Marek Kusiba. Przemyśleć cały świat. Spotkania z Ryszardem Kapuścińskim

Spis treści numeru 3/2002

Przemyśleć cały świat. Spotkania z Ryszardem Kapuścińskim

 

Jak pisać o tym człowieku, a jak o pisarzu i reporterze? Krzysztof Kąkolewski i Klemens Krzyżagórski sugerowali niegdyś badaczom reportażu chodzenie… śladami reportera.

Śladami Kapuścińskiego pójść nie sposób. Był w ponad stu krajach świata. Pisze o połowie z nich. Od pięćdziesięciu lat. Można być za to w krajach, które grają w jego książkach pierwsze skrzypce. Można ze stu krajów wybrać pięć – po jednym na każdy zamieszkany kontynent.
Ja: Chcę pojechać do pięciu krajów, które – i tak dalej…
On: Pięć krajów, mówisz? A bo ja wiem? A czego tam chcesz szukać?
Ja: Klimatu. Tła. Ludzi…
On: A po co będziesz jeździł, to kosztuje. Pojedź tam, gdzie ja nie byłem.
Ja: Zgoda!
On: W Afryce zawsze chciałem być w… Zaraz, ale przecież ty się na Afryce nie znasz, poza tym ja tam jeździłem przez czterdzieści lat, to po co pojedziesz?
Ja: (chwila wahania) Masz rację. Ja tu mam na miejscu te wszystkie kraje. Toronto jest najbardziej wieloetnicznym miastem świata. To po co ja będę szukał twoich bohaterów po Sahelach i Etiopiach, oni sami tu przyjechali.
On: Ale to nie są ci sami ludzie. To są inni ludzie. Krajobrazy zobaczysz na filmie. A zapachy, kolory, upał? Głód – tego nie musisz widzieć, tego nie zrozumiesz, jak nie znasz.

Nie znam głodu. Nigdy nie byłem naprawdę głodny. Nie znam głodu z autopsji, tak jak On.

O cynizmie (29 stycznia 1988, Toronto)

Spacer nad brzegiem jeziora. Temat rozmowy: cechy dobrego korespondenta wojennego. On: – Musi być uczynny, łatwy we współżyciu, wrażliwy na ludzi, zdolny do poświęceń.

Niedaleko hotelu obdarta kobieta popycha wózek pełen plastikowych toreb. Jego pytania: – Gdzie ona śpi? Kto się opiekuje ludźmi z ulicy? Jak się nią zająć, kogo zawiadomić?

Chce iść do najbliższego sklepiku, by kupić jej trochę jedzenia. Kobieta odrzuca naszą ofertę z dumą starej angielskiej damy: „I don’t need your f… pity” („Nie potrzebuję waszej p… litości”).

Taksówka na lotnisko. On: – Ważne jest pozostać trochę chłopcem, zachować ciekawość, zdolność dziwienia się, bycia zaskakiwanym przez życie. To ważne, by nie dać się zjeść zobojętnieniu…

(Później napisał w Lapidariach: Cynik nie będzie dobrym korespondentem wojennym. Trzeba rozumieć godność innych ludzi, akceptować ich i podzielać ich trudy. Nie wystarcza jedynie ryzykować życiem. Najważniejszy jest szacunek dla tych ludzi, o których się pisze. Oraz: W mojej gotowości do ryzyka może jest też trochę chłopięcej fanfaronady. Rósł w czasach pogardy. Słyszał strzały w Palmirach, gdy z innymi chłopcami podkradał się do miejsca straceń. Już wtedy ryzykował życiem. Potrzeba atmosfery skrajnych napięć tkwi we mnie głęboko. Bez wyzwania staję się ospały i nie jestem zdolny do pisania.

To mu pozostało do dziś. I odłamki tamtej wojny, wbite głęboko w świadomość. Później będzie opisywał, analizował, wyjaśniał i walczył z wojną, biedą, poniżeniem na wszystkich swoich frontach – we wszystkich swoich książkach).

Na lotnisku, przy szklance herbaty: – Na Zachodzie istnieje poczucie pewnego triumfalizmu. Krytycy kultury zachodniej ostrzegają, żeby w tym poczuciu nie pójść za daleko, bo to zawsze kończy się źle, kończy się pewnym zaślepieniem, pewnym poczuciem bezkarności, robienia tego co się chce, co w polityce międzynarodowej nigdy nie jest dobre, ponieważ polityka międzynarodowa jest godzeniem sprzecznych interesów, nie jest polityką jednego interesu. Nieuwzględnianie faktu istnienia sprzeczności kończy się katastrofalnie. Ale z kolei myśl zachodnia jest ciągle krytyczna, autokrytycyzm był zawsze istotą tej myśli – czym się różniła od wszystkich pozostałych szkół myślenia na świecie. To była siła Europy w przeciwieństwie do wszystkich innych cywilizacji i kultur. To była jedyna kultura w historii świata zdolna do samokrytycyzmu, zdolna do krytycznej refleksji. Jeżeli śledzimy kultury inne czy inne filozofie, nie mamy nigdzie żadnej krytycznej refleksji; jest zadowolenie, akceptacja i potwierdzenie. W Europie od czasu do czasu rodzi się jakaś kontra, która pozwala tę kulturę zreformować, odrodzić i zaadaptować do nowej rzeczywistości. A ta nowa rzeczywistość, zwłaszcza polityczna, w Europie i na świecie wymaga zupełnie nowego podejścia.

O uczeniu się (6 grudnia 1996, Toronto)

Przyjechał na pięć dni. Skromny, ubrany zwyczajnie, jedna marynarka, jedne buty, dość licha kurtczyna, kaszkiet na głowie.

Bronił się przed wszystkim, co nie było pisaniem, albo nie służyło pisaniu. Niczego nie notował; pracował pamięcią, a raczej całą swoją osobowością. Chętniej słuchał niż mówił, patrzył, czytał, jak dyskutował to z przejęciem, zmęczony nie pozwalał sobie na odpoczynek; na spotkaniu autorskim próbowałem skrócić wielogodzinny maraton pytań i odpowiedzi, ale się nie zgodził. Chciał odpowiedzieć na wszystkie pytania, każdy rozmówca zasługiwał na jednakową uwagę. Nikomu nie dał odczuć swej przewagi.

Następnego dnia. Wizyta przed wiktoriańskim domostwem państwa Connable, gdzie młody Hemingway przemieszkiwał na początku lat 20. Nie informuje o tym żadna tabliczka. Diana Kuprel: – Hemingway zaczynał jako reporter, ale porzucił dziennikarstwo by napisać swą pierwszą powieść. Mówi się, że zostawił „The Toronto Star” z powodu niedocenienia, ale dziennikarstwo było dla niego w sprzeczności z „prawdziwym” pisarstwem.

Kapuściński: – Ja nie muszę zamieniać dziennikarstwa na pisarstwo. To ewoluuje naturalnie, jedno przenika drugie i na odwrót.

Odwiedziny bibliotek i księgarń. Interesują go zwłaszcza książki z dziedziny antropologii. Na piętrze w księgarni Chapters. Albumy fotograficzne z Afryki. Przeglądając, opowiada o wizycie na Uniwersytecie w Addis Abebie. – Mieli tam tylko jedną księgarnię, która była jedyną księgarnią w całej Etiopii. Byłem zszokowany. Półki świeciły kompletnymi pustkami. Ani książek, ani gazet. Tak jest w większości afrykańskich krajów. W Etiopii żyje ponad pięćdziesiąt milionów ludzi, na obszarze takim jak Ontario…

Biblioteka Robartsa, Uniwersytet Torontoński. Kapuściński o studentach przed komputerami: – Popatrzcie na te twarze. Czuję się, jakbym był w Pekinie, Seulu czy Singapurze. Wygląda na to, że Trzeci Świat bierze odwet za lata drugorzędności.

Później zapisze: Jedni uważają, że przyszłe stulecie będzie wiekiem Ameryki. Inni – że wiekiem Azji. I jedni, i drudzy zgadzają się, że nie będzie to już wiek Europy.

(Po kilku dniach wysłałem mu taki obrazek: „Byłem dzisiaj w Robarts Library. Osobliwy widok: przy 60-ciu komputerach siedzi 14-tu białych – jedna czwarta studentów. Na pięć minut przed północą gaśnie światło: sygnał, że pora kończyć. Od ekranów odrywa się kilka postaci. Po minucie ten sam rytuał: światło, cienie wychodzących. Powtarza się to kilka razy. O północy zostaje ośmiu białych: nareszcie są w przewadze. Ociągają się z wyjściem. Tymczasem zdyscyplinowani Azjaci grzecznie stoją za drzwiami, na mrozie. Śmieją się, żartują. Najwyraźniej są z jednego kraju – Korea? Chiny? – lub z jednego miasta – Hongkong? Czekają na pozostałych kolegów. Tworzą wspólnotę, więź. Samotni biali w milczeniu wymykają się z ciemnej biblioteki, odchodzą w zimne ulice. I ja idę do domu. Śnieg zasypuje moje ślady”.)

W późniejszej rozmowie nawiązał do tematu: Reporter musi być jak ci zdyscyplinowani Azjaci. Ciągle musi się kształcić, inaczej wypada z gry i przestaje pisać, bo nie ma o czym. Drugim ważnym czynnikiem pomagającym utrzymać się na zawodowym ‚topie’ jest zdolność wywoływania u siebie uczucia, które przeżywa osoba (osoby) opisywane. Reportaż jest wtedy autentyczny. Świata nie można tylko opisywać, trzeba go rozumieć. Część reporterów z czasem przechodzi więc od reportażu do eseistyki.

Queens Park. Grupa dzieci w szkolnych mundurkach, spódniczkach w kratę. Mróz, śnieg. Kapuściński: – Dzieci w Kanadzie, Ameryce żyją jak w bańce szklanej. A dzieci w Afryce… Jeśli się zatrzymasz gdziekolwiek w wiosce, w miasteczku, nawet przy drodze, dzieci wyrastają jak spod ziemi. Wszystkie obdarte, umorusane, głodne. Każdy kawałek chleba czy banan połykają w ułamku sekundy. Głód dla tych dzieci jest czymś stałym, niezmiennym, jest formą życia, drugą naturą. A jednak nie proszą o jedzenie. Proszą o ołówek lub długopis. One chciałyby uczyć się pisać, ale nie mogą, bo nie stać ich na ołówek za kilka centów…

O skromności (11 grudnia 1996, Niagara)

Dzisiaj R. zobaczył po raz pierwszy w życiu Niagarę. Wizyta u pani Wandy, refleksolożki. Uciskała dłonie Ryszarda: – Dla lepszego pisania.

Kapuściński najchętniej pisze ręcznie; izoluje się szczelnie od świata z kartką papieru. W swej warszawskiej pracowni ma sto piór różnej maści. W czasie pobytu w Toronto używał kredek w trzech kolorach, którymi zakreślał fragmenty w czytanych przez siebie tomach. Choć przyjechał po odbiór nagrody Fundacji Turzańskich, każdą szczelinę czasu w napiętym programie spotkań, wizyt i wypadów za miasto – wypełniał pracą. Każdego dnia kupował książki – wszystkie po angielsku, z dziedzin: antropologia kultury, historia, fotografia, poezja (Auden – jego ulubiony poeta).

Zdarzenie w jednej z księgarń: zdjął z półki tom One Hundred and Fifty Most Important Books of Our Century. Lista została ułożona przez największe nowojorskie domy wydawnicze. Otworzył na… stronie poświęconej Cesarzowi. Jest jedynym polskim pisarzem w tym spisie najważniejszych książek minionego wieku, które miały wpływ na obraz świata. Obok dzieła Kapuścińskiego są tam także wspomnienia Marii Curie-Skłodowskiej o pracy nad radem. Odłożył książkę na półkę. Gdy odszedł, sięgnąłem po nią i kupiłem. – A po co ci ona? – zapytał.

Lunch z krytykiem kanadyjskim z The Globe & Mail. Robert Fulford jest jowialnym facetem około 60-tki. Pochodzi z biednej rodziny spod Toronto. W rozmowie wyraził „wdzięczność Kanadzie za to, że pozwoliła mu pracować w zawodzie, który ukochał”…

To zdanie Fulforda zapadło nam głęboko w pamięć. Ryszard wracał do tej refleksji w kilku rozmowach.

O samotności (19 maja 1997, Wigry)

Osiemnastowieczny klasztor pokamedulski. Konferencja literacka ośrodka kultur i narodów „Pogranicze”. Rozlokowano nas w klasztornych celach. W każdej po dwa łóżka, nowoczesne łazienki. Kapuściński przyjechał na jeden dzień z noclegiem. Rozmawiamy długo w noc. Temat: cena, jaką płaci reporter.

R. K.: Przede wszystkim samotność. Podróżujesz po świecie pisząc o ludziach, którzy cię nie czytają, a czytają ci, których tamci ludzie i ich sprawy za bardzo nie obchodzą. W rezultacie reporter jest kimś, kto stoi pośrodku, i ma wyjątkowy przywilej, a także misję do spełnienia: jest tłumaczem. Tłumaczem kultur.

Mówi o nieprzenikalności kultur, o Malinowskim i jego teorii z roku 1912 o równorzędności kultur, także o ograniczeniach reportera, często prozaicznych: był przez wiele lat jedynym korespondentem Polskiej Agencji Prasowej na całym kontynencie afrykańskim. PAP nigdy go nie ubezpieczyła na życie. I jemu nigdy nie przyszło do głowy o to poprosić. Na wypadek choroby był zobowiązany natychmiast wracać do Warszawy, bo PAP nie miała dolarów na szpitale. Gdy zachorował na malarię mózgową, zdecydował pozostać w Afryce. Bał się, że jak wyjedzie, to już tam nie wróci. Narażał życie, ale nigdy tej decyzji nie żałował.

Nie możemy zasnąć. Zapala nocną lampkę. Czyta cicho, ale jego głos odbija się od murów i napełnia celę studziennym pogłosem: Atak malarii jest nie tylko bólem, ale jak każdy ból – jest też przeżyciem mistycznym. Wchodzimy w świat, o którym jeszcze przed chwilą nic nie wiedzieliśmy, tymczasem on okazał się istnieć obok nas, aż w końcu zawładnął nami, staliśmy się jego częścią: odnajdujemy w sobie jakieś lodowate zapadliska, przepaście i otchłanie, których obecność napełnia nas cierpieniem i strachem. Ale ta chwila odkryć mija, duchy opuszczają nas, wynoszą się i znikają, a to, co zostaje na miejscu, pod górą najdziwaczniejszych okryć, jest naprawdę godne pożałowania.

Był to kolejny odcinek Hebanu. Dostarczył go wczoraj do „Gazety Wyborczej” i wsiadł do pociągu relacji Warszawa-Suwałki. Teraz sprawdzał „nośność” zdań, jakość obrazowania, celność porównań.

Człowiek tuż po silnym ataku malarii jest ludzkim strzępem. Leży w kałuży potu, nadal gorączkuje, nie może poruszyć ręką ani nogą. Wszystko go boli, ma zawroty głowy i nudności. Jest wyczerpany, słaby, zwiotczały. Taki człowiek niesiony przez kogoś na rękach sprawia wrażenie, jakby nie miał kości ani mięśni. I minie wiele dni, zanim znowu stanie na nogi…

Ranek. Kapuściński wyjeżdża do Pińska ze szwedzką ekipą filmową. Kręcą dokument. Chcą, by ich oprowadził po zaułkach swego rodzinnego miasta. By im opowiedział swoje dzieciństwo w naturalnej scenerii. Jak jednak sfilmują takie wspomnienie?: „Stoimy na mrozie cały wieczór, noc i jeszcze następny dzień. Stoimy przytulając się, obejmując, żeby nie zamarznąć. W końcu otwierają sklep, ale zamiast cukierków każde z nas dostaje pustą, metalową puszkę po landrynkach (gdzie podziały się cukierki, kto je zabrał – nie wiem). Słaby, skostniały z zimna, a jednak w tym momencie szczęśliwy, niosę swoją zdobycz do domu – jest cenna, ponieważ na wewnętrznej ściance puszki pozostał osad cukru. Teraz matka grzeje wodę i wlewa ją do puszki – mamy gorący, słodkawy napój: nasze jedyne pożywienie”.

Jeszcze o samotności (CBC Toronto, 7 grudnia 1996)

Wizyta u Petera Gzowskiego. Poranna audycja Morningside (słuchało jej stale półtora miliona Kanadyjczyków i Amerykanów). Dwudziestopięciominutowy wywiad zaaranżował dziennikarz CBC Jurek Jastrzębowski. Kapuściński mówi płynnie po angielsku. Obserwuję przysłuchających się kanadyjskich dziennikarzy z Canadian Broadcasting Corporation. (Zasłuchani, trzymają w rękach angielskojęzyczne wydania Cesarza, Imperium, Jeszcze dzień życia, Wojny futbolowej. Jak książeczki do nabożeństwa…) Po wywiadzie ustawią się w kolejkę po autograf.

Gzowski: Od czterdziestu lat polski korespondent zagraniczny Ryszard Kapuściński jest świadkiem rewolucji i wojen domowych na całym świecie. To, co widział, opisał w znakomitych książkach – jest gwiazdą literatury światowej – takich jak Cesarz o Haile Selassiem czy Imperium, o rozpadającym się ZSRR. Mam całą listę pytań, ale chcę zacząć od pańskiego dzieciństwa. Urodził się pan w Pińsku?
Kapuściński: Tak, wówczas to miasto było w Polsce, obecnie jest na Białorusi. Pińsk jest po prostu we wschodniej części Europy, w bardzo biednej części Europy. Białoruś nadal jest bardzo ubogim krajem, tam do dziś ludzie stoją w kolejkach po chleb. Byłem tam ostatnio trzy miesiące temu.
P.G.: Czy to prawda, że pierwszy raz siedział pan w samochodzie mając czternaście lat, zaś pierwszy telefon miał pan dopiero w wieku trzydziestu lat?
R.K.: To prawda, ale jeszcze nie cała prawda. Moje dzieciństwo przypadło na czas wojny, więc gdy byłem dzieckiem, moim problemem nie było przejechanie się samochodem. Problemem były buty na zimę. W okolicach Pińska zimy są mroźne. Wychowałem się w biedzie i dlatego rozumiem sytuację i mentalność nędzarzy. To jest powód, dla którego tak często jeżdżę do Afryki i piszę o Afryce.
P.G.: Istotnie, coś pana ciągnie do tej Afryki…
R.K.: Często tam jeżdżę. Obecnie piszę o Afryce książkę (mowa o Hebanie – M.K.). Spróbuję zawrzeć w niej czterdzieści lat moich doświadczeń zawodowych. Z tej czterdziestki, przeszło dziesięć lat spędziłem w Afryce. W ciągu ostatniego roku, przez pięć miesięcy byłem w Zachodniej Afryce, w Sahelu i na pustyni, jeżdżąc z wioski do wioski. Staram się pisać o Afryce, bo ludzie tam mieszkający pozbawieni są własnego głosu w mediach i w literaturze, nikt nie wie o tym, jak żyją i co myślą. Uważam, że udzielenie im głosu jest moim obowiązkiem. Świat bogatych powinien się dowiedzieć, że obok niego istnieje inny, liczniejszy świat – świat ludzi biednych i głodnych.
P.G.: Mam oto w oczach obraz chłopca z Pińska, który zwiedził świat, opisał przebieg dwudziestu siedmiu rewolucji, ale również opisał życie ludzi żyjących z dala od polityki, choć cierpiących jej skutki. Wydaje mi się, że „zjawisko Kapuściński” jest wyzwaniem dla świata techniki. Oto mamy nasz nowoczesny świat, ograniczony zasięgiem kamer telewizyjnych, błyskiem fleszów i jupiterów, a gdzieś tam w kącie siedzi chłopiec z Pińska i zapisuje coś w notesie, pisze bez przerwy…
R.K.: Istotnie, zawsze pracuję sam i nie podpieram się techniką. Na nieszczęście, wielkie media, ich zespoły kamerzystów i oświetleniowców, przekazują za pomocą telewizji całkiem nieprawdziwy obraz świata. Telewizja przyciąga naszą uwagę do pojedynczych spięć: wojen, zamachów bombowych i tym podobnych. Koncentruje się na Rwandzie lub Afganistanie, tymczasem całe kontynenty, miliardy ludzi, przeżywają gehennę skrajnej nędzy, dziedziczonej z pokolenia na pokolenie. A tego już telewizja nie pokaże – pokaże tylko sensacje. Media stwarzają własny obraz świata, wyłącznie na własny użytek. Konkurują między sobą, kto będzie pierwszy, w związku z czym załogi telewizyjne jeżdżą gromadą z jednego miejsca na drugie. Weźmy wojnę w Zatoce Perskiej: wszyscy zagraniczni korespondenci – radia, telewizji, prasy – siedzieli na kupie w jednym miejscu, nie zważając na to, co tragicznego działo się w wielu innych miejscach świata. Tematy podejmowane przez media dyktowane są wymogami ich wewnętrznej konkurencji, nie zaś tym, co naprawdę dzieje się na naszej planecie.

O wędrowaniu (13-14 grudnia 1997, Warszawa)

Szesnasta rocznica stanu wojennego. Wznosimy dwa kieliszki w bezsłownym toaście. Nie rozmawiamy o polityce ani „Solidarności”. W pracowni Kapuściński czyta na głos fragment maszynopisu Hebanu. Czyta tak, jakby recytował poezję: wolno intonując, podkreślając każdą sylabę, zawieszając głos, akcentując:

Gdzieś pod Gondarem spotkałem człowieka, który szedł z północy na południe. To właściwie jest najważniejsze, co da się o nim powiedzieć – że szedł z północy na południe. Aha, jeszcze można by dodać, że szedł tak w poszukiwaniu swojego brata.

Był bosonogi, ubrany w połatane, krótkie spodnie i na grzbiecie miał coś, co kiedyś mogło nazywać się koszulą. Poza tym miał trzy rzeczy: kij wędrowca, kawałek płótna, który rano służył mu za ręcznik, w godzinach upału – za osłonę głowy, a w czasie snu – za przykrycie ciała, a także, przewieszoną przez ramię drewnianą, zamykaną czarkę na wodę. Nie miał żadnych pieniędzy. Jeżeli po drodze ludzie dadzą mu coś zjeść – zje, jeżeli nie – idzie głodny. Ale całe życie jest głodny, w głodzie nie ma nic nadzwyczajnego.

Tu przerywa.

Dłuższa cisza.

Czyta dalej: Szedł na południe, ponieważ brat ruszył kiedyś z domu właśnie na południe. Kiedy to było? Dawno. (Rozmawiałem przez kierowcę, który znał parę słów po angielsku i całą przeszłość określał jednym terminem – dawno). Ten człowiek też idzie już dawno. Idzie gdzieś z gór Erytrei, spod Keren. O tym, jak iść na południe, wie – rano trzeba iść prosto w słońce. Kiedy kogoś spotka, pyta, czy nie widział, czy nie zna Solomona (to imię brata). Ludzie nie dziwią się takiemu pytaniu. Cłla Afryka jest w ruchu, jest w drodze, w pogubieniu. Jedni uciekają przed wojna, drudzy przed suszą, inni przed głodem. Uciekają, błądzą, gubią się. Ten, który idzie z północy na południe, jest właśnie anonimową kroplą w ludzkich potokach, które toczą się po drogach czarnego kontynentu, pędzone albo strachem przed śmiercią, albo nadzieją znalezienia miejsca pod słońcem.

Znowu przerywa.

Po chwili wstaje z wersalki i zaczyna chodzić po przestronnym studiu.

Krokami akcentuje sylaby: Dla-cze-go chce zna-leźć bra-ta? Nie rozumie pytania. Powód jest oczywisty, nie potrzeba żadnych wyjaśnień. Wzrusza ramionami. Może odczuwa współ-czu-cie dla człowieka, którego spotkał i który, choć dobrze ubrany, jest bied-niej-szy od niego w jeden zasadniczy sposób.

Przerywa czytanie i zaczyna opowiadać, głęboko przejęty, treść rozmowy z człowiekiem idącym na południe. Mówi o niemożliwości dotarcia do jego mentalności, o niemożliwości porozumienia. – My, biali z bogatej Północy, i oni, czarni, z biednego Południa, żyjemy na innych planetach. Inaczej rozumiemy tak podstawowe pojęcia jak czas, więzy krwi, solidarność, godność, cierpienie.

Napotkany przez niego człowiek nie wiedział nawet, przez jaki kraj szedł, ale ta wiedza nie była mu do niczego potrzebna. Wykazywał wyższość kogoś, kto czuje się obywatelem świata, choć znajduje się na granicy przetrwania.

R.K.: Są dwa rodzaje ludzi na tej ziemi, zupełnie odmiennych, zupełnie sobie obcych. Jedni nie mają nic, żyją na granicy śmierci głodowej, ale są godni, spokojni, wręcz wielcy. Inni mają miliony na kontach – i są nieszczęśliwi, głupi, źli. A przecież te dwa rodzaje ludzi tworzą rodzinę człowieczą, ci dwaj ludzie są braćmi. Jednak nigdy i nigdzie się nie spotkają, bo żyją na innych orbitach. Może to i lepiej: bo i tak nic nie mieliby sobie do powiedzenia… […]

 

Całość w papierowym wydaniu „Akcentu”.