Edward Zyman. „Szukałem szczęścia po świecie, które było we mnie”. Wacław Iwaniuk (1912-2001)

Spis treści numeru 3/2002

„Szukałem szczęścia po świecie, które było we mnie”

Wacław Iwaniuk (1912-2001)

 

 Wacław Iwaniuk (1912-2001)

Wacław Iwaniuk (1912-2001)

4 stycznia 2001 r. w nocy, w North General Hospital w Toronto, zmarł Wacław Iwaniuk – wybitny poeta, tłumacz, krytyk i eseista. Z każdym dniem zwalniam kroku, pisał w jednym ze swoich ostatnich wierszy. I tak było w istocie. Od kilku już lat ze ściśniętym sercem obserwowaliśmy zmagania pisarza z bezwzględnym wyrokiem losu. Kolejne, powtarzające się wylewy pozbawiały Go stopniowo tego, co było dlań głównym sensem egzystencji: twórczej aktywności. Odchodził na naszych oczach. Kurczył się gwałtownie obszar jego świadomej percepcji słów i zdarzeń. Coraz mniej sygnałów z zewnątrz poruszało Jego wymęczony chorobą umysł. Początkowo próbował z tym walczyć. Po każdorazowej rekonwalescencji siadał za biurkiem i kładąc przed sobą białą kartkę papieru starał się tworzyć nowe wiersze. Były to jednak wysiłki daremne. Rok po roku, miesiąc po miesiącu, a ostatnio dzień po dniu czy nawet godzina po godzinie opuszczał świat, który jeszcze niedawno wyzwalał w nim tak wiele emocji. Z którym prowadził poetycki dialog, zajmując stanowisko wobec najważniejszych problemów i wyborów człowieka żyjącego w dramatycznym XX wieku.

Urodził się 17 grudnia 1912 r. w Chojnie Starym, w parafii Siedliszcze, 50 kilometrów od Lublina. W pobliskim Chełmie, na łamach młodzieżowego pisma „Spójnia”, opublikował swój pierwszy wiersz Śmierć. Po ukończeniu szkoły średniej przeniósł się do Warszawy. Przez pewien czas mieszkał (wraz ze S. Piętakiem i H. Domińskim) u słynnej Rózi przy ulicy Dobrej 9, co znajdzie wielorakie odbicie w Jego późniejszej twórczości. W Warszawie zbliżył się z Czechowiczem, pozostając w początkowym okresie pod silnym urokiem jego poezji. Debiutował w 1936 roku dobrze przez krytykę przyjętym poematem Pełnia czerwca, który ukazał się w Bibliotece Grupy Literackiej „Wołyń”. Przed wojną wydał jeszcze u Hoesicka Dzień apokaliptyczny (1938), arkusz poetycki pod redakcją Józefa Czechowicza, ale pełnię swego talentu ujawnił dopiero w latach późniejszych, które spędził na emigracji, dzieląc los swego dramatycznego pokolenia.

Po wybuchu II wojny światowej opuścił Argentynę, gdzie odbywał praktykę konsularną jako stypendysta Funduszu Kultury Narodowej i przybywszy w grudniu 1939 r. do Francji, zgłosił się na ochotnika do tworzącej się tam Armii Polskiej. Jako żołnierz Samodzielnej Brygady Strzelców Podhalańskich brał udział m.in. w bitwie o Narwik. Po kapitulacji Francji usiłował przedostać się przez Hiszpanię do Wielkiej Brytanii. Aresztowany przez hiszpańską żandarmerię, został osadzony w więzieniu w Figueras, a następnie w obozie koncentracyjnym w Miranda de Ebro. Po udanej ucieczce dotarł do Anglii. Tu wstąpiwszy do 1. Dywizji gen. Stanisława Maczka, odbył wraz z nią szlak bojowy przez Francję, Belgię, Holandię i Niemcy. Za udział w walkach pod Falaise otrzymał Krzyż Walecznych. Do 1946 roku przebywa w Niemczech, a następnie wraca do Anglii, skąd w dwa lata później wyjeżdża do Kanady. Początkowo zatrzymuje się u rodziny pod Edmonton, po czym przenosi się do Toronto. W pierwszym okresie podejmuje tu pracę w rzeźni, a następnie przez wiele lat pracuje w Ministerstwie Sprawiedliwości rządu prowincji Ontario i jako tłumacz przysięgły w sądzie.

Jest autorem ponad dwudziestu tomów wierszy (m.in. Milczenia, Wybór wierszy, Ciemny czas, Lustro, Nemezis idzie pustymi drogami, Evening on Lake Ontario, Nocne rozmowy, Moje strony świata) oraz wyborów wierszy (Kartagina i inne wiersze, Powrót, Zanim znikniemy w opactwie kolorów, Wiersze wybrane). Zajmował się także działalnością translatorską. Jest autorem Najmniejszej antologii, zawierającej wybór przekładów wierszy współczesnych poetów amerykańskich (Gertruda Stein, Wallace Stevens, Conrad Aiken, E. E.Cummings, Robert Penn Warren, Wystan Hugh Auden, Theodore Roethke, Karl Shapiro, Sylvia Plath i inni) oraz licznych przekładów czekających na wydawcę. Laureat wielu nagród, m.in. im. T. Sułkowskiego, „Roju” (Roy Publishers) za przekłady wierszy E. Dickinson, „Kultury”, „Wiadomości”, Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie, Fundacji im. A. Mickiewicza, Alfreda Jurzykowskiego, im. Kościelskich oraz Wł. i N. Turzańskich. W swej bogatej biografii twórcy i animatora kultury był członkiem komitetu doradczego nagród Fundacji Jurzykowskiego, jury londyńskich „Wiadomości” i Pen Clubu kanadyjskiego, współtwórcą torontońskiej Konfraterni Artystycznej „Smocza Jama” i Polskiego Funduszu Wydawniczego w Kanadzie, którego był wieloletnim prezesem i do ostatniej chwili – członkiem zarządu.

Przypominam tę niezbędną garść faktów, by przybliżyć sylwetkę twórcy i człowieka, dla którego „czyn ważniejszy był od kontemplacji poetyckiej”. Wacław Iwaniuk był chory na Polskę. Zrealizowany przed kilkoma laty krótki film dokumentalny, poświęcony Jego życiu i twórczości, opatrzyłem tytułem Mój dom jest małą Polską. Dla nas, obecnych na planie przyjaciół i współpracowników Wacława, wypowiedziane przezeń słowa były czymś w pełni zrozumiałym i oczywistym. Każdy, najdrobniejszy nawet element wystroju wnętrza znanego nam domu przy 263 Keewatin Ave. w Toronto zasadność tych słów potwierdzał i uwierzytelniał. Myślę tu o imponującej, liczącej kilka tysięcy tomów bibliotece, którą zachwycić się mógł najbardziej wytrawny znawca i miłośnik literatury polskiej i światowej, dziełach sztuki (Czapski, Lebenstein, Sadowska, Schneider, Głaz, Nikifor, Koniuszy), przebogatym archiwum, w którym znaleźć można było prawdziwe skarby w postaci korespondencji Kazimierza Wierzyńskiego, Józefa Witlina, Aleksandra Janty, Jerzego Giedroycia, Pawła Mayewskiego i wielu innych. Może jednak najbardziej na ową „małą Polskę”, przeżywaną niezwykle intensywnie i żarliwie, składała się wyjątkowa, trudna do wyrażenia atmosfera – serdeczna i przyjazna, otwarta na wszelkie nowinki z Polski, ale także – czy przede wszystkim – na głębokie, nie wolne od sporów i kontrowersji rozmowy o polskiej literaturze, krajowym i emigracyjnym życiu artystycznym, o poszczególnych twórcach oraz ich wyborach politycznych i ideowych.

Autora Ciemnego czasu prof. Janusz Kryszak nazwał „bezkompromisowym strażnikiem wartości uznanych za fundament ideowo-etyczny emigracji niepodległościowej”, prowadzącym „uparty spór z komunizmem, brakiem wolności i całym pojałtańskim porządkiem w Europie”. Postawa ta przesądziła o tym, że twórczość Wacława Iwaniuka przez długie dziesięciolecia nie miała dostępu do krajowego czytelnika. Znali ją tylko nieliczni krytycy, przyjaciele z czasów przedwojennych, z którymi utrzymywał stały kontakt korespondencyjny, oraz badacze mający dostęp do wydawnictw emigracyjnych. Pierwszym tomem, który przypomniał (po blisko półwiecznej nieobecności) poetę odbiorcy krajowemu, był wydany w roku 1987 przez podziemną oficynę Wolna Spółka Wydawnicza Komitywa autorski wybór Kartagina i inne wiersze. Dopiero potem ukazały się kolejne tomy w renomowanych wydawnictwach: Powrót (Więź, 1989), Zanim znikniemy w opactwie kolorów (Wydawnictwo Literackie,1991) i Moje obłąkanie (Stowarzyszenie Literackie Kresy, 1991).

Wątek polityczny, przewijający się przez wszystkie powstałe na obczyźnie zbiory, dyskurs o Polsce i polskości, powinnościach pisarza i odpowiedzialności intelektualisty to ważny, ale nie jedyny obszar problemów tej inspirującej, wciąż czekającej na pełniejszy opis krytyczny, poezji. Iwaniuk był zawsze wrażliwym na egzystencjalne niuanse lirykiem. I o tym wcieleniu Poety mówi najpełniej Jego ostatni tom W ogrodzie mego ojca. Wiersze z lat 1993-1996. Jak słusznie zauważa autor wstępu Janusz Kryszak, poeta odbywa w nim imaginacyjną wędrówkę do kraju lat dzieciństwa, do pierwszych odczuć i wrażeń, zapamiętanych sytuacji, krajobrazów rodzinnej Lubelszczyzny. Ów powrót nie jest tylko poetycką projekcją dojmującej tęsknoty sędziwego autora do stron rodzinnych. Słusznie podkreśla przywołany krytyk, że to, co jawi się być tylko poetyckim powrotem do pierwszych obrazów jednostkowego losu, jeszcze jedną wersją emigracyjnej nostalgii, w gruncie rzeczy zawiera w sobie sensy znacznie bogatsze, bo uniwersalizujące przywołaną konkretność świata pamięci. Tytułowy „ogród ojca” w równej mierze bowiem lokalizuje się w geograficznej przestrzeni Lubelszczyzny, jak i w duchowej przestrzeni wyznaczonej pamięcią przekazu biblijnego: pamięciowy konkret służy symbolicznej transformacji rzeczywistości, odsłania wymiar eschatologiczny.

W jesieni życia, jakby przewidując jego kres, Wacław Iwaniuk sporządza poetycki bilans swej ziemskiej wędrówki. Jest to bilans Twórcy i Człowieka. Po latach „pisania o innych”, pisze w swym ostatnim tomie o sobie, starając się odpowiedzieć na najbardziej podstawowe pytania: jaki jest sens pisarskiej profesji, egzystencji w ogóle?

W sposób widoczny zmienił się nie tylko świat Jego poetyckich poszukiwań, istotnym przeobrażeniom uległa również sama struktura wiersza, język lirycznej wypowiedzi. Rozlewna, dyskursywna fraza poprzednich zbiorów w Ogrodzie… przybiera postać zwięzłych not, komunikatów, suchego rejestru biograficznych faktów i zdarzeń, nazwisk i dat. Poeta szuka zdań, które byłyby moim wizerunkiem. Stąd owo uważne przyglądanie się przeszości, przywoływanie (niekiedy wielokrotne) pewnych epizodów, głównie z czasów wojny. Ascezę przekazu, wyzbytego wszelkich wyznaczników poetyckich, ilustrują w sposób niezwykle sugestywny wiersze Byłem, Podróż do konsulatu polskiego w Kurytybie, Ciemne oczy Rózi, Letni wieczór nad jeziorem Huron w lipcu 1993 roku, Dużo kiedyś podróżowałem i wiele innych. W wierszu Moje życie nie było łatwe dokona dramatycznego wyznania:

Gdy śpię jestem w kraju
gdy się budzę
Jestem na emigracji.

W ten sposób tom W ogrodzie mego ojca, najbardziej osobista spośród książek Wacława Iwaniuka, staje się swoistym, utkanym z egzystencjalnych doświadczeń życiorysem, którego pointę znajdziemy w zamykającym książkę Wierszu dla samego siebie:

Szukałem szczęścia po świecie które było we mnie.
Podróżowałem z kraju do kraju zamiast mieszkać w domu.

Doświadczenie Poety, zatoczywszy wyznaczone przez upływ czasu i nawarstwiającą się fakturę zdarzeń koło, wróciło do punktu wyjścia, gdzie z równą jak kiedyś, na początku, mocą jawią się pytania o sens i cel naszej ziemskiej peregrynacji.

Wacław był dla mnie szczególnie bliską i ważną osobą. Piszę te słowa z poczuciem winy, że nie potrafiłem uczynić wszystkiego, by w trudnych, ostatnich dlań chwilach być dostatecznie często obok Niego. Miałem wszakże świadomość, że jest otoczony troskliwą opieką swego serdecznego przyjaciela Johna Halla. Ostatni raz w domu przy 263 Keewatin Avenue spotkaliśmy się we wrześniu 2000 roku. Był już bardzo ciężko chory i gasł w oczach. Odwiedziłem Go wówczas w towarzystwie przebywającej w Toronto naszej wspólnej znajomej, którą darzył wielką sympatią, Anny Lubicz Łuby i Jego najwierniejszego druha Henryka Wójcika. Odnieśliśmy wrażenie, że nasza wizyta sprawiła Mu szczerą radość. Potem było już tylko pożegnanie, gdy w czwartek 4 stycznia 2001 (jak się okazało, w ostatnim dniu Jego życia) późnym popołudniem stanęliśmy wraz z Henrykiem i Adamem Tomaszewskim bezradni przy szpitalnym łóżku Poety. Był nieprzytomny. Podłączony do specjalnej aparatury, oddychający z trudnością, nie słyszał naszych głosów. Byliśmy tam jednak przez chwilę z iskierką nadziei, że czuje naszą obecność. Nieco wcześniej odwiedził Go John, który kilka godzin później otrzymał oficjalną wiadomość o śmierci Wacława.

Od ponad półwiecza, choć zawsze samotny, żył wśród nas, będąc jedną z najważniejszych postaci polskiego życia kulturalnego w Toronto, jego współtwórcą i mądrym inspiratorem. Był człowiekiem i twórcą wielkiego autorytetu, nie znającym kompromisu wobec wewnętrznej prawdy, której pozostał wierny do końca. Do końca też kronikarz/ Czasu popiołów/ Podróżny lądów i epok (to z wiersza Marka Kusiby Iwaniuk) – pisał młodzieńcze wiersze. Niezwykle wymagający wobec siebie, z radością witał każdy nowy talent, wspierając swą wiedzą i życzliwością młodszych autorów. Czujemy się wraz z moimi przyjaciółmi z Polskiego Funduszu Wydawniczego, którego członkiem zarządu pozostawał do ostatniej chwili, wyróżnieni tym, że mieliśmy szczęście spotkać Go na naszym emigracyjnym szlaku.