Jerzy Święch. Pomyślane przelotem

Spis treści numeru 3/2002

Pomyślane przelotem

 

Wybierając się na parę dni do Kanady, nawet nie myślałem, że uda mi się „sprawdzić” w tak krótkim czasie – wystarczającym być może dla spragnionego przelotnych wrażeń turysty, ale przecież nie z takim chciałem się w tej podróży w pełni identyfikować – cokolwiek z dotychczasowych wyobrażeń na temat kanadyjskiej „Polonii”. Słowo to, będące jak wiadomo wymysłem komunistycznej propagandy, wznoszącej wbrew kłamliwym zapewnieniom o szczerej woli władz „budowania mostów” między krajem a emigracją mur, który dopiero wraz z upadkiem jedynie słusznego ustroju został zlikwidowany, wydawało się jednak w stosunku do kraju, którego dziwy i uroki otwierał kiedyś przed wyobraźnią małego chłopca Arkady Fiedler, nie pozbawione przecież pewnego sensu. Kanada zawsze łudziła pewną egzotyką, pozornym oderwaniem miejscowej „Polonii” już nie tylko od kraju, ale też i innych środowisk polskich za granicą, mając zwłaszcza pod bokiem Amerykę, drugą Polskę, gdzie procent Polaków różnej maści bił na głowę odsetek emigrantów we wszystkich innych krajach. Mimo upływu czasu i widocznych nawet dla niewprawnego oka zmian, jakie zaszły po wojnie w dziejach kanadyjskiej „Polonii” wyobrażenia na temat jej odrębności przetrwały do dziś i wyzierają ze wszystkich kątów. To właśnie miałem nadzieję „sprawdzić”, mając na uwadze utwory pisarzy, którzy tu w różnym czasie osiedli, gdyż to właśnie oni – czy słusznie? – wydawali się, chyba nie tylko mnie, najbardziej miarodajnym głosem polskiej opinii publicznej w tym kraju, opinii w jakiś inny sposób formułującej swoje postulaty wobec świata i Polski, inaczej artykułującej rozczarowania i nadzieje miejscowej „Polonii”. Jakiż zatem był wynik tej pospiesznej eksploracji?

Nie ma doprawdy powodu sądzić, by proces kulturowej asymilacji pisarzy rekrutujących się z rzeszy polskich emigrantów przebiegał w Kanadzie inaczej niż gdzie indziej, prawdopodobnie – ale nie mnie o tym mówić – napotykał on na podobne przeszkody psychiczne z tą jednak niebagatelną różnicą, że w kraju, w którym każdy miał prawo uważać się ze emigranta, gdzie kwitła wieloetniczność zagwarantowana konstytucyjnie, pisarz i to nie tylko polski stawał przed trudnością określenia się jako pisarz właśnie, jeśli nie chciał dzielić losu ludzi żyjących w społecznej próżni. To właśnie sobie lepiej uświadomiłem będąc w Kanadzie, np. czytając ostatnie numery „The Books in Canada. The Canadian Review of Books”, świetnego pisma, odpowiednika naszych „Nowych Książek”, którego redaktorem jest Diana Kuprel, tłumaczka literatury polskiej. Dobrowolny czy wymuszony wybór bycia pisarzem „etnicznym” z natury rzeczy spychał w drugorzędność i to niezależnie od skali talentu. Pojęcie narodowej literatury kanadyjskiej zdaje się być wciąż w trakcie krystalizacji, bo mając na myśli taką literaturę ma się na uwadze pisaną w języku angielskim, gdyż we francuskim określa się ją już mianem francusko-kanadyjskiej, nie mówiąc o pozostałych w językach nieoficjalnych. Pisarz „etniczny” z natury rzeczy staje się autorem drugorzędnym, który tak długo, jak długo pozostaje wystawiony na widok grupy, z której się wywodzi, musi drogo okupić każdy gest „wybicia się na niepodległość”. Ten wysiłek, jeśli w miarę uważnie śledzić wszystko, co działo się i w jakimś sensie dzieje nadal na kanadyjskiej scenie, daje się też wyczytać z utworów pisarzy polskich osiadłych w Kanadzie po drugiej wojnie światowej.

Jak długo można się czuć tutaj newcomers, nie popadając w konflikt z samym sobą i otoczeniem? Pytanie zgoła zasadnicze, wszak przybysz – jak długo w swym wyobrażeniu takim pozostaje – widzi się stale na tle kraju, w którym przyszło mu żyć, ale nigdy w nim samym. Może go zachwycać przyroda, o co w Kanadzie nietrudno, ludzie, niezupełnie tacy, jakich znał dotąd, a przeto ciekawi, ale nic nie jest w stanie zetrzeć zeń tego poczucia obcości i nieprzystosowania do świata, dopóki nie poczuje się tutaj jak w domu, u siebie. Przeciwnie, wszystko zdaje się tylko wzmacniać realność owej Otherness. […]

Wacław Iwaniuk awansował do rangi czołowego poety polsko-kanadyjskiego, co jest rzeczą godną odnotowania, gdyż uznanie, jakim się cieszył wśród „Polonii” kanadyjskiej ów kombatant II wojny, zdawało się łączyć to, co raczej powinno dzielić kolejnych przybyszy o różnych rodowodach, a więc byłych „kontynentowców” i tych znacznie młodszych z emigracji „postsolidarnościowej”. Bo przecież Iwaniuk zdawał się urzeczywistniać najlepiej ducha Jałty, który z czasem powinien odchodzić w przeszłość, on, który w jednym ze swych późniejszych wierszy powie o sobie: „przeszłość jest moją chroniczną/ chorobą”, dla którego słowa wypowiedziane w ojczystym języku nie zmieniają swoich znaczeń, gdyż żyją „swoim koczowniczym życiem” i to mimo zapewnień w rodzaju: „Kraj klonowych drzew/ Który wypełnia po brzegi mój wiersz”. Przyjąć wygnanie jako przeznaczenie, swój los, gdyż wtedy, jak radził Miłosz, łatwiej ujrzeć własne złudzenia i uporać się z nimi. Który z poetów polsko-kanadyjskich mógł powiedzieć o sobie z ręką na sercu, że emigracja dała mu „nowe oczy, nową myśl, nowy dystans”? Czy tych, którzy zakładali Smoczą Jamę w niewesołych czasach stać było na dokonanie analizy stanu własnej duszy, tak, by za wszystko, co ich spotkało nie winić jedynie zewnętrznych okoliczności, nie znajdując w sobie nic, co by usprawiedliwiało los, jaki ich spotkał? Z pewnością nie i trzeba było lat, by na kanadyjskiej scenie pojawili się i tacy „emigranci”, których z kraju wygnały potrzeby natury nie tylko politycznej. Wtedy należało trzymać fason, by nie być postrzeganym jedynie przez pryzmat stereotypów, jakie narosły wokół biednych przybyszów z Europy Środkowowschodniej, którym w życiu nigdy nic się nie może udać. Taka była „strategia” pierwszych lat po wojnie i tej kolejnej, „zimnej”. Wszelako, czytając wiersze poetów klubu dyskusyjnego z Mississauga nie ma się wątpliwości, że należą oni do kategorii pisarzy „etnicznych”, nastawionych na lokalną wspólnotę, jakby w międzyczasie nic się istotnego wśród „Polonii” kanadyjskiej nie zmieniło.

Myśli takie uporczywie przychodziły do głowy, gdy po raz kolejny, także i w Toronto, odczytywałem wiersze Iwaniuka, pisarza tak zdawałoby się dobrze zakorzenionego w nowym miejscu, a przecież nigdy, nawet i w szczęśliwych chwilach, wieczorach nad jeziorem Ontario nie uwolnionego od poczucia obcości i niewygody tu, gdzie być nie powinien. Dwa sprzeczne odruchy, dośrodkowy, tj. znalezienia się w sercu rzeczywistości, i odśrodkowy, który kieruje pióro w przeszłość, w mityczne TAM i KIEDYŚ, przenika wszystko, co kiedykolwiek napisał. „Teraz jem obcy chleb i czekam…” , choć kusi, by zadać pytanie: na co? czy by, jak czytamy dalej, zasłużyć na miano „tubylca”, choć w Kanadzie nie bardzo wiadomo, co by ono miało znaczyć.

Nie urodziłem się tu, nie kosztowałem owoców tej ziemi
Ale głos mój drży kiedy mówię o niej…

Można długo jeszcze cytować wiersze Iwaniuka, z których nieodmiennie wynika, że Kanada niezupełnie stała się dlań tym „nowym punktem”, z jakiego „wygnaniec” patrzy na świat, kiedy „dwa ośrodki i dwie przestrzenie” nakładają się na siebie, a nawet „zrastają się w „jedno”, obydwa jednakowo realne, gdyż nasycone pełnią bytu,15 niezupełnie, gdyż Chełm Iwaniuka, to jego „miasto bez imienia”, skutecznie zdaje się bronić dostępu do rzeczywistości, „ukryte i niedostępne/ gdzie już nie przyjdą niepowołani”. „Dziś nowe miasto wyrasta we mnie” (Dwa miasta), ale ilekroć ukaże się ono w tej poezji, a bywa że się ukazuje i to nader często, jawi się zamglone i nierzeczywiste, bo rzuca na nie cień nienasycona nostalgia.

Zamieszkałem na końcu świata
mój kontynent o nic mnie nie pyta
żyjemy w przyjaznych stosunkach
on dla siebie a ja dla siebie

W roku 1998, kiedy go zobaczyłem, po raz pierwszy i ostatni w Toronto, był już stary i schorowany, z trudem mówił i nawiązywał kontakt z ludźmi, a twarz jego zdawała się mówić nawet więcej niż wiersze, bo o dopełnionym losie wiecznego wygnańca, któremu świat uciekał spod stóp w ciągłym biegu po złote runo, które przecież nigdy nie jest niczym innym, jak tylko mirażem naszej wyobraźni.

Mam sny syte po słonecznej stronie
Bardzo często budzę się w Lublinie.
Mój świat w którym żyję jest po tamtej stronie
Mój dom graniczy z wiecznoscią…

Poeci, którzy na lądzie kanadyjskim pojawili się później niż Iwaniuk, wolni od resentymentów „starej” emigracji, nie czuli się tu turystami: „nie jestem turystą,/ ptakiem przelotnym bez ciepłego gniazda…” A ci, przed którymi Kanada otworzyła swoje podwoje, gdy w Polsce ogłoszono stan wojenny? Spotykałem takich w Ameryce i rychło się przekonałem, jaka przepaść, ba, nawet wrogość dzieli ich od powojennych emigrantów, tych samych co w Kanadzie bloody foreigners, z którymi nie wiadomo, co zrobić, by zaspokoić elementarne życiowe potrzeby, ale nie kosztem miejscowej ludności, gdzie też nie brakowało rąk do pracy, ale pracy nie było. Wszakże i wśród tych nowych nie zabrakło takich, o jakich lapidarnie napomyka Marek Kusiba:

ktoś ją namówił ktoś jej obiecał
ktoś jej nie chce

Jak ta emigracja z lat osiemdziesiątych potrafiła rozwiązać problem swojej emigracyjności? Problem zgoła nie wydumany, skoro tomik wierszy Kusiby, jednego z advisory editors „Books in Canada”, nosi właśnie tytuł Rozwiązać siebie. Ale hołd złożony Iwaniukowi przez poetę wydaje się nieco dwuznaczny, co by bowiem miał oznaczać ów „laur oddalenia”, czyżby nagroda miała spotkać pisarza, którego twórczość zastygła w jednym geście, geście nostalgii, czy tez oddalenie miałoby oznaczać dystans, który pozwala osiągnąć trudny sojusz z rzeczywistością („nowe oczy, nowa myśl”)? Emigracja, która u swych początków jest trudnym wyborem, dramatycznym poszukiwaniem wyjścia z sytuacji niemożliwej do przeżycia, z czasem staje się rutyna i Kusiba doskonale umiał to podpatrzeć, ale czy tylko podpatrzeć?:

przyzwyczaił się
do myśli
o powrocie

Zrozumiałem wtedy, może nie w pełni, ale dostatecznie wyraźnie, w każdym razie lepiej niż z perspektywy krajowej, ze mimo wszystko jest to już jednak Kanada inna od tej, w jakiej żyli, niejako wbrew sobie, powojenni emigranci, taka, w której spory o „narodowość”, „etniczność”, „inkulturacje” mało kogo obchodzą, skoro „postsolidarnościowym” emigrantom często łatwiej porozumieć się z „miejscowymi” niż własnymi rodakami. Dzięki uroczym gospodarzom z Brampton, państwu Beacie i Jerzemu Jankowskim, miałem okazje po raz pierwszy zetknąć się pismem, którego wcześniej nie znalem (a kto je w kraju znal?), „High Park”, mającym w tytule ulubione przez torontończyków miejsce wypoczynku, co już samo w sobie jest znaczące i skłania do konfrontacji starej i nowej „Polonii”. Dwujęzyczne, świetnie redagowane, (przypomina trochę londyńska „Oficynę Poetów i Malarzy” Bednarczyków, której już od dawna nie ma), jest pismem polsko-kanadyjskim i kto wie, może z czasem takie właśnie będą pisma „narodowe” w Kanadzie. Stanowić będą płaszczyznę dialogu miedzy kulturami i wszystko, co – mówiąc słowami Ewy Hoffman – zostało kiedyś „stracone” w tym „przekładzie”, teraz uzyska nową wartość.

Inna polska Kanada, ale jakoś zgodnie współpracująca ze „starą”, skoro w zarządzie założonej w roku 1988 Fundacji Władysława i Nelli Turzańskich, powojennych emigrantów, znaleźli się nowi przybysze do Kanady z lat 80., a w obchodzącym w roku 1998 swoje dwudziestolecie Polskim Funduszu Wydawniczym, mającym na swym koncie poważne osiągnięcia, prezesem jest Edward Zyman. Pytanie, co ta „nowa” emigracja (nie chcę nadużywać cudzysłowu, ale nie sposób go tu ominąć) wnosi do dorobku „starej” nabrało dla mnie szczególnej aktualności po lekturze wspomnianej już sztuki Abramowa-Neverlego Duch Atlantydy, pisarza, który w Toronto osiadł w 1985 r. Abramowa coup de theatre, co zresztą przypomina też nieco inne sztuki tego autora, polega na grze stereotypami, na efektownym fajerwerku chwytów i pomysłów, które odsyłają do klasyki, dawnej: Dziady, Wesele, i nowszej: Miazga, Slub, Transatlantyk, ale teraz stopionych w całość zlokalizowaną w Toronto, wśród miejscowej „Polonii” starej i świeżej daty.

Jak najbardziej rzeczywiste Roncesvalles to miejscowa odmiana „Jackowa” w Chicago czy – na mniejszą skalę – parafii Holy Cross w Minneapolis (tę ostatnią piszący te słowa kiedyś znał, więc może o tym mówić). Wszędzie tu Polacy stanowią jedną z licznych w tych krajach minorietes, żyjącą „po swojemu”, własnym rytmem i własną historią, gdzie stare splata się z nowym, powaga z groteską, płacz ze śmiechem, przyziemne interesy z aspiracjami o bardziej duchowym, a więc bezinteresownym charakterze. Dawna „buczernia”, a potem magazyn przemianowany na galerię sztuki nowoczesnej przypomina trochę ową szafę z Klik klaku, z której wnętrza wyłaniają się kolejni mężowie Kornelii. Ale nie o to chodzi. Materiał dla swej sztuki odnalazł Abramow, jak w swych wcześniejszych książkach Pan Zdzich w Kanadzie i Kladka przez Atlantyk, wśród ludzi, których kontakty ze sobą stają się smutną komedią omyłek, wzajemnym licytowaniem się w cierpieniach i jakże marnych radościach, klęskach i sukcesach, a wszystko na miarę Rączych Wałów, tak bowiem, ze swojska, przemianowano Roncesvalles. Kuba, „lingwista-komparatysta”, odnajdzie w Kanadzie swój raj: „Własną wieżę Babel. Wszystkie języki świata”, które teraz może studiować, zabijając pustkę, która mieszka w nim samym. Pada, jak inni, ofiarą własnych złudzeń, nie emigruje jak tamci z potrzeby, ale ucieka od siebie, chce spalić mosty nie z krajem, lecz z ludźmi, z którymi nie potrafił żyć dalej. „Albo zwiałeś od siebie, albo od żony i udajesz błędnego rycerza. Nowego Don Kichota”, powie mu Julia, która sama marzy o karierze movie star, tymczasem jednak zarabia w reklamówkach, obnosząc po scenie swój ciężarny brzuch-atrapę. Porównanie starej i młodej emigracji narzuca się Abramowowi niejako automatycznie, jakby bez tego nie mógł ocenić celów i aspiracji nowych przybyszów, będących emigrantami z nazwy, a nie ducha. Sprowadził ich tutaj mit ziemi obiecanej, powtarzają od nowa lekcję, którą starzy mają już za sobą, bogaci (?) w doświadczenia, które kolejne fale emigrantów muszą zdobywać na własny koszt.

Rydel, właściciel kilku „buczerni” w mieście, hojną ręką wspomagający Centrum Sztuki, którego dziad karczował jeszcze lasy w Kanadzie, odgrywa z wdziękiem swoją rolę: potomka tych, co przyszli tu za chlebem i dlatego zna dobrze cenę, jaką trzeba płacić za sukces w życiu, który młodym przychodzi zbyt łatwo. Jest w tym wcale poważny, mimo śmieszności, jaką budzi jego postać, język, sygnety na palcach itd. Z pracy takich jak on powstała Kanada jako melting pot, kraj, którego ma prawo czuć się pełnoprawnym obywatelem, zaś do kraju ojców żywiący uczucia żywe i sentymentalne, jakby naprawdę można było kochać tylko to, czego się nie posiada. „Te nowe po SOLIDARITY na łatwy chleb idą. Nie chce im się tyrać jak nam”, powie. Aktorzy w sztuce Abramowa przedrzeźniają się nawzajem, bezlitośnie obnażają pustkę, z którą nie mogą sobie poradzić. Kanada to dla nich przede wszystkim sprawdzian odporności na nowe warunki życia: „Nikogo nie obchodzi, kim byłeś. Tu jesteś nikim”, jak ów Kuba, po doktoracie, ale na co dzień sprzątacz i posługacz w jednym ze szpitali, którego od rozpaczy ratuje praca nad słownikiem tego volapüku, jakim mówią rodacy tutaj. Centrum Sztuki Nowoczesnej ma pomóc tym ludziom, by do końca nie „zbaranieć” w ciągłej pogoni za pracą i zyskiem, jest to, jak powie pomysłodawca owego centrum, Rem, ostatnia szansa na normalność. Tu ma się ziścić sen o szczęściu, które w tej pogoni straciło naprawdę wszelki sens, co więc pozostaje? Przymierzanie się wciąż do nowej roli: „Wszyscy jesteśmy kameleony. Nie wiemy, w jaką skórę wejść” (Kuba). Nb. słowo „kameleon” odnotowałem wielokrotnie przy różnych okazjach, widocznie służy ono dobrze swoim użytkownikom.

Sztuce Abramowa-Neverlego należałby się porządny komentarz, a nie parę przygodnych uwag i refleksji, gdyż z pewnością na to zasługuje, ale co zastanawia, że dopiero po półwieczu dziejów emigracji polskiej w Kanadzie pisarz odnalazł materiał do dzieła wśród „samych swoich”, dzieła, którego katartyczna funkcja polega na wyzwoleniu się z okowów polskości, jak – sit comparare licet – w Transatlantyku Gombrowicza, gdyż Duch Atlantydy jest odtrutką na stereotypy. Dlaczego tak późno? Odpowiedź najprostsza z możliwych: zabrakło talentów, i gdyby przypadek sprowadził Gombrowicza nie do Argentyny, do Buenos Aires, ale do Toronto, Montrealu czy Ottawy wynik może byłby podobny. „Gdybanie” takie ma jednak tę wadę, że właśnie pomija specyfikę miejsca i okoliczności, w jakich przyszło tu żyć Polakom, pisarzom polskim, których na gruncie kanadyjskim spotkała przygoda trudno porównywalna z losem innych emigrantów. Nie jest sprawą tylko talentu, choć z pewnością jest to czynnik niebagatelny, ale przede wszystkim biografii, że szansa jaką dla twórczości stanowił kraj wielokulturowy, kraj dialogu, ojczyzna „dożywotnich emigrantów”, wedle dowcipnego określenia Marka Kusiby, otworzyła się tak późno. Ale jednak się otworzyła – szkoda, że wciąż tak mało o tym wiemy.