Wiesław Myśliwski. Traktat o łuskaniu fasoli

Spis treści numeru 1/2006

Traktat o łuskaniu fasoli

 

2 (…) Nic tu już nie było podobne do siebie. Od lasów niby ciągnęło żywicą, lecz i tej żywicy nie mogłem jakoś uwierzyć. Jej zapach wydał mi się mdły, zwietrzały, jakby mało gorzki. A kiedyś przecież aż w nosie wiercił, łzy wyciskał, zwłaszcza gdy się zbierało żywicę z wysłużonych drzew. Tylko że te drzewa rosły już tylko w moich oczach, bo patrząc na to wszystko, patrzyłem w siebie. Nie udało mi się jednak zbyt wiele z pamięci wyłowić. Nawet gdzie tu płynęła Rutka. Może dlatego, że nad wszystkim panował zalew, nad ziemią, niebem, lasami, pamięcią. Tym bardziej że ten zalew szumiał, hałasował, ba, dygotał od pokrzykiwań, nawoływań, pisków, śmiechów, jakby pokazując mi swoją moc zmieniania świata. Brzegi jego wydawały się rozpychać daleko w głąb lasów. Czy może lasy same mu ustępowały, robiąc miejsce dla wygrzewających się ciał, które wciąż wysypywały się z domków, z przyjeżdżających samochodów, wychodziły z wody. A wodę zaścielały łódki, kajaki, dmuchane materace i głowy, głowy w kolorowych czepkach, jakby czołgające się niespiesznie po powierzchni we wszystkie strony bez celu, bez sensu. Znikały, by znów się pojawić kilka metrów dalej, wyskakiwały ponad taflę, jakby próbowały się wyrwać z uwięzienia. Mnóstwo tych głów. Przypominały mi niegdysiejsze grążele, nenufary w szeroko rozlanym zakolu Rutki, gdy nadszedł czas ich kwitnienia. Poczułem się w tym wszystkim niczym cierń, który zdolny jest tylko ból zadawać, bo na nic innego widocznie już mnie nie stać. I postanowiłem wyjechać jeszcze dzisiaj przed wieczorem.

Miałem właśnie powiedzieć to panu Robertowi, gdy on pierwszy, przerywając to nasze milczenie, powiedział:

– Pisałem chyba panu w którymś liście, że mam zamiar sprzedać ten domek.

A daję panu słowo, nigdy mi o tym nie pisał. Po cóż by mnie wówczas zapraszał? Na pożegnanie tego domku?

– I wyniosę się. Stąd, z miasta i w ogóle. Nie wiem jeszcze, kiedy. Czekam, żeby jakiś kupiec się trafił. Jest jeden, ale chciałby na raty. A wie pan, co to raty. Pierwszą, drugą ratę zapłaci, a z następnymi będzie zwodził. Z ratami tak już jest, że zawsze są pilniejsze sprawy, raty mogą poczekać.

– To może ja bym kupił? – zażartowałem. I w tej samej chwili pożałowałem tego żartu. Słowa jakby ominęły moją wolę, moje myśli, moje zamiary i same się ustanowiły. Zwłaszcza że miałem mu w tej chwili powiedzieć – Przykro mi, panie Robercie, lecz dziś przed wieczorem muszę już wyjechać. Długa droga przede mną, a rano powinienem być na miejscu. Obowiązki, rozumie pan.

– Pan? – zaśmiał się, lecz w tym śmiechu jego nie odczułem, żeby zrozumiał to jako żart. – Pan? – powtórzył z odcieniem szyderstwa w glosie. – A to pan mnie ubawił. Mieszka pan w innym kraju, ile kilometrów stąd. A tu miałby pan letniskowy domek. I co, też by pan najwyżej na dzień, dwa przyjeżdżał?

– Czasem i na dzień, dwa dobrze zmienić kraje – brnąłem jednak dalej jakby na przekór sobie, na przekór niemu, że nie wziął tego za żart.

– I przyjeżdżałby pan? Już to widzę. Tyle listów, tyle lat i nie mogłem pana namówić. A teraz by pan przyjeżdżał. Już to widzę. I jak często?

– To by zależało.

– Od czego?

– Od okoliczności.

– Jakich?

– Różnych. Okoliczności nie dadzą się przewidzieć.

– Ale taki domek nie może stać i czekać, aż okoliczności będą panu sprzyjać. Trzeba go doglądać. Nie mówiąc, że ciągle jest coś do naprawienia. I złodziejstwo zaczęło się już panoszyć. Nie ma tygodnia, żeby gdzieś się nie włamali. Próbowaliśmy ustanowić społeczne dyżury, ale jeden przyjechał, drugi zapomniał, a trzeciemu coś wypadło. Najlepiej byłoby kogoś wynająć do pilnowania, ale musiałby tu mieszkać. – A po krótkim namyśle, już spokojnie, jakby dopowiadając – A pan by może raz na rok…

– Może dwa – poddawałem go dalszej próbie, bo niezrozumiały wydał mi się jego opór.

Spojrzał na mnie podejrzliwie.

– Niechby nawet. Ale po co? Po co? – wyrzucił poirytowanym głosem.

– Po to samo, po co wszyscy tu przyjeżdżają – powiedziałem. Choć nie wiem, czy sam siebie nie poddawałem próbie. – Pooddychać świeżym powietrzem. Odpocząć, oderwać się od wszystkiego.

– Co pan takie rzeczy opowiada?! – gniew nim targnął. – Gdzie pan ma teraz świeże powietrze? Ani powietrza, ani wody, niczego. Kto czuje, czym oddycha? Oddycha się, bo organizm każe. A niechby nawet, to pomoże co komu jak się przez sobotę, niedzielę nawdycha. Czy nawet przez ten miesiąc urlopu, czy ile tam. Nic już nikomu nie pomoże. Czy oderwać się, odpocząć tu przyjeżdżają, pan myśli? – Odjął raptownie szklankę od ust, aż mu trochę piwa chlusnęło na koszulę. – Nie widzi pan, że tu zrobiło się ciaśniej niż w blokach? W bloku przynajmniej, choćby dziesięć i więcej pięter, nie muszę nikogo znać. Dzień dobry, dzień dobry, to wszystko. I nie z każdym, spode mnie, znade mnie nie muszę. I tak samo wyżej, niżej, nie muszę. Bywa, że przez tydzień człowiek się nie otrze o sąsiada. A wychodzi pan w innych godzinach, w innych przychodzi, to w ogóle może pan go nie spotkać, aż dopiero gdy go umarłego wynoszą. A tu chcesz, nie chcesz, musisz. Ledwo pan przyjedzie, już pana obłażą jak mrówki. I swędzą, szczypią, obgryzają. Po tygodniu urlopu, a nie wiem, ja, nie ja. Bo niech mi pan powie, ilu ludzi zmieści się w człowieku, żeby jeszcze czuł się, że to on? Człowiek jest, o, jak ta szklanka, nie nalejesz więcej, niż się zmieści. Mam sklep w mieście, a nie z miasta znam prawie całe miasto. Stąd. I żeby tylko z imienia, nazwiska, jaki zawód, stanowisko, adres, telefon, dałoby się wytrzymać. Mam już całą szufladę wizytówek. I co? Martwe leżą. A ile już razy przepisywałem notes, żeby go przynajmniej odciążyć od tych, co umarli. I tak jest wciąż grubszy. Ale dałoby się wytrzymać. I nie o to mi chodzi. Tylko że tutaj czuję się jak w mrowisku, a kto chce być mrówką? Tutaj niczego panu nie oszczędzą. Wywalają najintymniejsze rzeczy z siebie, jakby się wypróżniali. Nie ma gorszych miejsc, niż gdzie wszyscy muszą razem i wszyscy w sezonie. Kto z kim, kto przeciw komu, kto nad kim, pod kim, kto za co, kto to czy tamto ukrywa, komu się wydaje i różnych, różnych rzeczy może się pan nasłuchać. Chciałby pan choroby, proszę bardzo. Temu to dolega, temu tamto, ten ma to wycięte, tamten tamto, a ten jeszcze co innego. Kto obstrukcję, kto biegunkę, proszę bardzo. Nawet orgazm, proszę bardzo. Ta ma za każdym razem, a ta nigdy jeszcze nie miała. Siedzą, leżą i wzdychają. A nie wie pan, jak się po zalewie niesie. Jeszcze domek przy domku, a niech tak gorąco jak dzisiaj, wszędzie drzwi, okna pootwierane, jak pan widzi, to nie tylko po sąsiedzku słychać. Z wody na brzeg słychać, z brzegu na wodę czy z tamtego na ten. Człowiek nie ucieknie od tego, że słyszy. Nie ucieknie, że widzi. Choćby nie chciał słyszeć, widzieć. Samo mu w uszy wchodzi. A przecież nie przyjeżdża tu po to, żeby się zamknąć w domku. Najcichszy szept się tu zwielokrotnia, najmniejszy szczegół olbrzymieje. Nie chciałby pan, a musi pan wszystkie brzuchy znać, wszystkie pępki, tyłki, żylaki na nogach, szramy po operacjach. Nie ma już gdzie wzrokiem uciec, nie ma słuchem. Nawet myśli pana stają się śmietniskiem cudzych myśli. A pan chciałby…

Nie poznawałem go. Był zupełnie kim innym, niż sobie wyobrażałem z jego listów. Czyżby coś się stało, że aż tak się zmienił? A już zupełnie nie mogłem zrozumieć, dlaczego mnie tak zniechęca do tego miejsca. Zapraszał mnie, wręcz kusił przez tyle lat, a gdy wreszcie przyjechałem… I przecież powinien się domyślić, że to był tylko żart z tym domkiem. Ale może już wcześniej, w drodze, gdyśmy tu jechali, nabrał wobec mnie podejrzeń, że i ja jestem kim innym, niż sobie wyobrażał z moich listów. A ten domek tylko mu to potwierdził.

– A pan chciałby… – powtórzył, jakby już do swoich myśli tylko. – Niech pan mi wierzy, wracam do domu, to muszę się od początku do siebie przyzwyczajać, zbierać się aż gdzieś od dzieciństwa, od pierwszych słów, pierwszych myśli, pierwszego płaczu, żeby znów poczuć, że to ja. Tu się żyje jak na ekranie. A co człowiek bez tajemnic, co? Niech pan sam powie. – I niemal złością zakipiał – Sprzedam ten domek, jak mi Bóg miły! I wyniosę się.

Wlał sobie resztę piwa z puszki do szklanki i zapatrzył się w ten szumiący przed nami zalew, zapadając znów w milczenie. Wypadało mi coś powiedzieć, może nawet oczekiwał tego ode mnie. Nic jednak nie przychodziło mi do głowy prócz tego, że muszę przed wieczorem wyjechać. Uznałem jednak, że to nie jest odpowiednia chwila, aby mu to powiedzieć. Spytałem go więc tylko jakby od niechcenia:

– A gdzie te groby, o których mi pan pisał, że tam najwięcej grzybów?

– A co, chciałby pan pójść na grzyby? To nie teraz, nie teraz. – I zerwał się od stolika. – Przyniosę jeszcze piwa. A może zrobić coś do jedzenia? Nie zgłodniał pan. To później zrobię. Przywiozłem kurczaki z rożna, tak że tylko odgrzać.

Po chwili wracając z nowymi puszkami piwa, nagle zatrzymał się w pół drogi:

– Niech pan spojrzy tam. Jakaś nowa chyba. Nigdy jej tu nie widziałem. Muszę się dowiedzieć, co za jedna. Tamta tam. No, niech pan spojrzy. – Postawił te puszki z piwem na stole, pootwierał, nalał sobie, mnie. – Powiem panu, że jeszcze to mnie tylko tu trzyma. Inaczej dawno bym sprzedał. – Upił trochę piwa i znów zaczął się rozglądać, jakby zupełnie innymi oczyma, roziskrzonymi, niemal drapieżnymi, mnie darząc od czasu do czasu, jedynie w przelocie, ni to uśmiechem, ni to szyderczym grymasem. – Tamta też niczego. O, tam, do łódki wsiada. Ją znam. Oj lubi, lubi, a co potrafi! A pokażę panu jedną, sąsiadkę, dwa domki dalej. Tylko chyba jeszcze nie przyjechała.

Powiem panu, słuchałem go, a nie wierzyłem, że to pan Robert. Ten sam pan Robert z tych wszystkich listów, kartek, telefonów. I zastanawiałem się, co jest w nim prawdą, biorąc razem i to, co teraz mówił, i to, co pisał mi przez tyle lat. A może ani jedno, ani drugie? Nie dawałem jednak nic po sobie poznać.

– Czy, o, tamta, niech pan spojrzy. Brzegiem zalewu idzie. Nawet spogląda w naszą stronę. Jedynie jeszcze to przy wszystkich niedogodnościach. Bo tu jakby pan z natury taką wyjmował. A wyjąć z natury, o, to nie to samo, co z ulicy czy kawiarni. Eh, natura, natura. Najbardziej przygiętego odprostowuje. I cóż ona się tak błąka. O, kładzie się. Będzie się opalać. Całymi godzinami potrafi w słońcu leżeć. Z początkiem lata już na Murzynkę opalona. Ale jeśli mam być szczery, nie bardzo lubię takie opalone. Choć opalone są dużo łatwiejsze. Nie mogą przecież zmarnować tej całej męki leżenia na słońcu. A wiadomo, nie męczyłyby się dla tych swoich ślubnych baranów. Im każą brzuch zbijać na łódkach, kajakach. Bo też długo można z takim ślubnym? Rok, dwa i dosyć wierności. Na szczęście świat odrzucił te wszystkie przesądy, nawyki, przyzwyczajenia. Na dłuższy związek już człowieka dzisiaj nie stać. Każdy za czymś goni, do czegoś się wspina, to z kimś drugim jak z kulą u nogi. Mówić się już nie chce, a tu trzeba. Nie ma o czym, a tu trzeba. Zdarzają się, nie powiem, małżeństwa do śmierci. Ale to już zabytki. Niedługo będzie się do takich wycieczki prowadzić, jak do zamków, katedr, muzeów. Małżeństwo, prawdę mówiąc, to dzisiaj spółka z ograniczoną odpowiedzialnością. Upada, zakłada się drugie. I się kręci, aby jakoś, aby dalej, aby do końca. Diabła warte to nasze życie, powiem panu. Te wszystkie nasze sny, marzenia, nadzieje. – Nagle oczy mu zaiskrzyły. – O, niech pan spojrzy. Przyjechała. No, ta sąsiadka. Zobaczy ją pan, jak się w kostium przebierze. Wzrok nie chce z niej zejść. Czasem topless się opala. A jakże, przyszło i tutaj. Dlaczego miałoby nie przyjść. Pod tym względem nie ma granic, języków i tych różnych dyrdymałów. Muszę ją kiedyś na łódkę zaprosić. Może zdarzy się okazja. Owszem, kłaniamy się sobie. Ale coś mnie powstrzymuje, nie mogę się przemóc. Już, już i opuszcza mnie odwaga. Może na początek lepiej by ją było na jeżyny zaprosić. Może już dojrzały. Pójdę w przyszłą niedzielę do lasu, zobaczę. Tylko może nie chcieć, że kłują. Szkoda, że nie ma już poziomek. Jeszcze tylko to mnie trzyma. Bo niech pan sam powie, co ma człowiek tak naprawdę z życia? Za te wszystkie starania, zabiegi, bezsenności, strapienia, co ma? A niech pan doda jeszcze choroby, inne nieszczęścia, co ma? Posiedziałby pan tak cały dzień w moim sklepie. Z pamiątkami. He! he! he! Sprzedam w cholerę i ten sklep!

Upił trochę piwa ze szklanki. Oczy, co dopiero mu wrzały, nagle stały się jakby zgasłe, spłowiałe. A po chwili milczenia głosem podobnie zgasłym, spłowiałym powiedział:

– Jeszcze gdyby pan wiedział, co się tutaj kiedyś stało. Chyba że ktoś umie wszędzie żyć.

– Wiem, panie Robercie – zdecydowałem się to wreszcie powiedzieć. Uznałem, że byłoby nieprzyzwoicie, gdybym to zataił. Zwłaszcza że gdy tu jechaliśmy, nabrał już wobec mnie podejrzeń, skąd znam drogę.

– Skąd? – przerażenie pojawiło się w tych jego oczach. – Nie z moich listów chyba? Nigdy panu o tym nie pisałem. Nigdy.

– Urodziłem się tu.

– Gdzie tu?

– Tu.

– Jak tu?! Gdzie tu?! – Zdumiała mnie jego gwałtowność, z jaką próbował zaprzeczyć mojemu wyznaniu. – To chyba że pana wtedy nie było. Tu nikt nie ocalał. Nikt.

– A jednak, jak pan widzi, ocalałem, jeśli można tak powiedzieć. W jakimś sensie nie tylko ja, lecz i pan, i wszyscy tu nad zalewem jesteśmy ocaleni. Wszyscy, którzy żyjemy.

– Ale wtedy tu nikt. Nikt – nieomal się zaperzył. – Widzi pan te wzgórza. Mieszkaliśmy tam w czasie wojny. I jednego dnia gruchnęła wieść, że tu się wsie palą. Złapała mnie matka za rękę, dzieckiem byłem, i pobiegliśmy na najwyższe wzgórze. Winnica się nazywało. Stał tam już tłum ludzi. Niewiele widziałem, prócz morza dymów ponad lasami. Starsi jednak wszystko widzieli. Płonące domy, stodoły, chlewy, oszalałe zwierzęta, ludzi, jak do nich strzelają. Wzięła mnie matka w pewnej chwili na ręce, ale też nic więcej prócz tych dymów. Uklękła, kazała i mnie uklęknąć, bo wszyscy uklękli. Kazała mi płakać, bo wszyscy płakali. Tylko że mnie zachciało się śmiać. Miała matka rzęsy poczernione i od łez ciemne strumyki zaczęły spływać jej po twarzy. Nie mogłem się powstrzymać. Ludzie odwracali na mnie głowy, a ktoś powiedział:

– Śmieje się, a tam ludzi mordują.

Matka się zawstydziła. Zerwała mnie z klęczek, pociągnęła za sobą.

– Nie oglądaj się. I zeszliśmy ze wzgórza. A groby tam są. – Wskazał ręką na las. Po chwili rzucił – Muszę… Może i temu na raty. Pięć, dziesięć czy ile rat, wszystko mi jedno.

Powiem panu, zastanawiałem się nawet, kiedy pan wyszedł z domku pana Roberta, czy nie jest pan może od tych rat. Tylko że to musiałby pan spłacić już ostatnią ratę. Nie wszedłby pan przecież inaczej do jego domku. Skąd by pan wiedział, gdzie jest klucz? Ostatnia rata do ręki i dopiero, powiedział wtedy na tarasie.

Żyje, żyje. Dlaczego miałby nie żyć. Któż by mi przysyłał pieniądze za pilnowanie. O, podwyższyłem opłatę kiedyś od domku, to następna koperta przyszła już z podwyżką. Chociaż panu Robertowi nie miałem zamiaru podwyższać. Nikt nie mieszka, nikt ze znajomych nigdy nie przyjedzie, to za co? Dach tylko zeszłej jesieni zaczął przeciekać. Lało, że to lało. Z końcem lata się zaczęło, to liście z drzew już opadły, a wciąż lało. Nie pamiętam takiej drugiej jesieni. Zalew podniósł się aż pod pierwsze domki. Na szczęście stoją na betonowych słupach, widział pan. Lubię deszcz, ale za długo już lało. W sypialni u pana Roberta, na górze, zaczęło przeciekać. Myślałem, przestanie padać, to zaraz naprawię. A tu ani na chwilę nie przestawało. I musiałem w deszczu. Nową papę położyłem na kawałku dachu. A niedawno dwie deski wymieniłem w tarasie, zbutwiały. Wszystkie zamki naoliwiłem w drzwiach, zawiasy w oknach, posprawdzałem gniazdka, kontakty, przewody. W takim nie zamieszkanym domu również się psują. Gdybym miał adres, napisałbym mu. Często myślę o nim, niech pan mu powie. Wiem, wiem, mówił mi pan, że nie zna go pan. Ale gdyby kiedyś, nigdy nie wiadomo. (…)


Jest to fragment drugiego rozdziału powieści „Traktat o łuskaniu fasoli”, która ukaże się nakładem wydawnictwa „Znak” w maju 2006 roku.

 

Całość w tradycyjnym wydaniu „Akcentu”.

Font Resize
Contrast