Alina Kochańczyk. Mój Konwicki

Spis treści numeru 2/2020

Mój Konwicki

(…)

Na spotkaniu, o którym teraz opowiem, nie padło ani jedno słowo na temat literatury. Chyba nawet nie padło żadne poważne słowo! Sytuacja była czysto towarzyska, pisarz był w bardzo dobrym nastroju, on nadawał żartobliwy ton rozmowie. Był ożywiony, choć pora była późna i miał prawo być zmęczony. To była kolacja u Bogusława Wróblewskiego. Kiedy mu niedawno o niej napomknęłam, okazało się, że zupełnie o tym nie pamięta. A było tak. Tego dnia Konwicki przed południem pojawił się w redakcji, bo zwołane było posiedzenie Rady Programowej „Akcentu”. Po obradach Rady była jeszcze jakaś oficjałka, potem chyba właśnie ten obiad, o którym opowiedziałam wyżej, a wieczorem – kolacja u Bogusława w domu. Było nas tylko dwoje gości: ja i Konwicki. Żona gospodarza, Małgosia, zastawiła stół, ale mało była przy nim obecna, krzątała się w głębi mieszkania. To nie miała być biesiada, chodziło dosłownie o kolację. Bogusław, wymęczony całodziennym uwijaniem się wokół spraw Fundacji, właściwie tylko przysłuchiwał się mojej z Konwickim rozmowie. Jak mi się zdaje, o niczym ważnym już wtedy nie było mowy. Ja ze zrozumiałych względów najmocniej zapamiętałam grę towarzyską, którą zainicjował i prowadził ze mną Konwicki. Zaczął od wypytania mnie w dowcipny sposób o moją sytuację rodzinną. Wiedziałam, że jest mistrzem słownych gier towarzyskich, ale chętnie podjęłam tę konwencję rozmowy o wiele bardziej żartem niż serio. Wybrałam sobie rolę i z udanym smutkiem zwierzyłam się, że nikt na mnie w domu nie czeka, bo mąż mnie porzucił. Natychmiast posypały się słowa pocieszenia, a na koniec deklaracja: „ja się z panią ożenię”. Z radością te „oświadczyny” przyjęłam i tak ochoczo zaczęłam planować wspólną przyszłość, że Konwicki, który mnie nie znał, najwyraźniej zaczął się obawiać, czy czasem jakiejś „panience z Lublina nie zawrócił w głowie”. Nie byłam „naiwną panienką”, a on był w wieku mego ojca. Ale jak i on lubiłam gry towarzyskie i byłam w nich niezła. Z zadowoleniem spostrzegłam, że Konwicki stara się delikatnie wycofać rakiem: „Tylko, wie pani, jest pani Konwicka…”. Zapewniłam go gorąco, że to wcale mi nie przeszkadza. I tak sobie wesoło gawędziliśmy, było tego i było. Ja bawiłam się bez kropli alkoholu, jako że miałam wracać do domu autem, Konwicki trochę trunku oczywiście zażywał, ale nie był „zmęczony”. Bogusław, czując trudy tego pracowitego dnia, gdy do kolacji też trochę wypił, zaczął przysypiać z otwartymi oczami. Myślałam, że Konwicki będzie spał u Wróblewskich, więc w pewnej chwili się podniosłam i zaczęłam żegnać. Aliści okazało się, że zarezerwowano mu nocleg w hotelu akademickim i dobrze się składa, że mam auto, bo go tam podwiozę. Do hotelu nie było daleko, dosyć szybko byliśmy prawie na miejscu.

Alina Kochańczyk z Tadeuszem Konwickim

Prawie, bo od parkingu do drzwi hotelu było jeszcze kilkadziesiąt metrów. Musiałam mieć pewność, że pisarz dostanie się do wewnątrz, a z tym mógł być problem ze względu na późną porę. Wyciągnął dłoń do pożegnania, uścisnęłam, ale nie dałam się spławić i odprowadziłam go do drzwi. Były otwarte. Znowu wyciągnął dłoń, na co ja: „jeszcze się nie żegnamy, muszę mieć pewność, że zarezerwowany pokój czeka na pana”. Czułam, że jest coraz mocniej zaniepokojony, ale byłam bezwzględna. Razem z nim podeszłam do recepcji i przed nim wyciągnęłam rękę po klucz od pokoju. Bawiło mnie, że pisarz stracił kontenans, ewidentnie nie wiedział, co powiedzieć, jak się mnie taktownie pozbyć. Tymczasem ja zaczęłam się głośno zastanawiać, czy w pokoju jest na pewno ręcznik, czy nie powinnam tego sama sprawdzić. Recepcjonistka nieświadomie mnie wsparła nie dość przekonującym: „powinien być”. Dzięki temu mogłam przeciągnąć namyślanie się, czy nie wejść z pisarzem na górę, żeby uzyskać pewność. Milczał „pobiedniony”, autentycznie przestraszony. Trwało chwilę, zanim oddałam mu klucz i pożegnaliśmy się. Śmiałam się z jego przestrachu całą drogę do domu. Sam tego chciałeś Grzegorzu Dyndało!

Następnego dnia w południe spotkaliśmy się w redakcji, która wtedy mieściła się na ulicy Okopowej. Konwicki przywitał mnie wylewnie, z uściskami i buziaczkami. Słowem nie nawiązał do poprzedniego dnia, ale znaczącym uśmiechem dawał sygnał, że docenia, jak z nim przewrotnie pogrywałam. I nie ma mi za złe, że został pokonany własną bronią. Czułam, że moje zwycięstwo w narzuconej przecież przez niego grze teraz już tylko go bawi. Otrzymałam nawet tego dowód. Gdy ktoś w redakcji wymierzył w naszą stronę obiektyw aparatu fotograficznego, Konwicki gestem dłoni go powstrzymał i szybko dwa foteliki, które zawsze stały po obu stronach niskiego stolika, własnoręcznie przesunął do przodu, zestawił jeden obok drugiego. Usadowił mnie na jednym, zasiadł na drugim i tuż przed pstryknięciem fotki przechylił się znienacka do mnie, wobec czego ja zrobiłam to samo. Mam w albumie rodzinnym kilka przedwojennych zdjęć dziadków ustawionych do zdjęcia w takiej właśnie anachronicznej pozie. Konwicki tym sympatycznym, ale z żartobliwą intencją wykonanym gestem nawiązał do naszego wczorajszego „romansu”. Coś tam jeszcze w redakcji się działo, ale niewiele dziś pamiętam, nawet tego, czy to ja go odwiozłam na dworzec kolejowy, czy ktoś inny. Na fotografię z nim, której on oczywiście nie dostał, lubię popatrywać i zawsze przyjemnie mi wspomnieć, jak to mistrza w grach towarzyskich zapędziłam w kozi róg i jak on godnie przegraną przyjął.

(…)

Całość w wydaniu tradycyjnym „Akcentu”.