István Kovács. Historia na stadionie futbolowym

Spis treści numeru 2/2009

Historia na stadionie futbolowym

 

W maju 1976 roku przemierzałem z Sándorem Csoórim i Sándorem Sarą góry, doliny, górskie drogi i ścieżki, mostki nad potokami i skalne rzęsy „morskich oczu” w Tatrzańskim Parku Narodowym w poszukiwaniu miejsc do realizacji naszego filmu 80 huzarów. Jako niedoświadczony alpinista amator dostałem udaru słonecznego i wieczorem, szczękając zębami, kręciłem się po Hotelu Kasprowym. Przedstawicielstwo Orbisu w Budapeszcie umacniało w nas zaufanie do tego właśnie hotelu, podkreślając, że został zbudowany przez Jugosłowian. W tej części Europy stanowili oni wówczas wzór do naśladowania, zarówno „na odcinku” wolności, jak i wiarygodności.
Ze wstrząsanego dreszczami snu wybudził mnie o północy telefon od Sándora Sáry. Mam zejść do poczekalni w holu, bo tam jest Andrzej Wajda i potrzebuje tłumacza. Wedle naszych ówczesnych wyobrażeń, planowany film miał powstać we współpracy z kierowanym przez Wajdę zespołem filmowym „Tor”. O warunkach i szczegółach tej współpracy debatowaliśmy tamtej nocy, napomykając przy tym również o scenariuszu. Od chwili gdy wiosną 1962 roku obejrzałem w budapesztańskim Teatrze Uniwersyteckim Popiół i diament, Wajda był moim ideałem. Dzieło to, prawie nieobecne w węgierskich kinach, które można było zobaczyć dopiero trzy-cztery lata po premierze, przy okazji jakichś nieoficjalnych projekcji, było dla mnie, zważywszy wpływ, jaki wywarło na kształtowanie się mojej osobowości, najważniejszym filmem wszystkich czasów. Rozmawiając z Wajdą, zdawałem się widzieć w głębi przy bufecie postacie Maćka i Andrzeja, jak krążą między płonącymi szklankami z wódką, co było dla mnie symbolicznym obrazem młodości rzuconej na pastwę historii. Nasz film, 80 huzarów, miał mówić o tym samym: o młodzieży, która gotowa była poświęcić swą młodość na ołtarzu wolności zarówno w 1848, jak potem w 1956 roku.
Rozmowa trwała godzinę. Ten i ów udał się tymczasem na spoczynek w pogrążonym w ciszy hotelu. Gorączka, której nabawiłem się w następstwie udaru, przeminęła. Po tym spotkaniu poszedłem spać lekki jak piórko, w każdym razie uzdrowiony.
Podobnego, unoszącego nad ziemią wrażenia doświadczyłem dokładnie dziesięć lat wcześniej, także w maju. Otóż ostatniego dnia kwietnia 1966 roku dobiegał końca mój nadzwyczajny pobyt stypendialny na Uniwersytecie Warszawskim; stypendium to otrzymałem na jeden semestr od przewodniczącego Polskiego Komitetu Olimpijskiego. Na początku maja już powinienem być w domu, aby zebrać wszystkie podpisy i zaliczenia dopuszczające do sesji egzaminacyjnej na studiowanych przeze mnie kierunkach: polonistyce i historii… Tymczasem jednak pojawiła się okazja, bym pożegnał się z Polską doprawdy niecodziennym dokonaniem. 3 maja węgierska reprezentacja piłkarska rozgrywała z Polakami mecz towarzyski i chciałem za wszelką cenę wystąpić w roli tłumacza naszej drużyny. Aby to sobie zapewnić, odpowiednio wcześniej, już w pierwszych dniach kwietnia, zameldowałem się w Polskim Związku Piłki Nożnej, polecając swe usługi. Ustaliliśmy warunki. Do tamtej pory sądziłem, że coś takiego ma miejsce tylko w przypadkach poddania zamku albo złożenia broni…
Czułem, że czekają mnie niezwykłe czasy, ale to, że – historycznie rzecz ujmując – takie były również miesiące, które wcześniej w Polsce spędziłem, uświadomiłem sobie dopiero znacznie później. Mówiąc szczerze, mało w gruncie rzeczy wyczuwałem z owego napięcia politycznego, jakie przeniknęło Polskę w pierwszych miesiącach 1966 roku. Cóż tak bulwersującego miało być w fakcie, że wyszydzano pierwszego człowieka partii, Władysława Gomułkę, a chwalono pierwszego człowieka Kościoła katolickiego, Stefana Wyszyńskiego? Również w miejscach publicznych. Odwagę, otwartość, zdolność do jawnego wygłaszania poglądów uważałem za naturalne cechy Polaków. Ojciec jednego z moich warszawskich przyjaciół, studenta ASP, główny budowniczy którejś ze śródmiejskich dzielnic, u którego mieszkałem w czasie pierwszych miesięcy mego „prywatnego” stypendium, tłumaczył mi starannie i szczegółowo, z wielką dbałością o to, bym go mimo kiepskiej jeszcze polszczyzny dokładnie zrozumiał, że komunista to synonim rabusia, który z rewolwerem w ręku zmusza cię do oddania wszystkich kosztowności. W czerwcu, gdy przygotowywałem się do egzaminu z materializmu historycznego, zdanie to brzęczało mi w uszach bez przerwy.
Wiosną w Polsce, gdziekolwiek bym był, wszędzie biły w oczy takie same – w treści i formie – plakaty. Widniały na nich ruiny Warszawy pod gradem bomb z liter, składających się na powtarzane bez końca zdanie: 6 025 000 polskich ofiar – nigdy nie wybaczymy! Oczywiście, wiedziałem, o czym mowa, choć nie tak dokładnie, jak później. Kraj od lat przygotowywał się do obchodów tysięcznej rocznicy utworzenia państwa polskiego. Symboliczne powstanie państwa wiąże się z przyjęciem chrześcijaństwa w 966 roku. Kierownictwo partyjne akcentowało państwotwórcze aspekty tej daty, podczas gdy Kościół katolicki widział w niej przede wszystkim symboliczny znak chrztu Polski, aktu o decydującym wpływie na przyszłe losy kraju. Przy okazji można było głosić, że już u samego zarania dziejów polskiej państwowości młode księstwo słowiańskie zagrożone było agresją ze strony Cesarstwa Niemiecko-Rzymskiego. Ale można też było przywoływać okoliczność, że trzy lata po męczeńskiej śmierci (997) biskupa Wojciecha, natychmiast kanonizowanego i niezmiernie popularnego w całej Europie, do jego gnieźnieńskiego grobu przybył z pielgrzymką cesarz Otto III, który potem – jak przypuszczają niektórzy historycy – wyznaczył polskiego księcia Bolesława Chrobrego na swego następcę na tronie cesarskim.
Z okazji obchodów milenijnych władze PRL-u zamierzały zbudować „tysiąc szkół na tysiąclecie”, co zresztą obwieszczały niezliczone plakaty. Kościół z kolei planował ponoć, choć już bez akcji plakatowej, budowę tysiąca świątyń. Kierownictwo partyjne, które dziwnym sposobem stawało się tym bardziej zadufane i nieskore do dialogu, im bardziej pogarszała się sytuacja gospodarcza i społeczna, zareagowało alergicznie na tę nieoczekiwaną rywalizację. Wszelkie uroczystości kościelne, gromadzące olbrzymie rzesze ludności, były przez władze państwowe traktowane jako demonstracje przeciw ustrojowi i swego rodzaju wyzwanie, na które trzeba odpowiedzieć. Taka postawa skazywała komunistów na kolejne porażki. W tradycyjnych trwających wiele dni pielgrzymkach religijnych uczestniczyło w sumie więcej ludzi (w dodatku z własnej woli) aniżeli w kilkugodzinnych pochodach pierwszomajowych bądź w uroczystościach komunistycznego święta 22 lipca, które faktycznie upamiętniało sowietyzację kraju. Dodajmy, że po 1945 roku wykreślono z kalendarza polskie święto narodowe, które swą patriotyczną uczuciowością oraz symboliką przypominało węgierskie święto 15 marca, a obchodzone było 3 maja, w rocznicę uchwalenia w 1791 roku sławnej konstytucji, dzieła Sejmu Wielkiego, będącej ukoronowaniem oświeceniowych reform w Polsce. W 1966 roku władze PRL-u programowo połączyły obchody międzynarodowego święta robotniczego ze świętem upamiętniającym powstanie państwa polskiego. Kościół natomiast chciał zwieńczyć uroczystości milenijne planowaną na 3 maja pielgrzymką na Jasną Górę. Na to święto kościelno-narodowe – od długiego już czasu organizowane i projektowane – episkopat polski, biorący akurat udział w soborze watykańskim II, zaprosił, w liście z 18 listopada 1965 roku, „katolickich pasterzy narodu niemieckiego”. W liście tym znalazło się słynne zdanie „przebaczamy i prosimy o przebaczenie”, na które polskie władze państwowe i partyjne odpowiedziały, posługując się całym arsenałem instrumentów propagandowych i podkreślając, iż Niemcy nie mają czego Polakom wybaczać. Polacy bowiem nie popełnili wobec nich żadnej zbrodni. Kościół bronił się, że inkryminowane sformułowanie ma znaczenie religijne i dodawał: Chcieliśmy im powiedzieć, że jeśli po tysiącu lat, dla nas przeważnie ciężkich i przykrych, mamy żyć jako sąsiedzi, może się to stać jedynie na drodze wzajemnego zrozumienia, zawartego nie tylko w kodeksach, ale przede wszystkim w sumieniu i duszy narodów, zwłaszcza tych, co należą do Kościoła katolickiego. (…) Jesteśmy przekonani, że jako naród nie wyrządziliśmy przez wieki narodowi niemieckiemu krzywd politycznych, gospodarczych i kulturalnych. Ale też wyznajemy chrześcijańską zasadę, tak podkreślaną ostatnio również w niektórych dziełach literatury, że „nie ma ludzi niewinnych” (Albert Camus). Jesteśmy przekonani, że gdyby nawet tylko jeden Polak okazał się człowiekiem niegodnym, gdyby nawet tylko jeden w ciągu historii spełnił czyn niegodny, już mielibyśmy powód do wyrażenia: „przepraszamy”, jeżeli chcemy być narodem ludzi szlachetnych i wielkodusznych, narodem lepszej przyszłości.
Władze państwowe nie zezwoliły na przyjazd niemieckiej delegacji kościelnej, odrzuciły też – po pewnych przepychankach – propozycję złożoną przez Watykan, by z okazji uroczystości milenijnych przybył do Polski papież Paweł VI. Centralne uroczystości kościelne odbyły się, oczywiście, mimo wspomnianych zawirowań, na Jasnej Górze pod przewodnictwem prymasa Stefana Wyszyńskiego i biskupa krakowskiego Karola Wojtyły. Resort spraw wewnętrznych zorganizował wiele kontrakcji. Jedna z nich miała kryptonim „Pleban”. Ustalano, kto spośród duchowieństwa zgadzał się z listem do biskupów niemieckich, a kogo – jako dobrego patriotę – list ów oburzał.
Do owych kontrdziałań władz komunistycznych należała również inicjatywa w sprawie meczu piłkarskiego Polska – Węgry. Otóż wedle pierwotnych ustaleń miał on się odbyć w terminie późniejszym i to w Budapeszcie, jednakże na prośbę Polaków (przekazaną z najwyższych szczebli władzy) rozegrano go 3 maja na znajdującym się 70 kilometrów od Częstochowy Stadionie Śląskim w Chorzowie. Ten wir skomplikowanych wydarzeń politycznych był źródłem najciekawszego doświadczenia osobistego w moim ówczesnym życiu; nawiązałem bliskie kontakty z ostatnią wielką drużyną piłkarską w dziejach futbolu węgierskiego i przez pewien czas mogłem w jakiś sposób uczestniczyć w jej codziennych zajęciach.
Reprezentacja Węgier przyleciała na podkrakowskie lotnisko w Balicach. W towarzystwie przedstawicieli Polskiego Związku Piłki Nożnej oraz oficjeli z Urzędu Wojewódzkiego w Katowicach czekałem na tę wielką, oddziałującą z mocą iluminacji, chwilę… Kiedy zobaczę z bliska piłkarzy i… będę mógł ich zagadnąć!? Moje głębokie przejęcie zawierało ślad hołdu, jaki żywiłem do skazanych na dysydencki los członków „złotej jedenastki”: do Puskása, Kocsisa i Czibora, ale tak naprawdę fascynowali mnie legendarni gracze nowej drużyny: Albert, Göröcs, Tichy, Sándor Csikar i Zolí Varga. Rola pośrednika językowego zdecydowanie pomaga w zawieraniu znajomości. Trochę blasku zawsze pada na tłumacza. Także moje starania od razu przyniosły mi sukces. Otóż jeden z futbolistów po obowiązkowym zwiedzaniu miasta, widząc, jak bardzo się chciałem wykazać, zwrócił się do mnie z następującymi słowy: Dobry jesteś. Kiedyś w Hiszpanii nasz tłumacz kwitował pięciominutowe opowieści pełnego entuzjazmu przewodnika krótkim podsumowaniem: „Ten stary głupek powiedział, że ulica jest piękna, że dom jest wielki, że świeci słońce itp.”
Poczytywałem sobie za zaszczyt, że podróż z Krakowa do Katowic spędziłem na rozmowie z selekcjonerem naszej reprezentacji Lajosem Barótim. Od pierwszej chwili żywiłem doń zaufanie. Oprócz naturalnej uprzejmości i powagi miał w sobie coś z dawnych nauczycieli łaciny i greki, którzy po 1949 roku musieli przekwalifikować się na matematyków. Zakwaterowano nas w zbudowanym podówczas gigantycznym hotelu Katowice. Jako kibic Újpestu, szukałem w wolnym czasie przede wszystkim towarzystwa Göröcsa, Bene, Káposzty, Szentmihálya i Sóváriego, ale najsympatyczniejszy wydał mi się Zoltán Varga.
Dwaj najwyżsi rangą przedstawiciele Węgierskiego Związku Piłki Nożnej podczas spotkania z wojewodą katowickim opowiadali o swych przeżyciach, związanych z udziałem w ruchu robotniczym. Zapamiętałem z tych opowieści, że któryś z nich, kiedy naziści przyszli przeszukać mu mieszkanie, uciekał przed nimi, schodząc w rozkroku z piątego piętra po pokrytych pajęczyną ścianach lichthofu. Potrafiłem sobie wyobrazić człowieka w rozkroku, ponieważ widziałem kiedyś rysunki Beli Uitza z jego komiksowej serii Generał Ludd. Zdawałem sobie sprawę, że taka postawa może niekiedy uratować życie. Ale smak wódki, którą wtedy piliśmy, mimo wszystko lepiej wrył mi się w pamięć. Może dlatego, że o podobnych lichthofowych historiach czytałem już przedtem w jakiejś tandetnej powieści kryminalnej. (…)