Maciej Tuora. Kod czerwony

Tylko online

Kod czerwony

Na końcu ginie człowiek. Zawsze. Czasami już za ostatnimi stronami książki, za srebrnym ekranem, za napisami końcowymi, ale każda historia kończy się słowem „umarł”.
Umarł w swoim łóżku. Opuszczony przez bliskich.
Umarł postrzelony przypadkowo na ulicy. Niefortunny wypadek.
Umarł z powodu choroby. Nieszczęśliwie. Tragicznie.
Jeśli coś w życiu jest pewne, to właśnie ten koniec. Ciąg dalszy wcale nie nastąpi.
Kiedy ktoś nie umiera w samotności albo we śnie, nie odchodzi cicho, niezauważalnie, to zwykle po drugiej stronie słuchawki jakiś człowiek mówi:
– Pogotowie ratunkowe, słucham.
Potem wykonywane jest następne połączenie i ratownik medyczny otrzymuje zgłoszenie o priorytecie 1.
Zatrzymanie akcji serca.
Topielec.
Wisielec.
Wypadek.
Porażenie.
Wykrwawienie.
Odmrożenie.
Zagrożenie życia.
I nie nazywa się to, jak w filmach, „kod czerwony” czy „alert”, czy inne bzdury. Śmierć to „priorytet numer 1”. Wiem to od człowieka, który się na tym znał, a który umrze już niedługo, na końcu tej opowieści.

Billy miał szczęśliwe życie i miał nieszczęśliwe życie, bo życie to tylko seria lepszych i gorszych momentów – tak twierdził. Jeśli teraz, na starość, musiałby jednak określić je, zaszufladkować, gdyby ktoś przystawił mu pistolet do głowy i kazał to zrobić, to nazwałby je „nocnym życiem” – mówił.

Kiedy urodził się w rodzinie mechanika i gospodyni domowej, przez trzy lata nie dawał im spać. Przepłakiwał całe noce. W dzień zaś odsypiał i jak idealne dziecko budził się tylko na karmienie i przewijanie. Prawie tak, jakby go w ogóle nie było.
Przez to nocne życie jego ojciec-mechanik stracił prawo jazdy. Gdy jechał niewyspany do pracy, prawie zasnął za kierownicą – zmrużył oczy, odpłynął i władował się w stojący na światłach radiowóz. Po latach wypominał to synowi pół żartem, pół serio – tak przynajmniej opowiadał Billy, kiedy pozostało mu jeszcze 15 minut życia.
Mimo tych problemów rodzice kochali swojego jedynego syna. „Kochali”, bo już nie żyją. Każda historia kończy się śmiercią, ta również.
Więc dziś martwi, a wtedy jeszcze żyjący rodzice kochali Billy’ego, mimo że im był starszy, tym bardziej doskwierała im jego nocna aktywność. Nie pomagały rozmowy, wizyty u lekarzy, psycholog, psychiatra, zioła, próby manipulacji i szantaże.

Kiedy Billy trochę podrósł, siedział nocami z latarką pod kołdrą, bawiąc się, oglądając książki, malując kredkami. Zasypiał nad ranem i nie dało się go dobudzić, zachęcić do wyjścia z domu. Matka tkwiła uwięziona w mieszkaniu ze śpiącym dzieckiem. Wolała tę niewolę niż rozpaczliwą walkę przy ubieraniu i wsadzaniu go do wózka. „Przejdzie mu kiedyś” – pocieszała się. Bo dziś martwa, a wtedy jeszcze żyjąca matka Billy’ego kochała syna, mimo że im był starszy, tym bardziej jego nocne życie dawało jej się we znaki.
Kiedy Billy był w podstawówce, zaczęły się poważniejsze kłopoty. Uciekał z domu wielokrotnie; nocą oczywiście. Wychodził po cichu na plac zabaw, huśtał się, wspinał i biegał, dopóki przerażeni rodzice go nie odszukali. Później, kiedy był prawie pełnoletni, każdej nocy włóczył się z kolegami i wieloma dziewczynami – przynajmniej tak to zapamiętał i tym się chwalił Billy.
Nie pomagały groźby, kary, szlabany, coraz częstsze kłótnie.
Ojciec powtarzał, że Billy musi skończyć szkołę i znaleźć pracę, że nie może zaspany ignorować wszystkich obowiązków. Ale im Billy był starszy, tym był mądrzejszy i odpowiadał ojcu, że nie chce być taki jak on, że nie zostanie mechanikiem, bo takie życie jest dla niego przeraźliwie nudne.
Kiedy Billy, jakimś cudem, skończył liceum, poszedł do szkoły wieczorowej. Zamiast uciekać od rodziców i włóczyć się, siedział po nocach, zakuwając. Dyplom odebrał z wyróżnieniem.
– Chłopak nie jest taki głupi – powiedział wtedy, jak twierdzi Billy, jego ojciec.
Więc dziś martwy, a wtedy jeszcze żyjący, ojciec-mechanik kochał Billy’ego i był z niego dumny, a kiedy Billy znalazł swoją pierwszą pracę, chwalił się synem wszystkim sąsiadom.

– Przepracowałem ponad czterdzieści lat, jeżdżąc karetką – Billy popił to zdanie jedną z dwóch pięćdziesiątek wódki postawionych przed nim na barze. – Może nie wiecie, ale to, co pokazują w telewizji, to bzdury. Jeśli ktoś jest umierający, ratownik dostaje wiadomość, że zgłoszenie ma priorytet numer jeden, a nie jakiś tam kod czerwony.
Potem, będąc właściwie już jedną nogą w grobie, Billy opowiedział o swojej pracy, którą kochał ponad wszystko – przynajmniej tak twierdził.

Billy naprawdę nie miał na imię Billy. Koledzy zaczęli go tak nazywać podczas jednego z wyjazdów. Sprawa wydawała się prosta: pijak zasnął w rowie, była zima, kogoś ruszyło sumienie. Billy wysiadł z karetki w asyście drugiego ratownika i kierowcy, który chciał w międzyczasie zapalić. Nie wszyscy znosili nocne zmiany tak dobrze jak Billy, dlatego większość ekipy żyła o kawie i papierosach. Billy nigdy nie palił, nie rozumiał tych, którzy truli się na własne życzenie. Ale to bez znaczenia, bo i tak niedługo umrze, zdąży jedynie dokończyć tę i następną historię.
Czy Billy’emu podobał się taki tryb życia, czy nie – wykonywał swoją pracę i starał się ocucić leżącego na śniegu pijaczka. Powtarzał w kółko:
– Proszę Pana, co się stało, słyszy mnie Pan, jak się Pan nazywa, jak się Pan czuję, czy wie Pan, co się stało, proszę Pana, słyszy mnie Pan, jak się Pan nazywa…
Zionący alkoholem mężczyzna, którego później w podobnych sytuacjach Billy jeszcze parę razy spotkał, gdyż człowiek ten rozpił się po śmierci żony i alkoholem starał się zagłuszyć dręczące myśli, otworzył oczy i powoli, patrząc na Billy’ego, majaczył:
– Billy kochany, przynieś tatusiowi jeszcze jedno piwko, dobrze?

Nad ranem, kiedy cała ekipa ratowników siedziała w jednym z całodobowych barów, nowe imię Billy’ego było żartem dnia. Co raz ktoś podchodził i pijacką mową zagadywał:
– Billy kochany, jeszcze jedno piwko, dobrze?
Od tego czasu Billy został Billym. W sumie polubił to. Stał się postacią charakterystyczną, co bywa przydatne, gdy się jest częstym bywalcem barów.
To w ogóle zabawne – rzekł prawie już wówczas martwy Billy – że całe moje nocne życie, jeśli chodzi o rozrywkę, odkąd pracowałem, nie sprowadzało się nigdy do nocy. Billy nie mógł przypomnieć sobie, czy kiedykolwiek był na tańcach, w restauracji czy w barze po zmroku. Chyba nie. Chyba nigdy. Zawsze miał nocną zmianę, a pił i bawił się dopiero rano, najpóźniej w południe. Kiedy przeszedł na emeryturę i mógł rozpocząć ten rodzaj nocnego żywota, jaki preferowała większość ludzi, czuł się już zbyt zmęczony.
– Na emeryturze nocne życie dzieje się za dnia – stwierdził, po czym wypił drugą pięćdziesiątkę. Rozejrzał się po sali, po twarzach nielicznych gości, spojrzał na mnie i uśmiechnięty zamówił jeszcze jeden kieliszek wódki. – To już na dzisiaj ostatni – powiedział.
Nie wiem, czy Billy zdawał sobie sprawę, że ten kieliszek może naprawdę się okazać ostatnim, ale po jego wypiciu prawie zaraz umarł. Zanim jednak tak się stało, oznajmił, że bardzo lubi – nawet teraz, nawet na starość – pić po pracy zmrożoną wódkę i że w jego sytuacji trudno było czasem nie wypić.
Najbardziej z całego życia Billy zapamiętał jedną noc; po której zaczął regularnie zaglądać do butelki.

Od początku zmiany nie działo się zbyt wiele. Jeździli od jednego do drugiego rutynowego wezwania, więc kiedy Billy usłyszał wiadomość o „priorytecie numer jeden”, ucieszył się nawet przez chwilę, czego aż do teraz się wstydzi – przynajmniej tak powiedział.
Priorytet 1. Niemowlę. Stary Mietek, kierowca karetki w zespole Billy’ego, manewrował po jezdniach, wjeżdżał na chodniki i bluzgał pod nosem, jadąc szybciej niż kiedykolwiek. Billy myślał, że zaraz zwymiotuje, ale udało mu się powstrzymać mdłości.
– Najgorszy – opowiadał powoli Billy, kręcąc na blacie kieliszkiem wódki, która zaraz go zabije – był płacz rodziców i ich błagania, zwłaszcza matki, kiedy reanimowałem ich córkę. To, w jaki sposób ta matka patrzyła na mnie. Czułem jej wzrok przez cały czas, a ona błagała, abym ratował jej dziecko. Niech Pan coś zrobi. Niech Pan jej pomoże. Błagam. Nie wybaczę sobie tego. A ja? Ja wiedziałem, że nic już nie mogę zrobić. Nic. Było za późno, ale dalej walczyłem. Jeszcze przez minutę dłużej próbowałem utrzymać w rodzicach nadzieję, że wszystko będzie dobrze.
Następnego dnia nie miałem nawet siły się podnieść. Leżałem w łóżku i gapiłem się w sufit, pierwszy raz nie mogąc zasnąć w dzień. Do dzisiaj słyszę czasem błagania matki i widzę tę małą dziewczynkę; blond włosy i niebieskie oczy. Ślicznie wyglądała, chociaż leżała nienaturalnie spokojnie, kiedy próbowałem jej pomóc.
Według Billy’ego, pięć dni po śmierci dziecka, trzy dni po zakopaniu w ziemi małej trumienki, matka się powiesiła. O jej śmierci dowiedział się od kogoś z dziennej zmiany, kto był na miejscu i zdejmował ciało, aby je zamknąć w plastikowym worku. Przynajmniej nie cierpiała i nie obwiniała się dłużej – tak pocieszał się w myślach Billy.

– Dużo wtedy piłem – powiedział Billy.
W barze panowała nienaturalna cisza.
Billy podniósł pięćdziesiątkę:
– Ale takie jest właśnie życie. Życie to seria gorszych i lepszych momentów.
Billy wlał w siebie wódkę i zdążył odstawić pusty kieliszek na bar.
Jakby się zachłysnął, gwałtownie uniósł ręce do gardła, osunął się na człowieka siedzącego obok – na mnie, to na mnie się osunął, i upadł na podłogę. Oddychał płytko, charcząc, a potem plując. Bezskutecznie starał się złapać powietrze. Stękał, a jego twarz przybierała dziwny kolor. Po chwili obrócił się na bok i wyrzygał wielką kałużę czarnoczerwonej krwi, w której zaraz babrał się wstrząsany konwulsjami. Wyginał się to w jedną, to w drugą stronę, jakby chciał połamać sobie kości. A potem zastygł, gapiąc się na nas pustymi oczami. Zaśmierdziało, a na jego spodniach pojawiły się plamy.
Barmanka złapała za telefon.

– Pogotowie ratunkowe, słucham?

Pamięci każdego Billy’ego

______________________________

W „Akcencie” 2018 nr 2 można przeczytać opowiadanie Macieja Tuory pt. Diana.