Łukasz Janicki. To Rome with Love

Spis treści numeru 1/2015

To Rome with Love

 

„Roma, tibi subito motibus ibit amor” – głosi sentencja-palindrom zapisana w pierwszym stuleciu naszej ery przez Kwintyliana. Trzeba przyznać, że w Rzymie to właśnie miłość okazuje się czymś naprawdę wiecznym, trwalszym nawet od kamiennych budynków, które nadkruszył ząb czasu. Od dawna stolica Włoch uważana jest za miasto kochanków, za najlepszą scenerię miłosnych wzruszeń, niezobowiązujących flirtów i powodujących mocniejsze bicia serca rozstań. To również miejsce, które uwiodło miliony ludzi, złowionych w sieć romantycznych (!) pragnień, by odkrywać źródła europejskiej cywilizacji, kontemplować melancholijne ruiny czy – po prostu – rozkoszować się niepowtarzalnym śródziemnomorskim klimatem.

Nic dziwnego, że w tłumie pielgrzymujących do Rzymu podróżników zawsze znajdowali się także Polacy, którzy nad Tybrem szukali ożywczych doznań, twórczych natchnień, a nierzadko schronienia w trudnych dla Polski momentach. Zwykle spędzali tam tylko jakiś okres życia, czasem jednak osiedlali się na stałe. Nie inaczej jest obecnie: w Rzymie – podobnie jak w całych Włoszech – przebywa dziś wielu naszych rodaków. Należą oni w większości do tzw. emigracji zarobkowej, nie brakuje jednak również artystów i ludzi nauki, którzy poza granicami rodzinnego kraju rozwijają swe pasje, zyskując niejednokrotnie światową sławę. Niestety nie są oni w Polsce powszechnie znani: ich nazwiska tylko sporadycznie pojawiają się na najpopularniejszych polskich stronach internetowych, w prasie czy w telewizyjnych programach informacyjnych.

Mamy nadzieję, że do zmiany tej sytuacji przyczyni się projekt Twórcy za granicą – polskie rodowody, polskie znaki zapytania, realizowany przez „Akcent” przy wsparciu Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP. Od lat na łamach naszego kwartalnika prezentowane są teksty literackie, szkice krytyczne i naukowe twórców polskiego pochodzenia zamieszkałych poza granicami Polski (m.in. na Węgrzech, w USA, Kanadzie czy Ukrainie), a także artykuły poświęcone ich dorobkowi artystycznemu napisane przez rodzimych badaczy. Ponadto staramy się, by spotkania z polskimi emigrantami, podczas których możemy porozmawiać na szereg istotnych tematów, stały się okazją do wzmocnienia ich więzi z ojczyzną.

Magdalena Wolińska-Riedi. Fot. arch

Magdalena Wolińska-Riedi. Fot. arch

Dokładniejszemu poznaniu włoskiej Polonii i przedstawieniu jej dorobku krajowym oraz zagranicznym odbiorcom służyła podróż, jaką w dniach od 21 do 27 września 2014 roku odbyli przedstawiciele „Akcentu”: redaktor naczelny Bogusław Wróblewski, stały współpracownik kwartalnika, teatrolog i literaturoznawca Jarosław Cymerman oraz Łukasz Janicki – kierownik działu krytyki i eseistyki. Podczas pobytu w Rzymie złożyliśmy wizytę w najważniejszych instytucjach polonijnych oraz poznaliśmy twórców o polskich korzeniach, którzy swe losy związali z Wiecznym Miastem.

Po przybyciu do stolicy Włoch pierwsze kroki skierowaliśmy do siedziby Fundacji Rzymskiej im. Janiny Zofii Umiastowskiej. Ta zasłużona instytucja od ponad siedmiu dekad podejmuje inicjatywy mające na celu wspieranie nauki i kultury polskiej. Dzięki programowi stypendialnemu realizowanemu przez fundację w latach 1968-1995 Rzym odwiedziło 450 naukowców i działaczy kulturalnych z naszego kraju. Uzyskali oni możliwość podróży na Zachód w czasach, gdy świat dzieliła nieprzenikalna „żelazna kurtyna”. Bezpośredni kontakt z europejską kulturą niejednokrotnie zaważył na ich dalszym życiu zawodowym. Znoszeniu politycznych barier służyło także rozpowszechnianie zakazanych w Polsce publikacji – zarówno utworów beletrystycznych, jak i wydawnictw poświęconych tematyce społecznej czy humanistycznej.

Po 1989 roku priorytetowym zadaniem fundacji stało się prowadzenie prac dokumentacyjno-badawczych. Działalność ta obejmuje m.in. tworzenie bibliografii tekstów poświęconych obecności Polaków we Włoszech, inwentaryzację i opisywanie różnego rodzaju źródeł publicznych i archiwów prywatnych, zabezpieczanie świadectw osób, które przyczyniły się do kształtowania i rozwoju wspólnoty polskiej we Włoszech, oraz zbieranie dokumentacji dotyczącej obecnych inicjatyw podejmowanych przez naszych rodaków na Półwyspie Apenińskim. Instytucja współpracuje m.in. z warszawską Biblioteką Narodową oraz Papieskim Instytutem Studiów Kościelnych w Rzymie. Jest współwydawcą biuletynu informacyjnego „Polonia Włoska”1, a także serii książek opatrzonej tytułem Świadectwa. Testimonianze (w kolejnych tomach pojawiały się np. wspomnienia kombatantów i rozmowy z nimi, wywiady z artystami czy teksty dokumentujące polsko-włoskie inicjatywy polityczne, społeczne i kulturalne).

Prof. Jan Władysław Woś (w środku) z Wacławem Oszjacą (z prawej) i Bogusławem Wróblewskim. Fot. M. Wróblewska

Prof. Jan Władysław Woś (w środku) z Wacławem Oszjacą (z prawej) i Bogusławem Wróblewskim.
Fot. M. Wróblewska

W siedzibie fundacji – secesyjnym budynku przy via Piemonte 117 – przyjął nas jej prezes Stanisław A. Morawski. Przez wszystkie pomieszczenia i korytarz prowadzą wąskie przejścia, pozostałą przestrzeń wypełniają niemal w całości książki oraz uporządkowane dokumenty – świadectwa tego, jak silne były (i są) więzi polsko-włoskie. To wymarzone miejsce dla bibliofilów, którzy pragną przeglądać unikatowe publikacje, rozkoszować się magią starych druków i chętnie decydują się na wielogodzinne odcięcie od gwarnego miasta. Bardzo zajmująca była rozmowa z naszym gospodarzem, mawiającym o sobie, że jest ćwierć-Włochem. Związki rodziny Morawskich z Rzymem sięgają roku 1888, a u ich źródeł odnaleźć można oczywiście miłość. Dziadek Stanisława przybył do Wiecznego Miasta i szukał tam żony. Zwrócił uwagę na zdjęcie pewnej kobiety – zauroczony jej urodą postanowił ją odnaleźć. Już po dwóch dniach znajomości zaproponował małżeństwo. Oświadczyny zostały przyjęte. Stanisław A. Morawski urodził się 34 lata później w Polsce i doskonale pamięta klimat przedwojennej oraz powojennej Warszawy. Do Włoch, gdzie często gościł w dzieciństwie, na stałe wyjechał w latach 50., co było możliwe przede wszystkim dlatego, że w Rzymie mieszkała jego włoska rodzina. Prezesem fundacji jest od 1979 roku, cztery lata temu został przez prezydenta Bronisława Komorowskiego uhonorowany Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Zasługi Rzeczpospolitej Polskiej. Jego najstarszy syn – Paolo (Paweł) – jest pracownikiem włoskiej telewizji RAI.

Podczas rozmowy poznaliśmy wiele faktów z bogatej historii fundacji. Jej donatorką była Janina Zofia Umiastowska – urodzona w 1860 roku córka zamożnego ziemianina z Wileńszczyzny. Gdy wybuchła II wojna światowa, przebywała w Rzymie. Do Polski już nie wróciła: zmarła w roku 1941, a cały majątek przeznaczyła na utworzenie fundacji swego imienia. Słowa, które powtarzała za Karolem Lanckorońskim: „Trzeba ratować, co zostało, choć wiele przepadło”, stały się mottem Związku Polaków we Włoszech. Wiele usłyszeliśmy także na temat Emeryka Hutten Czapskiego, pomysłodawcy wspomnianego programu stypendialnego, poprzednika Stanisława A. Morawskiego na stanowisku prezesa. Urodził się on w roku 1897 w Stańkowie na ziemi mińskiej, imię otrzymał po dziadku – założycielu muzeum Czapskich w Krakowie. W latach 1921-1923 piastował urząd starosty w Stołpcach, na wschodnim pograniczu Polski (podobno zyskał uznanie samego marszałka Józefa Piłsudskiego). Prowadził bogatą działalność społeczną, a w latach 30. został dwukrotnie wybrany posłem na sejm z województwa nowogródzkiego. Gdy po klęsce wrześniowej opuścił Polskę, przebywał m.in. we Francji, Algierze, Tunisie i Anglii. Przeciwstawił się nazistowskiemu zagrożeniu zarówno jako dyplomata (kierował m.in. Wydziałem Uchodźczym polskiego MSZ w Londynie), jak i żołnierz (został np. odznaczony Krzyżem Walecznych za udział w akcji uwolnienia kobiet-żołnierzy Armii Krajowej, które internowano w obozie Oberlangen). W Norymberdze udało mu się odnaleźć ołtarz Wita Stwosza, wywieziony przez hitlerowców z kościoła Mariackiego w Krakowie. Po wojnie osiadł w Rzymie, gdzie organizował opiekę nad żołnierzami polskimi ożenionymi z Włoszkami. Stworzył tam Hospicjum Związku Polskich Kawalerów Maltańskich, które stało się przystanią dla wielu przedstawicieli polskiej kultury i nauki. Kiedy w 1968 roku Hutten Czapski został prezesem Fundacji im. Janiny Zofii Umiastowskiej, działania tej instytucji nabrały rozmachu. Zainicjował także utworzenie polskiej kwatery na włoskim cmentarzu na Prima Porta. Zmarł 31 stycznia 1979 roku w Rzymie.

Od Stanisława A. Morawskiego uzyskaliśmy także cenne informacje na temat wielu przedstawicieli środowiska polonijnego we Włoszech. Od roku 1949 do śmierci w roku 1981 w małym miasteczku Bordighera na Wybrzeżu Liguryjskim mieszkał Roman Biliński, zwany przez swych włoskich przyjaciół „pittore polacco”. W czasie wojny był kapitanem Polskiego Czerwonego Krzyża oraz służył w 2. Korpusie gen. Andersa. Po przybyciu do Bordighery poświęcił się malowaniu: zarówno pejzaży, scen rodzajowych, jak i portretów. Jego twórczość wyrasta raczej z tradycji klasycznych, jednak powstałe w ostatnich latach autoportrety zdradzają fascynację ekspresjonizmem. Biliński na stałe zapisał się w pamięci mieszkańców włoskiego miasteczka: przyznano mu tytuł honorowego obywatela, a co pewien czas w tamtejszych gazetach ukazują się teksty prezentujące jego dorobek artystyczny. Natomiast w Polsce pozostaje niemal całkowicie nieznany. Przed dwoma laty Ewa Prządka przypomniała jego postać na łamach biuletynu „Polonia Włoska” (2012, nr 1-2). Malarzem jest także Eryk Jankowski – kombatant odznaczony Orderem Virtuti Militari, autor książki Da Montecassino a Piedimonte S. Germano. Lo sfondamento della linea Hitler. Diario di guerra di un ufficiale polacco. Jego syn Claudio wystawiał w Rzymie sztuki polskich dramatopisarzy (m.in. Adama Mickiewicza, Aleksandra Fredry, Witolda Gombrowicza, Witkacego czy Sławomira Mrożka).

Warto wspomnieć także o księdzu Hieronimie Fokcińskim, który przez wiele lat pełnił funkcję dyrektora Papieskiego Instytutu Studiów Kościelnych w Rzymie – polskiego ośrodka naukowo-badawczego o charakterze dokumentacyjno-informacyjnym, założonego z inicjatywy kardynała Stefana Wyszyńskiego w 1976 roku. Pracownicy instytutu zajmują się działalnością wydawniczą oraz poszukiwaniem, rejestracją i reprodukowaniem materiałów dotyczących historii Kościoła w Polsce (materiały takie odnaleźć można w wielu rzymskich zbiorach, m.in. w archiwach Stolicy Apostolskiej).

Historyk sztuki Adam Broż umówił się z nami w jednym ze swych ulubionych rzymskich zakątków: pod bazyliką Santa Maria in Trastevere. Na spotkanie przyjechał skuterem. To podstawowy środek komunikacji w Wiecznym Mieście: jednoślady, dla których dość łatwo znaleźć miejsce parkingowe, pozwalają szybciej przedrzeć się przez niezmiernie uciążliwe korki. Podczas rozmowy przemierzaliśmy malownicze rejony Zatybrza, spacerując po krętych, wypełnionych setkami przechodniów uliczkach. Gwar nie tylko nie przeszkadzał, ale stanowił wręcz wymarzone tło ciekawych historii. Bardzo szybko potwierdziła się opinia, którą o Brożu wyraził Jarosław Mikołajewski: Wie wszystko o losach Polaków w Rzymie i w ciągu kilku minut potrafi zaintrygować opowieścią o polskich zmartwychwstańcach, o Mickiewiczu czy malarzu Siemiradzkim, który pewnego dnia zaprowadził Sienkiewicza do kościółka Quo vadis na Via Appia, z wiadomym skutkiem dla literatury2. Autor znakomitego przewodnika Rzym po polsku (2009) potrafi w zajmujący sposób opowiadać liczne anegdoty. Przed laty poznał Kazimierza Wierzyńskiego (podobno twórca tomu Wiosna i wino do śmierci pozostał wielbicielem polskiej żubrówki, którą cenił bardziej niż whisky). Dowiedzieliśmy się też, że o powrót skamandryty do Polski zabiegała w swoim czasie Maria Dłuska, a wielkim admiratorem jego liryki był wybitny polski poeta mieszkający w Rzymie Jerzy Hordyński (pisaliśmy o nim w „Akcencie” nr 3/2014). Niektóre z anegdot dotyczyły życia samego Broża: nasz rozmówca do Włoch przyjechał trabantem i za kierownicą tego auta – choć nie bez trudu – dotarł w pobliże szczytu Wezuwiusza. Okazało się nawet, że statystował w jednym z filmów Frederica Felliniego…

Adam Broż po raz pierwszy przybył do Rzymu w 1965 roku dzięki stypendium przyznanemu przez Fundację im. Janiny Zofii Umiastowskiej. W stolicy Włoch pisał (publikował m.in. we francuskim „Narodowcu”, gazetach wychodzących w Polsce – co pomogło mu zdobyć paszport kulturalny – oraz periodykach wydawanych w Nowym Jorku: „Przeglądzie Polskim” i „Kurierze Plus”), a także fotografował oraz uczył się konserwatorstwa. Został sekretarzem znanego polityka chadeckiego Karola Popiela oraz Emeryka Hutten Czapskiego. Od 1968 roku kierował Hospicjum Kawalerów Maltańskich w Rzymie. Związek Polskich Kawalerów Maltańskich stanowi część Zakonu Maltańskiego – zrzeszenia religijnego o charakterze świeckim, rycerskim i szlacheckim, powołanego do życia pod koniec XI wieku w celu niesienia pomocy humanitarnej, medycznej i duchowej pielgrzymom, chorym, biednym i uchodźcom. Rzymska placówka, założona w 1959 roku z inicjatywy Hutten Czapskiego, odegrała ważną rolę w czasach komunistycznych. Tam zatrzymywali się ludzie kultury i nauki z Polski po przybyciu do stolicy Włoch. Dzięki niskim cenom i możliwości korzystania z kuchni hospicjum stało się dla nich idealnym schronieniem w obcym kraju.

Adam Broż jest także kolekcjonerem rycin. Część jego zbiorów będzie można podziwiać podczas wystawy przygotowywanej na Zamku Królewskim w Warszawie, której otwarcie przewidywane jest w połowie lutego 2015 roku. Jednak to przede wszystkim wielki miłośnik i znawca Wiecznego Miasta, które nie ma przed nim tajemnic, co udowodnił, publikując dwa przewodniki: Przewodnik po Rzymie i Watykanie (1982) oraz – wspomniany już – Rzym po polsku. Otwarcie przyznaje, że pokochał rzymskie zabytki, a pasja, z jaką opowiada o stolicy Włoch, nie pozostawia wątpliwości co do siły jego uczuć. Nie przypadkiem we wstępie do jednej ze swych książek przywołał znane powiedzenie, że zwiedzania Europy nie można rozpoczynać od Rzymu, bo później wszystko wyda się wtórne i nieciekawe…

Kolejną osobą, z którą udało nam się porozmawiać, jest Magdalena Wolińska-Riedi – absolwentka italianistyki na Uniwersytecie Warszawskim, historii Kościoła na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie oraz Akademii Dyplomatycznej PISM w Warszawie, współautorka serii filmów dokumentalnych Polacy w Rzymie i Watykanie, prezentowanych na antenie Telewizji Polskiej (wspomnijmy, że bohaterem jednego z odcinków był Stanisław A. Morawski, innego – Adam Broż; o tym cyklu filmowym pisze obszerniej Jarosław Cymerman w dziale „Film”). Okazuje się, że zdobycie środków na filmową prezentację sylwetek Polaków odgrywających istotną rolę w życiu Rzymu i Watykanu nie było sprawa prostą; filmy zrealizowała prywatna firma producencka, dopiero niedawno prawa do nich wykupiła TVP. Wolińska-Riedi – jedyna Polka z watykańskim obywatelstwem – to żona starszego sierżanta Gwardii Szwajcarskiej. Ślubu udzielał im kardynał Joseph Ratzinger, który później, już jako papież, chrzcił jej córki. Nasza rozmówczyni ze wzruszeniem wspominała dwa ostatnie lata pontyfikatu Jana Pawła II, gdy zmagał się on z wielkim cierpieniem, nie tracąc nic ze swej charyzmy. Jej rodzina ma po części lubelskie korzenie. Dzięki spotkaniu z Wolińską-Riedi mieliśmy też okazję ujrzeć świat za Spiżową Bramą. Niewielu jest tam stałych mieszkańców. Główne instytucje – bank, drukarnia, mennica, sklepy (notabene nieco tańsze niż na terenie Rzymu) obsługiwane są przez ludzi z zewnątrz. Po godzinie 17, gdy mury Watykanu opuszczają pracownicy, rytm życia staje się powolny. Bramy zamykane są o północy, lepiej nie wracać później, żeby nie sprawiać gwardzistom dodatkowych kłopotów. Wolińska-Riedi jest od niedawna rzymską korespondentką TVP, ostatnio w czasie świąt Bożego Narodzenia przez trzy dni pod rząd mogliśmy oglądać w Wiadomościach TVP przygotowane przez nią materiały.

Bardzo sympatyczny przebieg miała rozmowa z Martą Czok – malarką o polskich korzeniach, z którą umówiliśmy się przed wejściem do Palazzo delle Esposizioni, największego rzymskiego centrum kultury i sztuki. Artystka urodziła się w 1947 roku w Bejrucie, dzieciństwo i wczesną młodość spędziła w Anglii, a do Włoch przeniosła się po ślubie w 1974 roku (obecnie razem z mężem – Włochem – mieszka w położonym niedaleko Rzymu Castel Gandolfo). Jej rodzice poznali się w Związku Radzieckim, gdzie zostali wywiezieni po wybuchu wojny. Dotarli do Iranu, Palestyny, Libanu podobnie jak wielu innych naszych rodaków ewakuowanych z terenów sowieckich po podpisaniu układu Sikorski-Majski. Obydwoje byli żołnierzami 2. Korpusu: matka służyła w Kompanii Transportowej, ojciec w 5. Dywizji (walczył pod Monte Cassino). Ślub wzięli w 1944 roku w Jerozolimie. Po wojnie osiedli w Londynie. Marta – absolwentka prywatnej angielskiej szkoły katolickiej – przez rok uczyła się w Sir John Cass School of Art, potem w Bath Academy i na wydziale mody St. Martin’s School of Art. Drugą z tych uczelni musiała opuścić w atmosferze skandalu: podczas zimy pracowaliśmy nad jakimiś rzeźbami z gipsu, zanurzaliśmy ręce w lodowatej wodzie. Nagle zobaczyłam, że mam granatowe dłonie, jakby zupełnie ustało mi krążenie. Przeraziłam się. Koledzy zaczęli mi robić masaż rąk, a ja nie wytrzymałam i powiedziałam głośno, ze nie po to przyjechaliśmy do Anglii, żeby w takich warunkach tak marznąć i ginąć! Dodałam jeszcze, w wielkim wzburzeniu, że nasz dyrektor Akademii to mieszanka Hitlera i Stalina. I tego mi nie darowano, zostałam wyrzucona z uczelni3. Studiując w St. Martin’s School of Art, malowała portrety, m.in. Mary Wilson, żony premiera Wielkiej Brytanii – Harolda Wilsona. Twierdzi jednak, że tworzenie tego typu dzieł wymaga specjalnej dyplomacji, do której nie jest zdolna…

Marta Czok to osoba niezależna, bezpośrednia, obdarzona dużym poczuciem humoru – ma w sobie coś zarówno z polskiej szlachcianki, jak i angielskiej „lady”. Stosunkowo najmniej pod względem charakterologicznym łączy ją chyba z Włochami; może dlatego nowej „ojczyźnie” nie szczędzi czasem cierpkich słów i szczerze przyznaje, że w pobliżu Rzymu mieszka przede wszystkim ze względu na męża. Po przyjeździe do Italii zajmowała się projektowaniem ubrań dla kolekcji prêt-à-porter i alta moda. Mimo że odniosła sukces, a stroje wykonane według jej pomysłów nosiło wiele włoskich kobiet, praca „dizajnerki” okazała się – jak sama twierdzi – zbyt banalna. Powróciła do malowania: najpierw tworzyła małe „cukierkowe pejzaże” na sprzedaż, potem rozwinęła właściwą działalność artystyczną. Dziś dzieła Czok wystawiane są w galeriach na całym świecie, m.in. we Włoszech, Francji, w Anglii i Stanach Zjednoczonych.

Atmosfera Palazzo delle Esposizioni wyjątkowo sprzyjała rozmowom o sztuce. Dowiedzieliśmy się, że malarce bliskie są dzieła średniowieczne, nie lubi zaś fotograficznego realizmu, który „zabija duszę”. Dużą wagę przywiązuje do rozmaitości formalnej, choć zastrzega jednocześnie, że każdy wielki artysta pozostaje wierny jednej idei. Obrazy Czok mają charakter narracyjny, „opowiadają” głównie o ludzkich losach. Nieobce są tej twórczości zarówno elementy satyryczne („dostaje się” przede wszystkim władzom – politycznym, administracyjnym i kościelnym), jak i wątki związane z życiem rodzinnym. Wiele motywów wyrasta z rzeczywistych przeżyć artystki (np. brak jednej ze ścian w malowanych pomieszczeniach to reminiscencja powojennego Londynu, gdzie na wpół zburzone domy zacierały granicę między tym, co osobiste, a tym, co publiczne).

Warto zaznaczyć, że Czok jest dumna ze swych polskich korzeni (choć oczywiście nie patrzy na nasz kraj bezkrytycznie). Gdy jej rodzice postanowili przyjąć angielskie obywatelstwo, kilkuletnia Marta wystąpiła przed londyńskimi urzędnikami w czapce z białym orzełkiem, oznajmiając, że jest Polką. Także teraz podkreśla, że choć nie ma mściwej natury, lepiej w jej towarzystwie bezpodstawnie Polski nie krytykować…

W trakcie naszych rzymskich wędrówek nie mogliśmy oczywiście ominąć Instytutu Polskiego – dobrze funkcjonującego ośrodka kulturalnego, powołanego do życia w 1992 roku w celu rozpowszechniania kultury i języka polskiego we Włoszech. Instytut ma swą siedzibę na jednym z pięter okazałej kamienicy przy via Vittorio Colona. Budynek stoi przy nabrzeżu Tybru, a za oknami roztacza się piękny widok na Wieczne Miasto. To tu podczas wernisaży, koncertów, przedstawień teatralnych i spotkań literackich można zapoznać się z twórczością Polskich artystów. Cenne informacje na temat działalności placówki uzyskaliśmy od jej wicedyrektora, Marka Szczepanowskiego, który oprowadził nas po prezentowanych we wrześniu wystawach: jedna z nich poświęcona jest PRL-owskiej opozycji, druga stwarza szanse podziwiania prac Marii Pałasińskiej – malarki, autorki instalacji, fotografki i graficzki, od 1982 roku do niedawna mieszkającej w Rzymie. Z samą artystką nie udało nam się jednak zobaczyć – przebywa od pewnego czasu w Warszawie.

Nie było to niestety jedyne planowane spotkanie, które nie doszło do skutku. Nie dane nam było również rozmawiać z Igorem Mitorajem – wybitnym polskim rzeźbiarzem, od 1968 roku tworzącym poza granicami kraju, głównie w pracowni w Pietrasanta koło Carrary, skąd zamierzał przyjechać we wrześniu do Rzymu. Złożony chorobą musiał jednak w tym czasie pozostać we Francji, gdzie zmarł 6 października4. Pozostały wspaniałe dzieła, m.in. wrota do bazyliki Santa Maria degli Angeli e dei Martiri w Rzymie, rzeźby Ikaria, Wielki Toskańczyk i Tyndareos w paryskiej dzielnicy La Défense, Bogini Rzymu znajdująca się w Piazza Monte Grappa w Rzymie, drzwi kościoła Jezuitów przy ulicy Świętojańskiej w Warszawie, Corazza z Parku Olimpijskiego w Lozannie, krakowski Eros Bendato czy mediolańska Fontanna Centaura

Być może w przyszłości nadarzy się okazja, by spotkać się z innymi ludźmi kultury mieszkającymi poza Rzymem5. Do Mediolanu przeniósł się ostatnio z Katanii prof. Grzegorz Kaczyński – absolwent religioznawstwa na Akademii Teologii Katolickiej w Warszawie oraz socjologii i afrykanistyki na Uniwersytecie Warszawskim. Doktoryzował się na Uniwersytecie Warszawskim pod kierunkiem Józefa Chałasińskiego (1976), a następnie, mieszkając już we Włoszech, uzyskał habilitację (1999). Odbył staże naukowe w London School of Economics, International African Institute (Londyn), École Pratique des Hautes Études de Paris, we włoskim Istituto Italo-Africano i w Università degli Studi di Roma „La Sapienza”. W latach 1972-1987 pracował w Polskiej Akademii Nauk w Warszawie, a od roku 1982 wykłada socjologię i antropologię na uniwersytetach włoskich oraz, w roli profesora wizytującego, poza Włochami. Opublikował wiele artykułów naukowych, recenzji oraz książek (m.in. Bunt i religia w Afryce Czarnej. Z badań nad ruchami religijnymi w Zairze, Warszawa-Wrocław 1979; La chiesa del dialogo in Polonia, Soveria Mannelli 1986; La libertà religiosa nel pensiero dei Fratelli Polacchi, Turyn 1995). We Włoszech mieszka od 1981 roku. Jego artykuł na temat emigracji Polaków z włoskiej perspektywy publikujemy w tym numerze „Akcentu”.

W styczniu 2014 roku red. Bogusław Wróblewski i o. Wacław Oszajca spotkali się z współpracującym z „Akcentem” od kilku lat prof. Janem Władysławem Wosiem z Florencji, wybitnym historykiem, badaczem stosunków polsko-włoskich, który studiował w Warszawie, Mediolanie, Louvain, Bonn, Pizie, Neapolu, wykładał m.in. na uniwersytetach w Pizie, Wenecji i Trydencie. Wydał szereg ważnych prac naukowych w języku włoskim (np. Polska. Studia historyczne, Piza 1992; Silva rerum. Wokół historii Europy Wschodniej i relacji polsko-włoskich, Trydent 2001; „Florenza bella tutto il vulgo canta”. Testimonianze di viaggiatori polacchi, Trydent 2006), a w ostatnich latach dał się poznać jako interesujący prozaik (jego opowiadania wielokrotnie publikowaliśmy na łamach „Akcentu”; wybór ukazał się w 2012 roku pod tytułem Sympozjum w Cassino i inne opowiadania).

Mamy nadzieję, że teksty obu wspomnianych badaczy – tak samo jak innych „włoskich Polaków” – nieraz jeszcze prezentować będziemy na łamach „Akcentu”. Projekt Twórcy za granicą – polskie rodowody, polskie znaki zapytania obejmuje swym zasięgiem całą Italię: jest otwarty na wszystkich polskich artystów i ludzi nauki, którzy starają się wzmacniać polsko-włoskie więzi kulturalne. A w Rzymie warto czasem po prostu uważniej posłuchać zgiełku ulic. Z kakofonii różnorodnych dźwięków bez trudu wyłowimy melodię polszczyzny. Wśród setek polskich turystów, zakochanych par spacerujących bulwarami nad Tybrem, młodych emigrantów szukających we Włoszech godziwego zarobku z pewnością są także nieznani jeszcze twórcy, którzy odnajdują tutaj wyjątkowe źródła inspiracji.

O! Rzymie – ciebie że kiedyś kochano,
W kodeksie jeszcze widzę barbarzyńskim,
(…)
W akademickim języku latyńskim,
W pofałszowanych Cezarach i w słowie
Roma; to odwróć – Amor ci odpowie!6


1 Wiele interesujących tekstów, które publikowane były na łamach „Polonii Włoskiej”, przedrukowano w tomie Polonia włoska. Wybór artykułów z Biuletynu Informacyjnego „Polonia Włoska” z lat 1995-2009. Wybór i opracowanie tekstów E. Prządka, A. Kwiatkowska. Związek Polaków we Włoszech, Fundacja Rzymska im. J. Z. Umiastowskiej, Rzym 2010, ss. 540. To prawdziwa skarbnica wiedzy na temat polskiego życia we Włoszech.
2J. Mikołajewski: Nowy serial „Polacy w Rzymie i Watykanie”. http://wyborcza.pl/ (08.12.2014).
3Polonia włoska..., dz. cyt., s. 400. Podczas spotkania udało nam się zmobilizować Martę Czok do przyśpieszenia prac nad spisaniem wspomnień. Ich fragmenty ukażą się niebawem w „Akcencie”.
4Przed śmiercią Igor Mitoraj zdążył jeszcze przeczytać przesłany mu pocztą elektroniczną szkic o swym dorobku artystycznym pióra Lechosława Lameńskiego, który później opublikowaliśmy w „Akcencie” nr 4 z 2014 roku. Na okładce tego numeru zaprezentowaliśmy wykonaną przez nas fotografię ukazującą fragment zaprojektowanych przez Mitoraja wrót do bazyliki Santa Maria degli Angeli e dei Martiri w Rzymie.
5Pisała o nich Ewa Prządka w „Akcencie” nr 3 z 2014 roku.
6C. K. Norwid: Promethidion (w:) Poezje, Kraków 2008, s. 211.
Font Resize
Contrast