Dorastać do Gombrowicza… Rozmowa z Andrijem Bondarem

Spis treści numeru 1-2/2004

Dorastać do Gombrowicza…

Z Andrijem Bondarem rozmawia Bogusław Wróblewski

 

B. W.: Co spowodowało, że zainteresował się Pan twórczością Witolda Gombrowicza i zaczął ją tłumaczyć na język ukraiński?

A. B.: Jeszcze w 1992 roku przeczytałem pierwszy raz Pornografię w języku ukraińskim i Ferdydurke w rosyjskim tłumaczeniu. Miałem wtedy 18 lat, więc zamurowały mnie te teksty tak, że nie mogłem w ogóle przez jakiś czas czytać innych książek. Zaraz potem dotarłem do pozostałych utworów – Bakakaj, Dziennik, Kosmos, dramaty. Chociaż muszę powiedzieć, że moja znajomość Gombrowicza była spontaniczna, odkryłem go dla siebie w szeregu innych pisarzy polskich zakazanych przez reżym sowiecki – Witkacego, Schulza, Hłaski, Bursy, Wojaczka, Herberta, Filipowicza i innych. Wtedy jeszcze nie znałem dobrze języka polskiego, dlatego czytałem to wszystko po rosyjsku. Na początku lat dziewięćdziesiątych pomyślałem sobie, że byłoby wspaniale przetłumaczyć Ferdydurke na ukraiński, bowiem po rosyjsku brzmiała niezbyt dobrze. Zobaczyłem w tej powieści coś, co najlepiej się nadaje do transplantacji w kulturę ukraińską i ma w sobie – przede wszystkim – potężny krytyczny żywioł, który jest tak potrzebny tej kulturze na etapie przejściowym. Więcej: literatura ukraińska XX wieku, faktycznie zniszczona przez realizm socjalistyczny i cenzurę, nie była w stanie wykreować autora tak krytycznego wobec wszelkich możliwych kompleksów narodowych i społecznych.

Moim zdaniem, właśnie Ferdydurke (oprócz Dziennika) ma w sobie wartości pozwalające na zmianę świadomości kulturowej. Dlatego wziąłem pewnego dnia oryginał powieści i zacząłem tłumaczyć. Widziałem w tym działaniu jakąś osobistą misję, „challenge”, jak to się mówi po angielsku. Chciałem udowodnić temu cwaniakowi Gombrowiczowi, że potrafię się z nim uporać i dobrze wystylizować go po ukraińsku. W rezultacie zostaliśmy dobrymi przyjaciółmi: on ma ukraińskiego czytelnika, a ja – mimo wszystkich jego starań – jestem psychicznie zdrowy. W czasie pracy odczuwałem, że się zmieniam. Gombrowicz potrafi ożywiać martwych i podniecać żywych. Jestem bardziej żywy i podniecony po Gombrowiczu, niż byłem dotąd. Właśnie z powodu Gombrowicza poczułem pewnego dnia, że już nie mogę dalej pisać wyrafinowanych wierszy, które tak naprawdę nikogo oprócz koneserów wysokiej poezji nie zachwycały…

B. W.: Ale w poprzednim numerze „Akcentu” publikowaliśmy Pana najnowsze wiersze,w przekładzie Bohdana Zadury, które również zachwycają…

A. B.: W każdym razie poczułem wówczas, w czasie pracy nad Gombrowiczem, że jestem bardziej ludzki, niż udawałem.

B. W.: Czy próbowano czytać Gombrowicza na Ukrainie w minionych dziesięcioleciach? Czy inteligencja ukraińska miała o nim jakieś pojęcie przed rokiem 1989?

A. B.: Domyślam się, że Gombrowicz był znany w kręgach tych dysydentów ukraińskich w czasach komuny, którzy mieli dostęp do pisma „Kultura” i innych polskich emigracyjnych publikacji. Ale to tylko przypuszczenie. Wątpię jednak, czy tak naprawdę Gombrowicza specjalnie wyodrębniano i czytano. Myślę, że ten pisarz nie należy do takich, których można wykorzystać w celach ideologicznych, jest bowiem zbyt antydoktrynerski. Gombrowicz po prostu się nie mieści w żadnej doktrynie. Przypomnę tylko, że dysydenci ukraińscy ulokowali się w doktrynie narodowej jako w jedynym sposobie wyzwolenia ukraińskiej kultury i państwa, co zresztą jest zrozumiałe. Dlatego oni również, volens-nolens, byli nosicielami różnych kompleksów, podtrzymując stare mity. Gombrowicz burzył wszystko, co krępuje i zniewala ludzką osobowość, był przecież zbyt wolny. Poza tym – nigdy nie dawał żadnych recept. Gombrowicz „dociera” do człowieka wolnego i ambitnego, do osobowości, która umie wątpić. Ci od emancypacji narodowej nie mieli (i nie mają) żadnych wątpliwości. I najczęściej posługują się tym, co jest zrozumiałe i nie budzi żadnych dodatkowych przemyśleń. Nie mówiąc już o krytycznej wizji własnej historii.

B. W.: W jaki sposób jego twórczość została wprowadzona do obiegu na Ukrainie?

A. B.: Po raz pierwszy Gombrowicz (konkretnie: przekład Pornografii) pojawił się po ukraińsku na samym początku lat dziewięćdziesiątych w czasopiśmie „Wseswit”. Pierwszym jego tłumaczem był znany poeta i tłumacz Ołeksandr Hrycenko. Nie zyskała jednak ta publikacja wielkiego rozgłosu. Niestety była dostępna i zrozumiała tylko dla nielicznych przedstawicieli środowiska intelektualnego. I to wcale nie dziwi – z Gombrowiczem jest tak wszędzie i zawsze.

B. W.: Na ile głęboka jest dziś znajomość Gombrowicza? Czy funkcjonuje bardzo elitarnie? Czy współcześni pisarze i intelektualiści ukraińscy jakoś się do niego odnoszą?

A. B.: Drugim podejściem do Gombrowicza był trzytomowy Dziennik, wydany w roku 2000. Słynny Dziennik cieszył się większym uznaniem, chociaż również nie zabrzmiał w szerszych kręgach elit ukraińskich. W rok później ukazała się Ferdydurke w moim tłumaczeniu. Kilka recenzji, przyjacielskie uściski dla tłumacza, kilka artykułów i… wszystko. Ale czy może być inaczej z Gombrowiczem? Przecież nie każdy Polak potrafi przeczytać to do końca, a cóż dopiero mówić o ukraińskim czytelniku?

B. W.: A jak poradził Pan sobie z osobliwościami języka Gombrowicza?

A. B.: No, nie powiedziałbym, że wszystko łatwo mi szło w trakcie pracy nad przekładem. Przeciwnie, miałem dużo problemów z różnymi warstwami Gombrowiczowskiego języka, który potrafi się zmieniać niemal z każdym kolejnym zdaniem. Chodzi tutaj o różne socjo-, dia- i ideo-lekty, występujące jako ważne narzędzie stylu Gombrowicza. Nie chciałem tego wyrównywać w sposób belferski, czyli neutralizować tekst swoją obecnością, chociaż miałem taką pokusę na samym początku. Starałem się zachowywać jak tłumacz niewidoczny. Żeby nie było w tekście przekładu za dużo Bondara, chociaż całkowite uniknięcie obecności tłumacza jest rzeczą niemożliwą. Czasami starałem się wymyślać neologizmy, mieszałem różne style, bawiłem się jak dziecko, jak młodziak. Jednym słowem, udawałem, że to nie ja tłumaczę, a Gombrowicz mówi za moim pośrednictwem.

B. W.: Jak udało się Panu oddać po ukraińsku takie wielce charakterystyczne dla Gombrowicza pojęcia, jak np. „upupianie” albo „przyprawianie gęby”, za którymi przecież stoi cała Gombrowiczowska filozofia Formy?

A. B.: To było najtrudniejsze – przetłumaczyć te charakterystyczne słówka, kształtujące świat Ferdydurke. Więc wymyśliłem swoje słowa, nie posługując się już istniejącymi w języku ukraińskim. Po publikacji przekładu nieraz słyszałem narzekania kolegów, że źle przetłumaczyłem „pupę”, która brzmi po ukraińsku (w zachodnioukraińskim wydaniu) jako „dupka”. Ja postanowiłem, że musi to być „żopka”, czyli „pupa ogólnoukraińska”, zrozumiała tutaj wszędzie. Adepci języka galicyjskiego dotychczas nie mogą mi tego przebaczyć. I to jest fajne, bo każdy teraz może stworzyć swoją pupę, swoją Formę, swojego Gombrowicza.

B. W.: W Polsce niemal tak ważny jak Gombrowicz w lekturze jest Gombrowicz w teatrze. A jak to wygląda na Ukrainie?

A. B.: Niestety nie mieliśmy dotąd żadnych wartościowych interpretacji teatralnych. Nawet rok Gombrowicza nie za bardzo podnieca ukraińskich reżyserów. Ale mam nadzieję, że Gombrowicz – jak każda znacząca postać – działa powoli, wpływając raczej na osobowość niż na społeczeństwo. Natura Gombrowicza jest wybuchowa w różnych sensach: odbiera sen i łamie zwykłą stylistykę ludzkiego życia. Dlatego spokojni go omijają. Gombrowicz jest potrzebny naturom poszukującym i tworzącym. Cóż od niego może wziąć „człowiek systemu”, oprócz irytacji? Kto potrafi zaakceptować jego gęsty i wybuchowy styl z własnej woli, oprócz osób odpowiednio do tego przygotowanych? Dlatego Gombrowicza czytają głównie pisarze i intelektualiści (chociaż nie wszyscy). Bo kto jeszcze potrafi go przeczytać? Gombrowicz to nie jest żaden Coelho czy Murakami – dostępny dla każdego, kto umie czytać coś więcej niż kryminały albo kobiece soap-operas. Myślę, że trzeba zapomnieć o funkcjonowaniu Gombrowicza w szerszych kręgach. Bo tak naprawdę nie jest on potrzebny wszystkim ludziom, lecz tylko tym, którzy potrzebują dorastania do Gombrowicza.


22 czerwca w kawiarni artystycznej „Hades” w cyklu „Sztuka przekładu” odbyło się spotkanie z Andriejem Bondarem.

Font Resize
Contrast