uznała — też się może bać, a już na pewno trzeba mu ukojenia. Zdało jej się, że w innym razie nie dotarłby do tak egzotycznego dlań miejsca; a teraz trudno, żeby zaznał odprężenia w tym osobliwym obrębku niezgodności z przyrodą, nawet skoro znalazł sobie pośrodku wygodne legowisko. Słowa kołysanki powstały co prawda jakiś czas wcześniej: chciała zaśpiewać je synowi przyjaciół, za którym bardzo przepadała. Nie znalazła jednak ni odwagi, ni okazji na taki koncert — niechby wystarczająco zanurzona była duchem w rzymskich ideałach, by pragnąć opiewania cnót przy wtórze instrumentu. Ale właśnie wtedy, przepełniona lękiem, lecz odmiennym niż na ogół, pomyślała, że przesłanie powinno trafiać do wszystkich, następnej zaś sprzyjającej okoliczności może już nie być. A zatem zaczęła i z każdą nutą stając się śmielsza, bardziej zżyta z dźwiękami, przedstawiała koncepty, uczucia i wolę, częściej też zbaczając z umyślonych wprzódy torów. Czasami palce przestawały wibrować instrumentem, a śpiew przeradzał się w mowę; ta zaś, co prawda nie uwięziona już w metrum, pozostawała na swój niebłahy sposób melodyjna: płynna i delikatna, tak że podobna było pomylić ją z pieśnią.

Opowiadała o tym, w co zdarzało jej się wierzyć. Że zostanie muzykiem — zupełnym: wykształconym i wyćwiczonym, a nie tylko, jak teraz, szalejącym w nazbyt rzadkich chwilach wolności na strunach i klawiszach palcami lub smyczkiem. Albo że podróżować przyjdzie jej jedynie konno, zamieszka zaś w wozie cyrkowym, w którym jednak żadnych zwierząt zamykała nie będzie, bo też z każdym stworzeniem — może prócz pajęczaków — żyła będzie w rozśpiewanej przyjaźni. Albo wreszcie — nieco później — że rozmawiała będzie wyłącznie po łacinie, nie: kościelnej, mimo wszelkich przymiotów chrześcijaństwa, lecz klasycznej, z czasów Cycerona; i że w niej wychowa dzieci, tak żeby mogły docenić piękno łączącej się z mądrością retoryki, wycyzelowanej i dalekiej od współczesnego pośpiechu. Bo cóż szlachetniejszego niż pieczołowite wpatrywanie się w lepsze od siebie; cóż bardziej wprawia w poruszenie — poruszenie właściwym krokiem i we właściwym kierunku? Wszyscyśmy wszak, przekonywała, mimetyczni, więc tylko zadając się z dobrem, jakkolwiek po omacku, możemy go trochę wchłonąć. A przecież, chociaż to banał, wypada starać się stawać lepszym człowiekiem; i skoro tak, to również lepszym niedźwiedziem, bo trudno, iżby jakiekolwiek oficjum oczekiwało stawania się gorszym.

To prawda — przyznawała — że nieomal wszystko, co mnie otacza, jawi się inne, niż w moim przeświadczeniu powinno. Niekiedy się inaczej urzeczywistnia, bo i ze mną nie jest do końca tak, jak sama bym tego pragnęła; nie było wtedy na przykład, kiedy w czwartej klasie miałam zagrać koncert — jakże mi ważny! — ale zgubiłam smyczek do skrzypiec. To prawda, że dzisiaj zadziwiająca współpraca przyrody i sztuczności zanika, bo odwracają swe role: ta pierwsza staje się podrzędna wobec drugiej, za czym druga przestaje ją pięknie naśladować. To prawda wreszcie, że nawet Rzym w małym stopniu przypominał ideały co szlachetniejszych Rzymian, skłonny czasami do zgoła niesprawiedliwych krzywd i unicestwień; ale i tak lubię w odpowiednich okolicznościach nosić sandały podobne do rzymskich. Bo przecież w pewien sposób istnieje również taki Rzym, jaki widzieli wyłącznie najbardziej prawi Rzymianie, i to on jest tym moim, nie zaś ten, w którym przed dwoma laty pewien niegodziwiec zrabował mi portfel — tak do niedźwiedzia śpiewała miedzianowłosa harfiarka.

Spojrzała na wiszące kilka metrów od niej poroże. Może i sprowadzone przez niewinnego myśliwego, który — skoro już jego plemię przejęło opiekę nad lasem — to, co powinien, uczynił szybko i bez innej przyjemności niż związana ze sprawnym wykonaniem obowiązku; może to ten z obrazu obok: dumny, ale klęczący przy jeleniu z jakąś litością, umiejętnie wymalowaną na płótnie przez utalentowanego a rozumnego leśnika; lecz może zwierzę upolował nikczemnik — tych wszakże nigdy wśród myśliwych nie brakowało, a kto wie, czy nie ma ich więcej niż drzewiej — lubujący się w przedsiębraniu niewłaściwej przemocy. Wiedziała, aczkolwiek bardzo ją to trapiło, że niekiedy należy coś lub kogoś przemóc; rozważała wszelako, jak poczuł się niedźwiedź, kiedy po raz pierwszy zaznał choćby trafnego, ale z konieczności mu wrażego przemagania ścian jego uniwersum przez obce mu moce. Czy śruty bądź kule podrapały już jego grubą skórę? Może znał nieco tej obcości od początku, jednak i tak kolejne jej napory zadawały mu chaos; luminarz samotnictwa, lecz przecież nawet najdoskonalsza atopiczność nie czyni odpornym na podgryzanie tego, po czym się stąpa.

Dodała, że nieraz jest tak, iż całą wizję którejś sfery tego, co dookoła, trzeba mozolnie konstruować na nowo, bo zawiódł jeden szczegół, który ją utrzymywał: opadły słowa poświadczające jakąś jedyność czy nadłamany konar pozwalający przejść nad wąwozem bez mozolnego się wspinania. I kiedy, niczym w jej, a pewnie i niedźwiedzim kosmosie, trudno dojrzeć jakąkolwiek stałość, łatwo zaś destruowanie cennych drobinek — a to tak, że zamiast jawić się dostępnymi, przestają jawić się w ogóle — wówczas trudno też o dobry stan ducha. I pozostaje gniewać się wściekle, jak on, bądź lękać, jak ona, jedno i drugie wszak słuszne, ale wtedy tylko, kiedy dokonywane z umiarem — bez niego bodaj samemu zapaść można we wszędobylskie ciemnie. W tym, jak się zdaje, cały kłopot, a za nim uszczęśliwienia idące śladami małych mu sprostań, aby wydłubywać z rzeczywistości te drobne światła w niej utkwione, zarazem nie szkodząc nawet tym, które chowają się pośród zasłon. Bo owszem, zeł jest sporo, to jednak nie powód, aby szukać pomsty przy pierwszym napotkanym okruszku. Kiedy tego nie robić, prędzej czy później do jakiegoś promyka się dotrze, niechby kątem oka bądź ucha.

Tuż po wypowiedzeniu tych słów dziewczynę przestraszyło-zafrasowało zacięcie, z jakim wygłosiła swoje przemówienie; zdało się: zbyt stanowcze wobec słuchacza, który trwał wprawdzie z reguły w bezruchu, ale wciąż niejako prześwietlał ją złowróżbnym spojrzeniem. Dodała ciszej, nieledwie bez dźwięku pociągając za struny harfy:

To też nie tak, niedźwiedziu, że jestem pełna pewności:
co chwilę jakaś wątpliwość chciałaby we mnie zagościć;
w końcu zełko za zełkiem objawia mi się na co dzień
ku wielkiej szkodzie zamysłom, a jeszcze większej — przyrodzie.

Mnie także gnębią strachy i gryzie natłok złych wspomnień —
łatwiej mi wtedy polec, niż trwać i myśleć przytomnie;
lecz rzeczy trudne są piękne i godne są pochwały,
nie daj więc rosnąć strachowi — niech przetrwa, ale mały.

Kolejny wątek: o sztuce zmagań; lepiej — tak usposabiała dziewczynę jej pokojowa natura — twórczych niżeli agonicznych. Pierwsze zdanie, następne, pół zdania — cisza. Mimo że dotąd tego nie dostrzegła, nie byli sami: ona i niedźwiedź. Wybita z rytmu, spojrzała w kąt pomieszczenia; to samo zrobił rządca lasów. Śladem dłuższej ściany — naprzeciwko drzwi, śladem krótszej — na wprost od baru, za podtrzymującym sufit słupem, obok najmniejszego w sali stolika, wystawał z podłogi ścięty pień przerobiony w krzesełko. Siedział na nim drobny, zgarbiony mężczyzna, najpewniej niewiele starszy od harfiarki; na blacie zmieścił termos, najzwyklejszy, przeźroczysty kubek — chyba własny — do połowy napełniony herbatą, poza nimi zaś rozpadający się kajet, niezręcznie zszyty z jednostronnie zadrukowanych kartek, oraz podniszczony ołówek. Niewidoczny dotąd tułacz nie pojawił się w „Niciach i Cieniach” nagle, chociaż nie było też tak, iż został w nich, aby obserwować przedziwnego przybysza z dzikich ostępów. Dotarł do schroniska, kiedy pozostali goście zajmowali się ucieczką, lecz że myślą wędrował w miejscach nieco mniej podatnych na fizyczne doświadczenie, nie zwrócił uwagi na rwetes; a wszedłszy do środka, od razu ujrzał kącik, który jawił się wybornie dostosowany do jego sposobu istnienia. Przemknął więc bokiem bufetu i usiadł, wyjmując z odłożonego wpierw plecaka najważniejsze dla siebie przedmioty. Teraz, zdumiony, wpatrywał się w osobliwy dialog: stworzenie, przemawiające samą swą obecnością i rzadko tylko pomrukami, zapowiadającymi spustoszenie, oraz dziewczyna z długim a gęstym warkoczem, ze wszystkich pozorów niewinna (mężczyzna jednak, hołdownik podejrzeń, zadawał sobie pytanie: czy na pewno?), układająca psalmy-kołysanki na harfę i słowa.

Trudno zliczyć zapętlające się w nim wtedy wizje i spory: kokony ociężałych marzeń oraz idei, rozbijane przez strach i wypracowaną sztukę sprowadzania ich do wnętrza ziemi. Najpierw, zaraz po niemym okrzyku i wniosku, że próbę, by opuścić „Nici i Cienie”, byłby podjął na tyle nieudolnie, że niosłaby za sobą wyłącznie destrukcję, pomyślał o napisaniu szeptem wiadomości pod wysupłany z mapy numer ratowników; lecz przecież — głupiec! (a może mędrzec, wbrew upodobanemu przez aojdów szyderstwu?) — tak jak postanowił, nie wziął na wyprawę telefonu. Nie to jednak wyrzucał sobie najbardziej, gorzko-słodko rad, że przynajmniej udało mu się trzymać jakichś zasad. Niedźwiedź — wzorzec i różne jego odbicia — zajmował u mężczyzny nadzwyczajne miejsce w przestrzeni wyobrażeń; jak więc się stało, niechby przy największym rozkojarzeniu tułacza, że nie został przezeń dostrzeżony? Osłupiały wędrowiec po to wszak wgłębiał się w Karpaty — do czego wielokroć przekonywał samego siebie i była w tym cząstka prawdy, nawet skoro brakowało mu odwagi na pewniejsze doświadczenia — żeby, owszem, obcować z pięknem i dzikością, ale nade wszystko napotkać potęgę utkwioną w stworzeniu, które może postanowić jego koniec i urzeczywistnić go jednym machnięciem łapy. Od lat tliło się w jego umyśle, skrzętnie ukrywane, ostentacyjnie irracjonalne pragnienie akceptacji przez niedźwiedzia; marzył o okoliczności, kiedy stanie pod jednym drzewem, a pod drugim władca lasu, i spojrzą na siebie nawzajem, i każdy, nie okazawszy żadnych uczuć, pójdzie w swoją stronę z pełnym zrozumienia respektem, bo nie będzie nic do powiedzenia: bo będą wiedzieć wszystko i wcale sobie nie przeszkadzać. Drżący mężczyzna uśmiechnął się ćwiartką ust, jak zwykle, kiedy nie wiedział, czy doznaje więcej absurdu, czy osobistej tragedii. Przyszło mu na myśl zdanie z Moby Dicka, które na tyle go bawiło, że dawno zapisał je w odmętach pamięci: o tym, że obowiązków wymagających czujności nie wolno powierzać skłonnym do niewczesnych rozmyślań młodzieńcom o zapadniętych oczach, zwłaszcza takim, co za bardzo rozczytują się w Platońskim Fedonie. Fedon, tak jak wszelkie nakreślone w nim przymioty umierania, czekał w plecaku na właściwy nastrój; na razie — dobrze pamiętany, acz nigdy nie odbierany bez ironii, być może zresztą nakazanej — nie był raczej zbyt dużą pomocą w starciu z wizjami nieurzeczywistnionych konceptów, urzeczywistnionych błędów oraz cierpienia, jakie mogło się niebawem przydarzać nie tylko jemu, ale także, o tyleż dłużej, nielicznym i tym przez to ważniejszym bliskim.

Siedzący w kąciku wędrowiec, kiedy już udało mu się odsunąć na dalszy plan rozmyślania prowadzące od agonu do agonii, zaczął dostrzegać drugą stronę tego niezwykłego dyskursu, który przypadkiem zaburzył. Spojrzał na harfiarkę: na jej wąską talię okutą w niebieskie kraty sukienki oraz na długi szlak, wiodący od podkreślającego ją paska, półkolisty przy biodrze, zakończony podniszczonymi butami — jeden miał śmiesznie poplątaną sznurówkę — wreszcie na ten miedziano-kasztanowy warkocz, w owej chwili częściowo zwinięty u szczytu instrumentu. Uszy mężczyzny coraz to dokładniej rejestrowały delikatne akordy i frazy, czasem bardziej, czasem mniej wyśpiewywane. Z im większą zaś przytomnością słuchał, tym mocniej obawiał się nie tylko leśnego olbrzyma, ale też tego, jak niepostrzeżenie wpadał w zachwyt, a przeto i piekielną zazdrość wobec uroku tkwiącego w nieujętym cudzysłowem odnajdywaniu sensu — odnajdywaniu go z dziecięcym wręcz przekonaniem, że kosmos jest nim przesiąknięty. Istota z harfą jawiła mu się piękna i straszna zarazem: jak Parmenides u Platona, jak Galadriela u Tolkiena; robił więc tylko jedno: zapragnął wsłuchać się w słowa i brzmienie; chyba nawet wyczytywał z przesłania więcej i więcej; i stwierdził: dość odporności na patos, nad którą od dzieciństwa tyle pracował; po czym podziwiał, trwając w tym niepojęciu bez ruchu i bez cynizmu. Takim dostrzegła go dziewczyna, która od trudnego do zmierzenia czasu — czas pozostawił „Nici i Cienie” niezależnym od siebie porządkom — szukała ocalenia, uciekając w instrument: próbując po trosze udobruchać niedźwiedzia, po trosze się modlić, po trosze wreszcie poznać siebie na tyle dobrze, by móc znaleźć spokój — i wespół z nim zaniknąć w dźwiękach z większą łatwością, niż pozwoliłaby na to rozedrgana dusza.

Przerwała więc. Po chwili jednak znowu zaczęła się opowieść; bo cóż zostało, jeśli nie opowieści? Niedźwiedź nie może — myślała — zrozumieć słów, ale kto, prócz ludzi, nie usłyszy melodii, kto nie uchwyci harmonii przenikającej całą złożoność wszechświata? Z pewnością — i w tym znajdowała tak nici, jak cienie nadziei — pojmie ją stworzenie podobnie dostojne. Tymczasem człowiek, który ujawnił swą na zewnątrz niewielką, wewnątrz zaś niezbadaną dla niej okazałość, musiał mieć już dość świadectw, żeby zdążyć wyrobić sobie o niej zdanie; i był to jakiś argument przeciwko nie wrodzonej co prawda, lecz nabywanej przez lata tremie — zwłaszcza w okolicznościach tak niezwyczajnych.

Śpiewała, mówiła — już nie tak osobiście, ze względu na niespodziane towarzystwo — że to, co istnieje, musi być jakimś ładem; i musiało również wtedy, kiedy nie było jeszcze widać ni kuli słońca mknącej po jasnem niebie, ni srebrnych gwiazd tysiąca, mimo że akurat ten Rzymianin, który owe słowa spisał, wszechrzecz widział zgoła inaczej. Ale nawet jeśliby miał rację, to wypadałoby kosmiczny porządek założyć, bo przecież lepiej chwalić, niż ganić, dopóty przynajmniej, dopóki niepodobna wziąć na siebie za swoją naganę odpowiedzialności. Trzeba więc, niedźwiedziu, poważnie sprawę rozważyć przed destruowaniem czego-  albo kogokolwiek; wszak to, co się wydarzyło, wydarzone pozostanie: nieładne podniszczenie jednego z pięter nawarstwiającej się rzeczywistości. Zbyt skomplikowanej, nazbyt niepojętej — i między innymi przez to niepojęcie pięknej — byśmy mogli przewidzieć, co z tego wyniknie.

Czy niedźwiedź — nie wiadomo; niemniej mężczyzna wciąż układał odpowiedzi, choć przecież nieustannie zarazem milczał. Świat, owszem — myślał — może być odbiciem czystej matematyki, tak jak z pewnością są nim pajęczyny przędzone przez cyclosa insulana tudzież, pośród sztucznostek, egipskie bądź prekolumbijskie piramidy. Ale doskonałość i wspaniałość to dwie różne sprawy; stąd pytał siebie: czy na pewno się ze sobą łączą, skoro w owych imponujących konstrukcjach trudno o dobro czy to dla zamotanych w nici owadów, czy to dla tych, których żywcem pochowano wespół z umarłym faraonem? I tutaj jednak nie musiał długo czekać na wyjaśnienie. Rzecz w tym — zaraz usłyszał — że gdyby nie wszystkie niedobroci, trudniej byłoby doceniać istnienia przedziwne, bez skazy, bo mogłyby spowszednieć; wtedy też mniejszego kunsztu wymagałoby sprostanie swoim dziejom, za czym byłoby mniejszą zasługą, tracąc tym samym sporo wartości. A nadmiar wygód prowadzi do bezduszności i zobojętnienia. Być może — przekonywały tak harfa, jak warkocz — na dłuższą metę wszechświat wiecznie podąża ku mieniu się coraz lepiej, to zaś pomimo miriad kłód pod miriadami kończyn, a jakoś także przy ich pomocy; choć to okrutne, że niektóre stworzenia nie mają szansy odczuwalnie dla siebie tego doświadczyć. Tu sedno — co głosząc, zdawała się nieomal błagać: jakby bardziej niż dotąd przywiązana do życia — tu zatem sedno, żeby umyślnie nie przeszkadzać w takim doznaniu najlichszym nawet odłamkom. (Wówczas utkwiony w kącie tułacz pomyślał: a jeśli temu, co wokół — w jakimś nieoczywistym i długotrwałym rozumieniu — na dobre nie wyjdzie ni mniej, ni więcej niż roztrzaskanie przez niedźwiedzia zarówno jego, jak i — być może — owej uroczej dziewczyny z upodobanym przez nią chordofonem i całą fantazją? Albo rozerwanie na kawałeczki, albo — mimo że nie wydawało się to zbyt prawdopodobne — zjedzenie go od palców u stóp po śledzionę? Dla uświetnienia struktury trzeba niekiedy poświęcić kilka elementów).

W pewnym momencie harfiarka zaczęła ze starannie pielęgnowaną naiwnością przekonywać zwierzę, że w istocie — chociaż trudno w to uwierzyć pośród nieprzeliczonych zdarzeń oraz zderzeń — żyjemy w najlepszym z możliwych światów i żeby tę okoliczność zauważyć (ty też, niedźwiedziu — mówiła półśpiewnie — możesz ją ujrzeć na swój groźny, niedźwiedzi sposób; niechby twoje lasy różniły się od lasów twoich przodków); aby więc to dostrzec, trzeba nade wszystko kilku drobin afirmacji, co prawda ze szczyptą krytyki, ale takiej, jaka nie zagłuszy uderzeniami w cymbały koniecznej dla każdego stworzenia agape.

Usłyszawszy ów manifest, mężczyzna, ten cymbał zagubiony w kąciku górskiego schroniska, poczuł, że uderzenia dotykają właśnie jego. Zaczął przeżywać wewnętrzny spór: spór przygnębienia i satysfakcji z tego, iż wie, że to, co istnieje, istnieje zgoła inaczej; nazbyt dużo czytywał niegdyś Ciorana, żeby prócz poszukiwania wokół siebie okruchów, jakimi na moment da się w zapomnieniu zachwycić, nie pragnąć słów, którymi można by było pogruchotać szczęki. Dlatego wciąż pełen tak lęku, jak oczarowania, nie zdołał tym razem zwalczyć przekąsu. Czy go okazał, niechby opadnięciem paru sterczących dotychczas kłębków, wyróżniających się na niedogolonym policzku, czy — jak zamierzał — urzeczywistnił go jedynie w zagrodzie myśli? Rozwiązanie tej zagadki przekracza ludzkie zdolności. Wędrowca zmroziło jednak, kiedy odniósł ze zdumieniem wrażenie, że drapieżnik zdał sobie sprawę z jego sarkazmu i żachnął się, i podniósł lekko, gotów za niego ukarać. Tułacz przymknął oczy, rozważając nieomal wszystko, co mieściło się wówczas w jego zamroczonej głowie. Wyobrażał sobie swoje poszarpane zwłoki (na ileż ciekawych sposobów można je poszarpać!), ale także fizyczne katusze, co prawda trwające przez chwile, lecz odczuwane przez wieczność. Ponownie przemyśliwał rodzinę i tę niewielość, która zdawała mu się nań zważać: to, jak i kogo wzruszy jego zgon. Wreszcie: pocieszało go, że może ofiara, jaką się stanie, uczyni zadość potrzebom niedźwiedzia i dzięki temu przetrwa harfiarka, z którą nie zamienił ani słowa, a może nawet będzie go później wspominać z czułością; przyszło przygnębienie, że to ułuda, a zresztą i tak powstałby u niej wyłącznie uraz; słabła fantazja, że po takim wydarzeniu — jeśliby przeżył — mogliby, niewykluczone, razem zmieniać swoje osobiste porządki rzeczy. Na razie wszelako niedźwiedź nie podjął dalszych kroków. Któż wie — pomyślał mężczyzna po cząstkowym ochłonięciu, jakby wbrew swojej konstytucji — czy przynajmniej podczas tego mrugnięcia powiek świat rzeczywiście nie był najlepszym z możliwych?

Dziewczyna jednak znowu przerwała, wyczerpana opowieścią; nie znalazła ni pół słowa więcej; znieruchomiała w milczeniu i zdało się, że miriady miriad nici, z jakich tkała uniwersum, natrafiły na koniec, aby — zamiast dalej pozwalać dziejom na trwanie — opaść podobnie jak warkocz, który zsunął jej się naówczas z zastygłego instrumentu. Niedźwiedź stanął na dwu łapach, spojrzał to na harfiarkę, to na mężczyznę — ten niby od eonów w drżącej ze zmęczenia i strachu dłoni trzymał tuż nad stolikiem kubek z herbatą, nie dając poznać ani świadkom, ani sobie, czy podnosił go, czy odkładał — niedźwiedź stanął więc na dwu łapach, popatrzył na struny i zeszyt, który wydawał się coraz mniej podatny na tylekroć przemyśliwane wypełnienie, otworzył paszczę, pokazując swój zgubę niosący ogrom, niezauważalnym muśnięciem przewrócił opuszczoną przez siebie ławę i zagrzmiał, wprawiając w poruszenie to wszystko, co do wyobrażenia i niewyobrażenia; jak gdyby zobaczył i usłyszał dość dużo, by podjąć decyzję, czy i komu zadać kres.

*

13 maja 2014 roku. W Beskidzie Niskim słońce powoli rozważało chylenie się ku zachodowi; być może, że w niebłahym sensie po raz ostatni. Z grubsza pięć minut przed osiemnastą przez otwarte na oścież drzwi schroniska „Nici i Cienie” wybiegło kilka nikłych, przesiąkniętych trwogą skrawków rzeczywistości; niektóre z telefonami w rękach, jeden chłopiec z rondelkiem, drugi z dopiero co zdjętymi butami. Ktoś trzymał kurtkę, którą przytomnie zdążył ściągnąć z wieszaka. Znalazł się wśród nich także gospodarz, bynajmniej nie opuściwszy okrętu na końcu; to on, obszerny swą dojrzałością góral, dotychczas w odróżnieniu od gości nie krzycząc, ale raczej rozmyślając nad stratami, wrzasnął tak głośno, jak tylko pozwoliły mu wszelkie przydatne do tego organy. Inni zgodnie wypuścili z rąk uratowane przed chwilą artefakty. Bo skoro spojrzeli w górę, zdziwieni mocą światła, dostrzegli zasłaniającą coraz to więcej nieba kometę, niczym znad Doliny Muminków; zdało się: nieubłaganie dążącą do nadania tej części kosmosu nowej, wyludnionej struktury. Minęła cząstka sekundy, może dwie cząstki, po czym owładnięci gorącem, przebijającym przez czy to chmury, czy to pulsujące żyły, wyli, biegali albo zwijali się w kłębki na polanie: garść kruchych istot, każda po swojemu oczekująca unicestwień.

Znienacka kometa zakręciła warkoczem, zawróciła i po kilku drobinach czasu nie było po niej śladu. Nikt też już nie pamiętał, czemu przed okamgnieniem uciekał w popłochu z budynku, który przecież zapewniać powinien schronienie. Niektórzy podnieśli telefony, by snuć opowieści o błysku nad głową, inni wrócili rozedrgani do bufetu, gdzie oprócz pozostawionych przedmiotów, baru-recepcji oraz poroża zawieszonego obok obrazów na ścianie zobaczyli utkwioną w nieomal bezruchu harfiarkę i niepozornego mężczyznę, w zadumie popijającego herbatę nad przymkniętym zeszytem. Ci jednak zdawali się nie zauważać, że w przytułku znowu zaistniał ktoś poza nimi.

22 czerwca 2020 r.


Mieszko Wandowicz – ur. 1990 we Wrocławiu. Filozof, etyk, zainteresowany atopicznością i aporetycznością; na co dzień stara się badać wielość rozumień Platońskich słów „μελέτη θανάτου” z dialogu Fedon, czyli podejście do umierania i śmierci. Doktorant w Zakładzie Etyki Instytutu Filozofii Uniwersytetu Wrocławskiego. Niekiedy współpracuje z kwartalnikiem „Kronos. Metafizyka, kultura, religia” i Fundacją Augusta hr. Cieszkowskiego, której był stypendystą (2019). Publikował m.in. w „Kronosie”, „Przestrzeniach Teorii” i „Studia Philosophica Wratislaviensia”, o literaturze od nastoletniości pisywał w internetowym magazynie „Esensja”, o muzyce w serwisie artrock.pl. Najbliższy mu, choć zarazem trudny do zniesienia, esej to Piękno bezruchu, piękno poruszenia. O początku oraz o aporetycznościach pisma i umierania na przykładzie „Iliady” Homera (w zbiorze Rzecz piękna, mądra, dobra…, tom III; artykuł dostępny na academia.edu). Lubi poszukiwać ontologii w etymologiach i interpunkcjach oraz góry (mimo swego miasta duchem bardziej karpacki niż sudecki). Próby literackie, niepublikowane, porzucił przed dekadą, teraz zaś do nich powrócił – Niedźwiedź kręcący warkoczami to jego debiut.