ABP Józef Życiński. Z prowincji w świat

Spis treści numeru 2/2006

Z prowincji w świat

 

Podczas biskupich wyjazdów na głuchą prowincję moją szczególną radość stanowią spotkania z pokoleniem współczesnych siłaczek. Nie ma powodów, by optymistycznie oczekiwać, że dostrzeże je jakiś współczesny Żeromski, gdyż uwaga twórców kierowana jest obecnie w stronę zgoła odmiennych bohaterów. Siłaczki nie tęsknią zresztą za medialnym zainteresowaniem. Robią to, co do nich należy, nie czekając ani na oklaski, ani na możliwość przyśpieszonego sukcesu w dziedzinie politycznych awansów. Najczęściej spotykam je wśród nauczycielek, które traktują swój zawód jako powołanie. Ich styl wnosi iskrę nadziei w pejzaż prowincji naznaczony zmęczeniem i biedą. Styl ten ma piękną tradycję utrwaloną nie tylko w literaturze, lecz również w biografiach osób, które wpisały się w polską kulturę swym otwarciem na wartości etyczne i intelektualne. Tak mocno kontrastuje on ze stylem współczesnych nowobogackich żądnych natychmiastowego sukcesu za wszelką cenę.

Na szlaku z Lublina do Chełma znajduje się miejscowość Kanie, w której w rodzinnym majątku księcia Mieczysława Woronieckiego uczył się podstawowych prawd o życiu późniejszy rektor KUL. Podczas chrztu w katedrze lubelskiej 31 XII 1878 r., rodzice wybrali dla niego aż pięć imion – Adam, Marian, Tomasz, Pius i Leon. Kiedy młody Adam powędrował z Kaniego w świat, w słonecznej Italii po wstąpieniu do dominikanów w San Domenico da Fiesole otrzymał za patrona św. Jacka. Wyrazem oceny jego życiowych wędrówek i intelektualnych szlaków jest trwający obecnie proces beatyfikacyjny. Świadczy on wymownie, jak w długofalowym oddziaływaniu potrafimy cenić tych rodaków, którzy nie usiłowali robić kariery instant, płacąc cenę braku zasad.

Jakie wartości przekazywali rodzice, Mieczysław i Maria z Drohojowskich, ósemce dzieci, na przełomie XIX i XX wieku, gdy trzeba było jeszcze cierpliwie czekać na realizację marzeń o wolnej Polsce? O tym, jak wielką wagę przywiązywali do wartości religijnych, mówią świadectwa wskazujące, iż w jednym z pałacowych salonów ukryty był ołtarz, przy którym w dni świąteczne sprawowano Mszę świętą dla unitów z pobliskich wiosek. Liturgia ta miała jednoznaczną wymowę, w okresie rusyfikacji idącej w parze z działaniami władz skierowanymi przeciw wiernym z Kościoła greckokatolickiego.

Inny ważny kierunek działania państwa Woronieckich wyznaczała ich troska o intelektualną formację dzieci. Późniejszy rektor KUL po ukończeniu gimnazjum w Warszawie podjął studia na Uniwersytecie Katolickim we Fryburgu w Szwajcarii. Tam uzyskał dwa licencjaty – z nauk przyrodniczych i z teologii. Tam również uczestniczył w wykładach z literatury francuskiej i niemieckiej. Nie obawiał się, że kontakt z kulturą Zachodu zniszczy jego polską tożsamość albo osłabi wiarę. Zaraz po powrocie do Polski przyjął – w 1906 r. – święcenia kapłańskie jako student Diecezjalnego Seminarium Duchownego w Lublinie.

Miał 40 lat, gdy wybuchła wolność i gdy z całą mocą powróciło pytanie, w jaki sposób najlepiej służyć wyzwolonej Ojczyźnie. Można by pytać, co pozostałoby z duchowego dziedzictwa o. Jacka, gdyby włączył się wówczas w partyjne spory między endecją i piłsudczykami lub gdyby próbował doszukiwać się patriotycznych motywów w działaniach środowisk, które usiłowały usprawiedliwiać zabójstwo prezydenta Gabriela Narutowicza. Podobne domysły nabierają surrealistycznego charakteru, gdyż o. Woroniecki poszukiwał wielkiej odnowy w Chrystusie nie na poziomie partyjnej retoryki, lecz w formacji katolickich elit intelektualnych.

Doskonale rozumiał poglądy ks. Idziego Radziszewskiego, iż Polsce potrzebny jest uniwersytet katolicki, który będzie przygotowywał elity odpowiedzialne za przyszły kształt instytucji społecznych i polskiej kultury. Zanim sam podjął kolejno obowiązki współorganizatora, rektora i dziekana Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, poświęcał cały swój czas formacji młodzieży, która potrafiłaby łączyć duchowość Ewangelii z otwarciem na nowe wyzwania intelektualne XX stulecia. W swych lubelskich latach czynił to prowadząc wykłady w Diecezjalnym Seminarium Duchownym, katechizując w gimnazjum im. Stefana Batorego, dojeżdżając z wykładami do dominikańskich ośrodków zakonnych w Krakowie, Warszawie i Lwowie.

Szlak akademickiej posługi poprowadził go po latach znowu w stronę szwajcarskiego Fryburga i rzymskiego Angelicum. Jego intelektualna odwaga znajdowała wyraz w przezwyciężaniu uproszczonych schematów, w których przeciwstawiano refleksję modlitwie, intelektualizm – uczuciom. Podważając bezpodstawne opozycje, o. Jacek uczył, jak kształtować sensus Catholicus obejmując modlitwą zarówno naszą racjonalną refleksję, jak i sferę twórczego działania. Z okresu pracy naukowej w środowisku KUL pochodzą jego ważne rozprawy: „Królewskie kapłaństwo” (1919), „Metoda i program nauczania teologii moralnej” (1922), „Katolickość tomizmu” (1924), „Pełnia modlitwy” (1924), „Katolicka etyka wychowawcza” (1925).

Potrafił szukać twórczej i trudnej integracji tam, gdzie inni wolą mówić prostym językiem przeciwstawień. Uczył, jak wznosić się ponad konflikty tam, gdzie inni cenili walkę i wybierali łatwą negację. Wyprzedzał swą epokę i potrafił okazywać intelektualną odwagę wówczas, gdy inni nie umieli wyzwolić się z małostkowych sporów. Pisał całym swym życiem świadectwo samotniczych poszukiwań, które wychodziły daleko poza oczekiwania i ambicje bliskiego mu środowiska. Przez 12 lat jego życia Lublin i w szczególności KUL stanowiły najbliższe środowisko jego działań. Niewielka miejscowość Kanie usytuowana w sercu prowincji okazała się środowiskiem kształtującym postawę dojrzałego otwarcia na świat. Można sobie życzyć, by znamienna zarówno dla tej postawy, jak i dla stylu polskich siłaczek mądrość i rozwaga promieniowały duchowo na obecne środowiska skłócone w absurdalnych licytacjach, w których z patosem powtarza się slogany o miłości do Boga i Ojczyzny.