Eliza Leszczyńska-Pieniak. Między rzeczywistością a wyobrażeniem. Międzynarodowa Wystawa Sztuki Współczesnej w Zamościu

Spis treści numeru 4/2006

Między rzeczywistością a wyobrażeniem

Międzynarodowa Wystawa Sztuki Współczesnej w Zamościu

 

Zaczęło się od wielkich drewnianych konstrukcji budowanych w różnych częściach miasta, potem na słupach, parkanach i płotach pojawiły się plakaty oraz dziwne napisy na arkadowych kolumnach. Wreszcie desant czterdziestu artystów opanował Zamość.

Międzynarodową Wystawę Sztuki Współczesnej „Ideal City – Invisible Cities”, która odbyła się w Zamościu między 18 VI a 23 VIII 2006 r. można bez przesady uznać za wydarzenie artystyczne. Jest to bowiem pierwszy w Polsce międzynarodowy projekt organizowany na taką skalę i obejmujący całe miasto. Nad jego realizacją czuwała Anda Rottenberg, znany organizator i kurator międzynarodowych wystaw, dyrektor Galerii Zachęta w latach 1993-2000, z której uczyniła przestrzeń prezentującą najbardziej współczesne i dla wielu kontrowersyjne dzieła.

W ciągu ostatnich 15 lat myślałam sporo o Zamościu, miasto założone przez Jana Zamoyskiego, a zaprojektowane przez Moranda jako gród idealny uosabia dziś ideę wspólnoty europejskiej – mówi Anda Rottenberg. – Jest to ciekawa propozycja dla Europy i świata, wierzę, że uruchomi wyobraźnię artystów, ale także wypromuje miasto.

Zanim jednak doszło do realizacji tak wielkiego projektu Rottenberg zachęciła ośrodki promujące Polskę, by uwzględniły go w swoim budżecie, potem rozpoczęła poszukiwania kuratorów. Funkcje tę powierzono Sabrinie van der Ley – dyrektor Międzynarodowych Targów Sztuki Współczesnej Art Forum w Berlinie oraz wydawcy Markusowi Richterowi.

Zaczęłam z bardzo wysokiej półki, mam świadomość, że za kuratorem idzie rozgłos, postanowiłam, że pierwszą edycję wystawy zrobią osoby spoza Polski. Udało się za trzecim podejściem. To było dwa lata temu – wspomina Rottenberg. – Okazało się, że Sabrina i Markus słyszeli o Zamościu i znają to miasto, więc poszło bardzo łatwo. Muszę jednak dodać, że pracowali nad wystawą heroicznie – oprócz tego, że opracowali i wymyślili projekt, zdobywali pieniądze, szukali sponsorów, czuwali nad drukiem katalogu. Jednym słowem zajmowali się pracą, która należy do organizatorów.

Sabrina van der Ley i Markus Richter wnikliwie przyglądali się Zamościowi i uznali, że koncepcja wystawy oparta na idei miasta idealnego jest najlepszą propozycją dla tego miejsca. Postanowili jednak wzbogacić projekt poszerzając go o realizacje dotyczące miast niewidzialnych, czyli takich, które nigdy nie powstały, pozostały jedynie w projektach.

Zwróciliśmy się do artystów zajmujących się problemami urbanistyki, koncepcjami miast niewidzialnych, tematem hometown – wyjaśniła podczas konferencji prasowej Sabrina van der Ley. – Chcieliśmy zrobić interwencję w przestrzeni miejskiej, ale także prezentację we wnętrzach. Zaprosiliśmy artystów z wielu krajów świata, by przyjechali do Zamościa, obejrzeli miasto i opracowali własny projekt. Oczywiście po każdej takiej wizycie analizowaliśmy pomysł twórców pamiętając o tym, by wszystkie propozycje złożyły się w całość.

Jednak koncepcja miasta idealnego przyjęta przez kuratorów wystawy jest czytelna pod warunkiem, że odwołamy się do genezy tego miejsca. Zamość zawdzięcza swój architektoniczny kształt włoskiemu artyście. Bernardo Morando jest autorem zarówno planu miasta, jak i najważniejszych budowli. Zamość ma kształt wieloboku, pałac łączy z miastem oś ulicy Grodzkiej biegnącej z zachodu na wschód. Rynek Wielki pełniąc funkcje reprezentacyjne ma obok siebie symetrycznie położone dwa mniejsze rynki – Solny i Wodny. Miasto otaczają fortyfikacje bastionowe z pięcioma bramami. Analiza projektu Moranda nasuwa jeszcze jeden trop interpretacyjny ściśle związany z filozofią renesansu. Humaniści odnosząc się do myśli antycznej w proporcjach ludzkiego ciała upatrywali odbicie doskonałego porządku kosmosu, architekci doszukiwali się więc analogii między budową człowieka a układem miasta. Wedle tych antropomorficznych idei głową Zamościa miał być pałac, kręgosłupem ulica Grodzka, płucami uczyniono Akademię Zamojską i Kolegiatę, sercem był ratusz, umieszczony bardzo nowatorsko nie na środku rynku, lecz w rzędzie kamienic. Swoją funkcję miały też bastiony – utożsamiano je z rękami i nogami broniącymi dostępu do grodu. Zamość jest więc jedną z niewielu koncepcji urbanistycznych, którą od początku ściśle zaplanowano i wcielono w życie. W krótkim czasie na płaskowyżu Roztocza wyrosło miasto, powstało od początku, można by rzec z dnia na dzień. Zamoyski zaplanował je na szlaku handlowym ze Lwowa do Warszawy.

Chcieliśmy odnowić dyskurs na temat miasta idealnego, a Zamość bardzo dobrze się do tego nadaje – powiedział Markus Richter, kurator wystawy – Zależało nam na tym, aby dzieła sztuki nie były tylko w miejscach prominentnych takich jak Rynek Wielki, ale także w przestrzeni bardziej kameralnej i prywatnej. Dzieła sztuki kryją się w podwórkach, kazamatach, zaułkach miasta. Kiedy zaczynaliśmy prace, mieszkańcy odnosili się do nas wręcz wrogo, byli podejrzliwi i niechętni. W trakcie pracy sytuacja zmieniła się tak dalece, że w tej chwili artyści poruszają się w towarzystwie grup dzieci. Zostawiają w Zamościu nie tylko własne dzieła, ale i przyjaźnie.

Do udziału w wystawie zaproszono artystów z całego świata, co może być symbolicznym odwołaniem do dawnej wielokulturowości Zamościa. Swoje projekty przygotowali wybitni twórcy tacy jak Tacita Dean, Lawrence Weiner czy Mirosław Bałka, ale także bardzo młodzi i nieznani jeszcze artyści jak choćby Lucas Lenglet czy David Maljković. Projekty przygotowane w ramach Międzynarodowej Wystawy Sztuki Współczesnej zastanawiają, budzą zaskoczenie, czasem protest, bunt, ale także zachwyt. Udało się w Zamościu, w otwartej przestrzeni to, co często nie udaje się w salach wystawowych i galeriach. Anda Rottenberg zapytana przeze mnie o percepcję sztuki współczesnej w Polsce odpowiedziała:

Patrzę, jak ludzie odbierają to, co dzieje się w Zamościu i jestem zachwycona. Przechodnie zatrzymują się, zadają pytania. Jednym się podoba, innym nie, ale istnieje komunikacja. Można mówić o przepływie energii między dziełem i artystą a odbiorcą. Niestety nie ma tego w Warszawie. Tam każdy wie lepiej, a ponieważ wie lepiej, to nie zapyta, bo ma swoje zdanie. I to jest nieszczęście rodzące się z kompleksów. Ludzie czują się niepewnie w kontakcie ze sztuką współczesną.

Nie sposób wspomnieć o wszystkich 40 realizacjach przygotowanych na wystawę, nie mniej jednak niektóre dzieła tak mocno i wyraziście zaistniały w przestrzeni miasta, że dziś trudno przypomnieć sobie czas, kiedy ich nie było. Tak jest bez wątpienia z fontanną zaprojektowaną przez Monikę Sosnowską, która należy do najciekawszych osobowości artystycznych młodego pokolenia.

Monika Sosnowska bada powierzchnię architektonicznych utopii z przeszłości, cytując je bez sentymentów i nostalgicznych tęsknot. Uwagę artystki przykuwają ślepe tory, na jakie wtacza się raz po raz architektura, będąc potężnym narzędziem regulującym (w psychosomatycznym sensie) najbliższe otoczenie człowieka. Prace Sosnowskiej zaczynają się tam, gdzie kończy się lub zawodzi architektura – napisał o jej twórczości krytyk Sebastian Cichocki.

Na Międzynarodowej Wystawie Sztuki Współczesnej w Zamościu Sosnowska pokazała fontannę, umieściła ją na Rynku Wodnym pod rozległym kasztanowcem. Obiekt ma prosty, ascetyczny kształt, zrobiony z betonowej płyty przywodzi na myśl skwerki na ogromnych blokowiskach. Jest więc fontanna złączona z ideą renesansowej przestrzeni, ale takie jej przedstawienie wprowadza dysonans, wzmocniony jeszcze czarną wodą tryskającą z muszli. Starówkowe dzieci, które natychmiast zainteresowały się realizacją artystki urządzając sobie obok miejsce do zabawy, nazwały jej pracę Smutną fontanną.

Chciałam pokazać niedoskonałość formy wobec idei. Zrobiłam już kilka takich prac, które były zaprogramowane z błędem – powiedziała artystka. – Ten projekt też miał mieć charakter przewrotny, chciałam dodać coś niedoskonałego do doskonałej koncepcji miasta. To również odnosi się do tego miejsca, miasto było w pewnym momencie idealne, ale ideału nie można długo utrzymać. Zawsze pojawia się jakaś rysa, pęknięcie.

Praca Mirosława Bałki przygotowana na zamojską wystawę jest nie tylko najmocniejszym polskim akcentem tej imprezy, kontakt z rzeźbą staje się źródłem najbardziej intymnych przeżyć i refleksji. Artysta zrobił replikę ściany z Auschwitz, pod którą grała obozowa orkiestra, i umieścił ten duży, widoczny z daleka obiekt obok bramy lubelskiej. Odtwarzacz umieszczony na ścianie wita przechodniów Marszem Radetzkiego J. Straussa. Wesoła, skoczna muzyka kontrastuje z drewnianą, monochromatyczną ścianą. Anda Rottenberg w katalogu do wystawy napisała:

Pod względem pokusy urzeczywistnienia utopii zamiary kanclerza III Rzeszy podobne były do zamiarów kanclerza pierwszej Rzeczpospolitej, Jana Zamoyskiego. Historia ocaliła dla potomności materialne dowody wyobrażeń o idealnym mieście obydwu kanclerzy. Ściana kuchni KL Auschwitz jest cytatem, który może się okazać wystarczającym dowodem na niekompatybilność ideałów stojących za każdym z twórczych zamysłów.

Rzeźba Bałki jest nie tylko gorzką refleksją nad tym, jak zgubne bywa dążenie człowieka do realizacji własnych marzeń i idei. Praca polskiego artysty umieszczona w tej właśnie przestrzeni nabiera nowych znaczeń, oddziela stare renesansowe miasto od nowego zbudowanego po wojnie. Podkreśla dwie twarze Zamościa.

Zaułek ulicy Kościuszki wybrał dla swojego projektu Les Schliesser. Stworzył „idealne niewidoczne muzeum”. Poświęcił je Mikołajowi Chrupkowskiemu, nie istniejącemu zamojskiemu architektowi. Postać urealniona przez niemieckiego artystę otrzymała osobowość i życiorys. Schliesser nakręcił również film o twórczych zmaganiach Chrupkowskiego, a na ścianach umieścił zdjęcia, pokazując tym samym jak cienka jest granica między rzeczywistością a wyobrażeniem.

Projekt Lawrence’a Weinera nie od razu można zauważyć, zdaje się gubić wśród dużych, widowiskowych realizacji. Pewnego wieczoru zaniepokoiły mnie jednak dziwne symetryczne napisy umieszczone na arkadowych kolumnach ormiańskich kamieniczek. Amerykański artysta choć uznaje się za rzeźbiarza już dawno odrzucił tradycyjne materiały i zastąpił je opisami. Jego projekty zyskały nazwę „rzeźb słownych”, artysta bada przedmiot, próbuje dotrzeć do jego sedna, by w sposób zwięzły i lapidarny ująć to w zapis:

Materiałem dla Lawrence’a Weinera jest język i przestrzeń znajdująca się pomiędzy i za słowami oraz zależność pomiędzy opisywanymi przedmiotami a odbiorcami podobnie je postrzegającymi – napisała o projektach artysty Sabrina van der Ley.

Zdaje się, że najbardziej autentycznymi i szczerymi odbiorcami wystawy są dzieci. Nie przesadzam. Pewne obiekty zaanektowały dla siebie, uznały za element własnej przestrzeni zabawy, toteż chętnie wspinają się na piramidę Colina Ardleya, badają wytrzymałość będących skrzyżowaniem wieży strażniczej i audytorium schodów ustawionych na Rynku Solnym przez Kai Schiemenz, najbardziej jednak polubiły labirynt Franki Hornschemeyer. Instalacja ustawiona na terenie arkadowego dziedzińca byłego klasztoru przy ulicy Greckiej jest rodzajem wariacji na temat planu miasta sporządzonego przez Moranda, ale także skłania widza do interakcji, musi on bowiem wybierając własną drogę pokonać opór dwunastu drzwi uformowanych w kształt krzyża.

Tytuł wystawy Miasta idealne – miasta niewidzialne odwołuje się także do przestrzeni nie istniejącej, do miast, które nigdy nie wyłoniły się z projektów. Kuratorzy wystawy postanowili zatem zaprezentować także twórców idealistycznych koncepcji urbanistycznych. Ta część ekspozycji została skoncentrowana w Muzeum Zamojskim, gdzie można było zobaczyć m.in. szkice i kolaże Grupy Archigram oraz film New Babylon Constanta poświęcony nieżyjącemu już holenderskiemu artyście.

Twórcy projektu zrealizowanego w Zamościu, założyli że wystawa zostanie pokazana również w Poczdamie. Nie zdradzono jeszcze szczegółów niemieckiej ekspozycji, niemniej jednak niektórzy jej uczestnicy już zadeklarowali, że pokażą te same prace.

Na projekt „Ideal City – Ivisible Cities” odpowiedzieli również plastycy skupieni wokół Zamojskiej Galerii BWA prezentując w jej wnętrzach obrazy i instalacje. Dyrektor galerii Jerzy Tyburski mówił: Pierwszą reakcją widzów na to, co dzieje się w mieście, było zdziwienie, a to przecież jest podstawą w odbiorze sztuki. Mam nadzieję, że projekt spełni rolę edukacyjną, ponieważ ludzie, którzy nie chodzą na wystawy, mogą obcować z dziełem w przestrzeni.

Analiza dzieł pokazanych na zamojskiej wystawie skłania do wniosku, że artyści współcześni bardzo sceptycznie odnoszą się do idealistycznych koncepcji, dostrzegają rozdźwięk między rzeczywistością a ideałem. Mimo to pragnienie wymyślania utopijnych przestrzeni urbanistycznych i zainteresowanie tematem miasta jest wciąż bardzo silne. Jarosław Fliciński polski malarz, którego obraz mogliśmy oglądać w ramach projektu, wyjaśniał to zjawisko w sposób bardzo interesujący: Idealne miasto jest więc ekwilibrystyczną próbą, procesem uporządkowania umysłu w układ jak najbardziej doskonały. Proces ten to cel sam w sobie, zdaje się być tyleż samo szlachetny, co nieosiągalny, i z tego właśnie powodu niezwykle atrakcyjny.

Wywód Flicińskiego przynajmniej w części wyjaśnia, dlaczego miasta najpiękniejsze to wciąż miasta niewidzialne.

Font Resize
Contrast