Andrzej Muszyński. Gemeinschaft

Spis treści numeru 2/2013

Gemeinschaft1

 

Pożyczyłem skuter i jeździłem po mieście. Pardon, płynąłem w rzece motorów. Nad Mekongiem, osią tej części Azji, jej tchawicą. Niżej on: miliony ton równikowych zlewni, zbiornik brudnych ulew, tropikalnych nawałnic, w kolorze ciepłych i spienionych popłuczyn, jak po praniu kopca chłopskich skarpet w upojne żniwa. A wyżej bulwary i druga rzeka, rzeka skuterków. Tak, Azja jeździ motorkami. Można się zabić od tego patrzenia. W końcu robiliśmy zakłady: co jeszcze będą tymi piździkami wieźli? Na razie mamy rekord: sześciu ludzi na jednym skuterku, czterech na siodełku, ostatni w zasadzie już poza, dwójka małych bajtlów w białych maskach na drugim piętrze, wklejonych pulchnymi nogami w ramiona tych niżej. Kurnik na motorku, stragan sałaty, zakład wikliniarski, świnia za pasażera. Za świnią ganialiśmy przez pół miasta, bo chcieliśmy jej zrobić zdjęcie. Przecież nikt by nam nie uwierzył. Zrobiliśmy je. A na końcu hit dnia: baba na motorze z podpiętą kroplówką. No i nie zrobiliśmy jej zdjęcia. Jechała z naprzeciwka, drugą rzeką, pod prąd. Gdybyśmy wtedy zawrócili, już nigdy nikomu nie zrobilibyśmy zdjęcia. A potem, wieczorem piłem na bulwarze piwo. Studziłem nim moje nasiąknięte żarem ciało, tak jak wschodzący wieczór uspokajał rozpalone płuca miasta. Piłem piwo, jedno, drugie i dalej nic z tego nie rozumiałem.
Na drugi dzień znów jeździłem motorkiem po tym mieście. To było Phnom Penh, stolica. Zatrzymywałem się tylko przy sprzedawcach smażonych bananów. Przy tych wszystkich rozprutych kramach, zgnitych krzesłach ulicznych golibrodów, z których jeden zgolił mi wczoraj włosy z głowy maszynką z kołowrotkiem. Przysmarował mi nieco skórę, chyba spirytem, i jeździł po głowie tym wałkiem, który – nie wiedziałem już – czy te pukle miękko ścinał, czy po prostu niepostrzeżenie wyrywał. Podstawił mi potem lusterko, rozbite zwierciadłem: byłem łysy jak król Sihanouk i mimo wszystko czułem się mniej pewnie. Patrzałem im wszystkim głęboko w oczy, uwiedziony ich nieśmiałością, ale i brakiem tego naszego europejskiego dystansu, lecz oni szybko uciekali wzrokiem. Może więcej z nich ma powody, by unikać natarczywych spojrzeń? Jedziesz przez dwumilionowe miasto, które przez cztery lata, ledwie trzydzieści lat wstecz było miastem duchów, bo Czerwoni Khmerzy wyrzucili z nich wszystkich prócz garstki sołdatów, pilnujących więzień politycznych, i nie wiesz, czy nie kupiłeś smażonego banana od komendanta pól śmierci. Czy usmolony tłustym, żółtym smarem wulkanizator nie strzelił kiedyś w dwa tysiące głów. Czy recepcjonista w hotelu, który mizdrzy się do ciebie znad wielkiego regulaminu, nie rąbał głów tępymi kołkami albo nabijał na nie ciała bez podziału na płeć. Kucharz w garkuchni z tasakiem nad miską splądrowanych nugatów pod wystawą adamaszków. Tak można jeździć w kółko i przypominać sobie zdjęcia z gazet. Historia przegrała z barwną fotografią. Wszyscy dyktatorzy, popaprańcy przegrywają z nią już u zarania swych poczynań. Wcześniej można było wszystko zmanipulować, zatuszować, wyblakło samo. Historia alternatywna się rodziła. Dziś otwierasz National Geographic, z osiemdziesiątego pierwszego, ściągnięty z Internetu i jak na dłoni: kikuty kości wystające ze spuchniętej, tłustej ziemi. Osiem milionów nóg i rąk. Z dyktaturami i juntami wygrają barwna fotografia i film, to na pewno. Tylko co potem? Komu będą robić zdjęcia? Kto namierzy i unicestwi wroga? Gdzie się on rozpłynie, rozmydli, rozpyli? Bańka mydlana pęka, ale woń pozostaje, w przyrodzie nic nie ginie. Nie, tak naprawdę tak długo nie można. Nie można tyle jeździć i tyle razy znęcać się nad nimi tym wzrokiem. Dlatego postanowiłem zacząć kłamać.
Założyłem wykrochmaloną koszulę. Była biała, lecz ta biel nie jest bielą europejską; ona jest bielą azjatycką, południowoazjatycką. Nigdzie koszule nie są tak białe. Naplułem na buty, rozmazałem ślinę papierem toaletowym, zwilżyłem odrobinę włosy wodą i zamówiłem mototaxi. Przyjechało wkrótce. Już zamykałem drzwi, ale wróciłem jeszcze na moment i popsikałem się za uchem świeżymi perfumami z wyraźnym odcieniem cytrusów i piżma. Wyszedłem na zewnątrz. Jechaliśmy. Spojrzałem w mój notatnik, na nazwę ulicy: 338. Taka nazwa. Nie ma imion, nazwisk, bohaterów. Może dlatego, że większość ludzi, którzy mogliby patronować ulicom, wymordowano za Pol Pota. W 1975 roku, w zasadzie to wcześniej, jeszcze na Sorbonie w Paryżu, Pol Pot i jego druhowie postanowili zbudować w Kampuczy utopię egalitaryzmu przystrojoną w bambusowy kapelusz i przy okazji stracili gdzieś po drodze dwa miliony rodaków. Dwa miliony w cztery lata daje około tysiąc pięćset istnień dziennie. Myślę, że oni naprawdę nie wiedzieli. Jak im uzmysłowili, co się stało, to się łapali za głowy, szukali papierów, liczyli. A potem wariowali, tracili pamięć, przecież Pol Potowi przypadło na starość obłąkanie. Zanim zmarł dwadzieścia lat później, kazał ze starej, wodzowskiej pedanterii jeszcze rozstrzelać swojego najbliższego współpracownika, dla pewności z członkami rodziny.
Toteż dają ulicom głównie numery. Po co się męczyć, kombinować. Przyjdzie następna rewolucja i będzie trzeba zmieniać patronów. A tak: czysta matematyka, wolność od skojarzeń, ideologiczna pustka. Po co ryzykować? Ideologiczna pustka, przebierać w mózgach tylko cyferkami, smażyć banany i lepiej nic nie kombinować. Przynajmniej nie tutaj, nie tutaj.
Jest w zasadzie tylko jeden problem: prawie nikt tych ulic nie pamięta, nie kojarzy. Dlatego jeździliśmy w kółko, on był niepocieszony, ja kląłem po swojemu. W końcu trafiliśmy. Mogłem się spodziewać: zadbana rezydencja, docięte żywopłoty i drzewka, których nazw nie znam, połyskliwe, czarne dżipy na ręcznym na podjeździe. Lokalne, to jest – międzynarodowe ngo. Zawsze mają dziuple w takich miejscach. Parę razy to przerabiałem. Żadnych tablic, dzwonków, czegokolwiek. Jakby fałszowali jeny albo uszlachetniali opium. Wszedłem przez bramę do środka, przez podwórze, gdzie skrzeczały jakieś wielkie, kolorowe ptaki. Najpierw fotografie, na ścianach: gepardy, tygrysy, małpy, węże, niedźwiedzie. I ta jedna, nie możesz przestać patrzeć: stół wielki jak u rzeźnika, nad jakąś czystą, szklistą rzeką, a na tym stole zwały mięsa, jakby wątroby, kocie łby, małpie łapy. Przy biurku siedział prawdopodobnie Kambodżanin w garniturze (wyglądał jak na miarę) i wydaje mi się, że mówił po angielsku lepiej ode mnie. Powiedziałem mu, po co przyszedłem. To wtedy zacząłem kłamać, ale o tym za chwilę. Wysłuchał mnie uważnie, nawet uroczyście odrobinę, po czym niespodziewanie wyszedł, nie zrywając się, ale czyniąc to w okamgnieniu. Tykał bambusowy zegar. Wrócił. Podstawił mi pod nos karteczkę: białą, pustą, niezapisaną, lekko na krawędzi postrzępioną, widać, że oderwaną od większej całości linijką. Poprosił: proszę napisać list do pana Thomasa i swój numer telefonu w Kambodży. Tak też zrobiłem, uścisnąłem mu bezustannie spoconą dłoń i wybiegłem na ulicę.
Chyba już dzień później zadzwonił telefon. Akurat zaparkowałem wtedy motor na jakiejś wąskiej uliczce. Voilà: tak pachnie Azja Południowa. Żaden kontynent tak nie pachnie. Nawet na tej szerokości geograficznej. Ani Afryka, ani Ameryka Łacińska. Długo o tym myślałem. Dlaczego Nowy Świat tak nie przesiąkł tym pęczniejącym, fermentującym fetorem, tymi gałkami muszkatołowymi, świeżymi pałkami wanilii, perfumami w kostkach i balsamach, tą owocną zgnilizną, rozkładaną bezustannie przez niewidoczne plejady tropikalnego planktonu? Prościej: dlaczego nie przesiąkł tak człowiekiem? Myślałem po prostu, że to czas; żeby tak nasączyć świat jego wonią, w swojej do bólu gorejącej fizyczności, obnażonym z epokowych iluzji i inteligenckich fanaberii trzeba zwyczajnie cierpliwości i czasu. W Nowym Świecie i Afryce mają przestrzeń: wiatry z Andów, knieje, sawanny po pięć tysięcy kilometrów, powietrzne korytarze. Wszystko wietrzeje i rozbija się o Atlantyk albo El Nino. A tu? Przecież tu rodziło się wszystko; kiedy pięćdziesięciotysięczny Londyn spływał strugami żółtych szczyn, milion ludzi mieszkało w Angor Wat, którego architektoniczne cuda przyjeżdżali podziwiać sami władcy Kitaju. Azja nakopulowała miliardy, lecz starzeje się po buddyjsku: w samotności i z twarzą wystawioną na wiatr. W Nowy Świat wpuścili młodą, europejską, bezwonną krew. A tak jak Azja pachną tylko starcy.
(…)
_____________________

1Gemeinschaft (niem. wspólnota) – przedmiot badań niemieckiego socjologa Ferdinanda Tönniesa (Wspólnota i Stowarzyszenie) – rodzaj stosunków społecznych oparty na „woli organicznej”. Łączy jednostki na podstawie bliskości emocjonalnej. Więzi wytwarzane są w oparciu o pokrewieństwo lub braterstwo.

 

 Ciąg dalszy w papierowym wydaniu „Akcentu”.

Font Resize
Contrast