Adam Lizakowski: Kuzyn Józef, albo emigracja loteryjna do Ameryki

Spis treści numeru 1-2/2003

Kuzyn Józef, albo emigracja loteryjna do Ameryki,
czyli wyprawa po złote runo

 

1

Jesienny dzień cały w swojej krasie i okazałości, czyli w brzydocie i lenistwie, z twarzą przestraszonego, wiejskiego głupka zaglądał do mieszkań miejscowości, o których nikt nie pamiętał, bo diabeł nie miał tam co robić, a dobry Pan Bóg co się dało już zrobił. Było mglisto i deszczowo, przez rozmazane krople wody na szybach trudno było dostrzec co się dzieje na zewnątrz. (Wierzcie mi nic się nie działo.) Mgła otuliła przebiegle i skrycie widok zamazując szybę okienną. (Wierzcie mi nie było żadnego widoku.) Najbardziej widoczny (bo na pierwszym planie) był drewniany płot stary i krzywy, którego kręgosłup był zwichrowany tak, że jedna część chyliła się ku drodze, a druga ku podwórzu. Za płotem był rów, pełny starych liści i zgniłych traw, badyli i zielska, stojącej wody. Za nim była droga dziurawa prowadząca do powiatu, po części tylko wyasfaltowana, bo tam gdzie były dziury, nie było asfaltu, a tam gdzie był asfalt, nie było dziur. A za drogą na przełaj, hen… daleko poprzez błota, pola, lasy, łąki, miasta i miasteczka oraz za rzekami i górami znajdował się wielki świat. Wielki świat, o którym coraz częściej rozmawiano w wielu mieszkaniach, także i w tym mieszkaniu, wydawał się jeszcze większy i jeszcze dalszy niż w rzeczywistości był. Przedstawiano go ściszonym głosem, tak jakby mówiono o kimś kto już dawno umarł, albo o kimś kogo należy się bać, dlaczego? Albo mówiono o nim jak o jakiejś starej baśni, którą niby ktoś czytał, albo gdzieś o niej słyszał, ale tak naprawdę to nikt nie jest w stanie powiedzieć, co to takiego jest. Jak ten wielki świat może wyglądać i co on za jeden.
W pomieszczeniu o ścianach w kolorze szarobrudnym panowało przygnębienie, niemoc, rezygnacja, półmrok i czuć było wilgoć, stęchliznę, chłód i coś jeszcze na co nie ma słów, aby to „coś” opisać. Na ścianach wisiały cztery portrety, z lewej strony Matka Boska o twarzy wniebowziętej w niebieskiej otoczce wokół głowy. Głowa w złotych gwiazdach oraz umęczony Pan Jezus w koronie cierniowej na głowie, z kroplami krwi na skroniach, z załzawionymi oczami. Po prawej stronie obok szafy wisiały dwa portrety ślubne młodej pary, Szymona i Zosi, rodziców naszego bohatera Józefa. Ona w welonie spiętym z tyłu głowy jasnych włosów, z uśmiechem na twarzy szczęśliwej kobiety, on z przedziałkiem ciemnych włosów, mocno zarysowanym czarnym wąsem. Oboje ubrani w jakieś staroświeckie ubrania: suknia ślubna przebogata w koronki i garnitur męski w paski. Spoglądają na siebie w miłosnym uniesieniu, które trwało tyle, ile potrzebował fotograf, aby zrobić zdjęcie.
Wilgoć jakby wstydziła się swojego przeznaczenia, więc nieśmiało upodobała sobie miejsce za szafą w rogu pokoju, ale nikt do niej o to nie miał pretensji. Skoro taka wstydliwa niech tam sobie za szafą siedzi, i nie wiadomo było co jest gorsze, to że nie było jej widać, czy to, że w takie szczególnie dni jak ten dawała się czuć. W pokoju poza wilgocią znajdował się w drugim rogu stary piec kaflowy o nieokreślonym kolorze, być może kiedyś był to kolor jasnożółty. Piec ogromny i brzydki, o podrapanych i poobijanych kaflach, którego drzwiczki przypominały twarz człowieka, którego dopiero co skopano po twarzy, któremu wybito kilka zębów na przodzie. Był jeszcze wielki stół dębowy i pięć wielkich masywnych krzeseł oraz wielki kredens w kolorze mahoniowym, tak wielki, że trudno byłoby znaleźć większy, nawet gdyby chciało się szukać.
Z nastroju i min mieszkańców można było wyczytać, że bolą ich zęby, albo jeszcze jakieś inne, gorsze choroby na nich spadły. Pogoda była pod psem, więc nie nastrajała ich do wesołości, ale wręcz przeciwnie czyniła ich jeszcze bardziej smutnymi i leniwymi niż zwykle byli. Z rezygnacją poddali się całkowicie melancholii i czemuś w rodzaju lekkiego stresu. Przygnębienie i frasobliwość rozlewały się po twarzach zebranych niczym już wspomniana mgła na okiennych szybach. Nie rozmawiano, rzadko kiedy mówili do siebie i do gadulskich nie należeli. Pewnie nie było o czym rozmawiać, ani też nie wymyślano tematów zastępczych typu wojna w Jugosławii czy przygody seksualne gwiazd filmowych z Hollywood. Przy stole nakrytym ceratą w stanie szczątkowym – na drewnianych wielkich nogach – zajmującym pół pomieszczenia, wielkim i ciężkawym, zastawionym popielnicami i szklankami po herbacie – nie rozmawiano o najnowszych notowaniach na giełdzie nowojorskiej ani też nie roztrząsano problemów mody paryskiej obowiązującej na sezon jesienno-zimowy tego roku. Ani polityka, ani sport nie zaprzątały umysłów domowników. Oni najbardziej lubili rozmawiać o filmach w telewizji, tak zwanych serialach, ale jeśli już musieli rozmawiać długo i z namysłem – to o pieniądzach i Ameryce. Tak naprawdę i jednego, i drugiego najbardziej im brakowało, i ani pieniędzy, ani Ameryki jeszcze nie widzieli. Ameryka to pieniądze, pieniądze to Ameryka. Taką mieli filozofię na własny użytek.

2

Rozmowy mieszkańców toczyły się wokół Ameryki, dość często jednak – trzeba być uczciwym – jakieś tam pieniądze od czasu do czasu widzieli, natomiast Ameryki jeszcze nie widzieli, chyba że na zdjęciu lub pocztówce. Ameryka była im w głowie, bo jeden z nich, Antoni, był w Ameryce już od kilkunastu lat, ale listów prawie nigdy nie wysyłał, a teraz wysłał. Było napisane, że Józek, najmłodszy i najbardziej rozgarnięty, został przez niego zgłoszony do loterii wizowej i też się tak złożyło, że komputer właśnie jego wylosował. Kiedyś nawet przyszło jakieś oficjalne powiadomienie o tym wydarzeniu, ale nikt w rodzinie specjalnie tym się nie przejmował, bo i po co. List otworzono i stwierdzono, że dolarów w nim nie ma, więc cała zawartość koperty powędrowała do pudełka na buty, w którym trzymano najważniejsze dokumenty. Miało ono swoje szczególne miejsce w szafie, na górnej półce z lewej strony, pod szalikami. Nikt też uważniej listu nie przeczytał, bo i po co sobie oczy psuć czytaniem, poza tym byli święcie przekonani, że skoro oni do nikogo nie piszą, więc niech i do nich nikt nie pisze, a jeśli już napisał, to tak aby normalni ludzie mogli coś z tego zrozumieć. Z listu niewiele zrozumieli i szybko o nim zapomnieli na amen.
Antoni nie był zbytnio lubiany w rodzinie, nie dlatego, że się go wyrzeczono, albo w jakiś szczególny sposób dał się poznać z jak najgorszej strony, ale dlatego, że rodzina poczuła się obrażona na niego. Do Ameryki uciekł w drugiej połowie lat 80., dokładnie kiedy nikt już nie pamiętał, w którym to było roku, 1986, a może 1987, wiadomo tylko że była to wiosna. Wystarczy powiedzieć, że wyjechał z miejscowym księdzem na popularne w tamtym okresie pielgrzymki do papieża, do Watykanu i więcej już go nie widziano. Gdzie przez ten cały czas był i co robił, nikt nie wiedział. Jakim cudem z Włoch dostał się do Ameryki tego też nie widziano. Kiedyś na początku swojej emigracyjnej przygody to jeszcze potrafił list ze zdjęciem i dolarami wysłać, a nawet dwa czy trzy razy zdobył się na paczkę na Boże Narodzenie. Ale jak upadła komuna, kontakt się z nim urwał, przestał pisać i nie dawał znaku życia o sobie już od lat. Na początku to nawet i o niego się martwiono, a zarazem i podziwiano, czekano z utęsknieniem na każdy list, ale przestał pisać. Nie wiadomo czy się obraził na rodzinę, czy na to, że komuna upadła?
Tym razem napisał krótki list z zapytaniem, chłodny, jakby pisał do obcych, bez żadnych opisów własnego życia, bez wspominania o Ameryce, Chicago, w którym mieszkał. Zaczęto sobie wyobrażać, że mu się powiodło, że jest bogaty, więc z tygodnia na tydzień zaczęto mu zazdrościć, że ma lepiej niż oni, że o nich zapomniał, bo już jest panem, albo nie wiadomo kim. Ma ich za nic, albo nawet nimi pogardza. Co robi? Jak mu się w tej Ameryce ułożyło? Z czego żyje? Czy się ożenił? Niczego w liście nie było napisane, co mogłoby mówić o nim jako człowieku czy członku rodziny. Bez wdawania się w szczegóły, bez zbędnych ozdobników pyta wprost, czy już ten ważny papier otrzymali z konsulatu amerykańskiego. List ten faktycznie otrzymali, kiedyś tam, ale niestety już go nie było, bo jeden z członków rodziny będąc w potrzebie zużył papier do celów własnych. Kto to był, do tej pory nie wiadomo, bo nikt się nie przyznał, a w rodzinie spokojnej nie wypada robić draki z byle jakiego powodu. Ot, napisali jeden list, mogą napisać i drugi, taką wyznawali filozofię na użytek własny. Tak też w kilku zdaniach odpisali do Antoniego do Ameryki.
Mijały tygodnie, a później miesiące, jedne żniwa, a później następne i o całej sprawie by zapomniano na amen, gdyby znowu Antoni z Ameryki nie napisał. Wszystko już jest prawie załatwione – donosił Antoni, jedynie kuzyn Józef musi jechać do stolicy, aby tam do końca pozałatwiać formalności. Jeśli szczęście mu dopisze i wszystko pójdzie po myśli, to powinni wkrótce się zobaczyć w Ameryce. Kuzyn Józef niechętnie i przy milczącej zgodzie rodziny, ale wyruszył do stolicy pod wskazane adresy, tam co trzeba załatwił. W amerykańskim konsulacie przyobiecano mu, że gdy przyjdzie jego kolej, to do Ameryki pojedzie. Poproszono o cierpliwość, więc czekał, a cierpliwości było w nim tyle co w oceanie wody, albo i jeszcze więcej, bo nigdzie mu się nie spieszyło i nigdzie go nie gnało. Ciekawość Ameryki była tylko zewnętrzna, tak wewnętrznie to tutaj było mu dobrze i wolałby nigdzie się nie ruszać.

3

I tak by nieroby przesiedziały cały boży dzień jeden i drugi i następny myśląc o Ameryce i o tym jak tam Antoni żyje i z czego? Dlaczego do nich nie pisze takich listów jak kiedyś na początku swojej emigracji. Coś musiało się z nim stać, ale nie wiedzieli co? O to że żyje byli spokojni, przecież nikt w rodzinie nie miał żadnego złego snu z tematem Antoni, więc na pewno żyje i to chyba nieźle mu się żyje. Nie wiedzieli, czy się tym martwić, czy cieszyć. Milczenie z jego strony było dla nich denerwujące i upokarzające, tym bardziej że bieda zaglądała już nie tylko w oczy, ale i do garków, i do żołądków.
Nic nie robili i nie mieli stałego zajęcia, cała okolica, w której mieszkali, była na bezrobociu i nie było żadnych widoków, że sytuacja szybko się zmieni na lepsze. Sami nie mieli żadnego pomysłu ani na pracę, ani na cokolwiek. Spoglądali przez okno, mówiąc do siebie „aby do wiosny”. Mlaskali przy tym siorpiąc cienką herbatę bez cukru i cytryny, wydając trudne do opisania dźwięki. Ciszę przerwał listonosz, którego też dawno już nie widzieli, bo zasiłki im się pokończyły i teraz żyli pomysłem na własny biznes, a co to było, lepiej o tym nie mówić, tym bardziej że był to tylko pomysł.
Listonosz był w tej okolicy niezmiernie rzadkim przypadkiem, a były i takie rodziny w sąsiedztwie, co go już nie tylko miesiącami, ale i latami nie widziały w swoich progach. Na łoskot otwieranej furtki pierwszy zareagował pies, wielki, czarny i kudłaty wielorasowiec, wychodząc leniwie spod stołu, a że był już stary i niejedno w swoim życiu widział i słyszał, i dawno powinien zejść z tego świata (czego mu szczerze życzono, bo nie za bardzo było czym go karmić), więc szczekać mu się nie chciało. A bo to niemało naszczekał się w swoim życiu i tak nic dobrego za to go nie spotkało. A tyle kopniaków dostał, ze żaden najlepszy ruski komputer by nie obliczył – podniósł ledwo łeb, który natychmiast mu opadł ku podłodze. Mężczyźni odłożyli papierosy do popielnicy, która wielka była jak miska, a kobiety na moment przestały cerować jakieś stare i znoszone do granic możliwości koszule. Wszyscy popatrzyli na siebie przyjaźnie, zerkając ukradkiem za okno na listonosza. Ale nie zdążyli mu się dobrze przyjrzeć, bo ten prężystym krokiem podszedł do drzwi, dwa razy pięścią w nie walnął i nim kuzyn Józef zdążył po schodach na dół zlecieć, już go nie było, natomiast w drzwiach była gruba koperta.
Wniósł ją z dostojeństwem na piętro do pokoju, w którym zebrani w wielkim napięciu na twarzach, zagryzając nerwowo usta, zaciskając pięści czekali na dalszy rozwój wypadków. Kopertę otworzył nożem leżącym na stole pomiędzy szklankami z herbatą, a z niej wypadły różne takie papierki, na których było napisane, że kuzyn Józef na otwartą drogę do Ameryki, jeśli jeszcze chce jechać. Formalności są już za nim, teraz należy załatwiać paszport, bilet lotniczy kupi Antoni w Ameryce i takie różne musi odprawić czary mary i ceregiele, które umożliwią wyjazd do Ameryki, a dokładnie do Chicago, w którym mieszkał od lat kuzyn Antoni, sprawca dzisiejszego zamieszania.

 

Ciąg dalszy w papierowym wydaniu „Akcentu”.

Font Resize
Contrast