Joanna Clark. Wuj Zbych

Spis treści numeru 4/2015

Wuj Zbych

 

– To tu.

– Co?

– Jak to co, furtka. W tym miejscu. Do głównej alejki. Płot był inny, drewniany, nie jak teraz ten okropny z drutu. Ja pamiętam, jak był zupełnie nowy i dziadek sam wszystkiego doglądał, mówił, że deski prosto z tartaku Oldaka na Grodziskiej. Piękny płot, zanim go Niemcy zrujnowali.

– A swoi rozkradli. Potem Pakuła jako tako naprawiał. Furtkę też, z zasuwą. Bardzo był z tej zasuwy dumny, chwalił się. Chyba trochę dalej, na wprost słupa.

– Ty od razu, że swoi. Zawsze coś takiego musisz wtrącić. Złodzieje i już. Wszędzie są, w twojej Ameryce też. Nie, nie dalej, tu, koło sosny. I patrz, ta sosna o dziwo jest. Ani nie umarła, ani jej nie ścięli. Bo sztachety z płotów też ludzie brali na opał, zima w czterdziestym piątym była strasznie mroźna, a ani węgla, ani elektryczności, niczego. Byłaś za mała, żeby to pamiętać.

– Powiem ci, co pamiętam, mówiąc o złodziejach. Marcinkowską z naprzeciwka, jak ciągnęła na sankach nasz kredens, właśnie tędy, główną alejką. Niemcy rano uciekli przed Sowietami, jeszcze czuć było na Lilpopa ich benzyną, my wracamy do domu, a już Marcinkowska zdążyła wejść i capnąć kredens. Silna baba. Babcia nie chciała wierzyć własnym oczom. Zatrzymała ją: „Ależ pani Marcinkowska!”. Ale widzisz, jej domku już nie ma. Dom Mazurków jest, odpucowany, dom Jonkajtisów w takim samym jak był betonowym kolorze, a w środku nic. Napisane „Działka na sprzedaż”. Ciekawe, czy zalesiona, czy niezalesiona? Może powoli chodźmy. Zaraz zacznie padać, już kropi… Pamiętam ostatnią wojenną Gwiazdkę, szkarlatynę Małgosi i jak nas Niemcy wtedy wypędzili, z Małgosią w gorączce. Sporo fragmentów z czterdziestego czwartego roku. Nawet wcześniejsze migawki, jakąś twoją kłótnię z mamą, mamę w szpitalu ujazdowskim…

– Ty widzisz na naszej alejce Marcinkowską, a ja przedwojenną majową niedzielę. Idą warszawiacy. Babcia patrzy z balkonu, ojciec biegnie na spotkanie szwagierek Cesi i Bronki ze Zbychem. Idą Tadzikowie, Jurkowie, Wanda i Marychna, więc Jaś i Jędrek, ty ich nie pamiętasz jako chłopców, nie było cię jeszcze na świecie. Letnie sukienki, panowie zdejmują marynarki, powitalne okrzyki, śmiechy, wąchanie bzu. Zbych już od furtki śpiewa swoim kołomyjskim barytonem Małgorzatka dziewczę młode do malutkiej Małgosi, miał do niej specjalny sentyment. Mama w kuchni liczy befsztyki… Masz rację, kropi. Która godzina? Za wcześnie żeśmy przyjechały. Kolejka teraz szybciej jedzie niż dawna EKD. No i znów się rozjaśnia. Przejdźmy spacerkiem na drugą stronę.

– Po wojnie też przyjeżdżali.

– Tak, kto przeżył… Czekaj, mam ciekawą rodzinną wiadomość, chciałam ci wczoraj opowiedzieć, ale wypsnęło mi się z głowy. Parę dni temu budzi mnie telefon. W słuchawce…

– Zobacz, zmienili nasz dach na czerwony. Szkoda. Nie pasuje. I w miejscu stróżówki Pakułów postawili garaż.

– …w słuchawce Doda Jakimczykówna. Przyjechała z Danii, bo wyszła za mąż za Duńczyka. Koniecznie chce się ze mną zobaczyć, z Małgosią, odnowić stosunki rodzinne.

– Jaka Doda?

– Nasza kuzynka! Jakimczykówna. Bratanica wujka Zbycha. Córka najmłodszego z trzech Jakimczyków. Wszyscy przystojni, ale ten Witek był wprost piękny i Doda do niego podobna, ładna kobieta. Zadbana, dobrze ma w tej Danii, jedna z jej córek wyszła za dyplomatę, ale Doda mówi, że trzymają język polski, tradycje. Spragniona wspomnień rodzinnych pyta, czy mamy jakieś pamiątki, fotografie wujka Zbycha…

– Przestań z tym wujkiem. Żaden nasz wuj. Żaden mój wuj.

Spragniona wspomnień! Co, ona nie wie?! Udaje, że nie wie? Ty masz udawać? Powiesz jej, że te pamiątki, te dokumenty i fotografie, które ciocia Bronka spaliła – tu, przy mnie, w piecu w kuchni – gdzieś się przypadkiem zawieruszyły?

– O, o! Już się nabarmuszasz. Mąż ciotki to jest wuj. A ty zaraz udaje. Ty myślisz, że wszystko wiesz. Naoczny świadek się znalazł, przyjechał z Nowego Jorku. Jedna pani drugiej pani. I co Doda może mieć z tym wspólnego, urodzona po wojnie, daleko na dodatek od Warszawy. Mieli i tam swoje tragedie. Czekaj, chyba tu się zaczyna nasza działka. Z lasku zrobiła się puszcza. Czy to są paprocie, czy pokrzywy?

– Pokrzywy. Chyba nie będziesz twierdziła, że historia Jakimczyka była tragedią! Granatowy policjant, który za to, co robił w getcie, za to…

– Właśnie, że będę twierdziła. Bo to mogła być pomyłka. Wiele było takich pomyłek w trakcie powstania. Po drugie, policjanci granatowi nie wchodzili do getta. Czytałam tylko co. A pracować podczas okupacji musieli. I wielu zachowało się bohatersko. Zginęło bohaterską śmiercią. I to też mógł być taki przypadek.

– Ale dobrze wiesz, że nie był. I w jakim piśmidle czytałaś, że granatowi policjanci nie pracowali w getcie? A to futerko, które przyniósł Małgosi? Sama pamiętam, jak Małgosia, Bogu ducha winne dziecko, mówiła w parku Ujazdowskim, że „futerko wuj Zbych mi przyniósł z getta”. Mama była wściekła na Cesię, że wzięła.

– Zmyślasz. Masz to po mamie: sama słyszałam na własne uszy, widziałam na własne oczy, przysięgam na wasze życie, bo potem w to wierzyła. Futerko, z królików… Niemcy część tych najgorszych żydowskich futer – zresztą Polakom też odbierali – mogli oddawać na posterunek policji.

– A Regina? Przypomnę ci, co ty mi opowiedziałaś o twojej rozmowie z Pakuliną, wkrótce przed jej śmiercią. Siostra siostrze, z nikim innym nie mogłabyś się czymś takim podzielić. Powiedziałaś mi, że w pierwszej chwili myślałaś, że poczciwa, zawsze oddana naszej rodzinie Pakulina zwariowała. Powtarzam ci twoją relację z tej sceny, w miejscu, do którego się właśnie zbliżamy, przy frontowej furtce. Pakulina wychodzi ze stróżówki i zaraz po twoim dzień dobry, co u państwa słychać, jak biodro pana Jana, co u Lodzi, ni stąd, ni zowąd wybucha: Że to wyście mojej Lodzi wytykali, że przychodził do niej żołnierz Wehrmachtu, co był Ślązak mówiący po polsku. Państwo inteligenci, właściciele willi, takie honorowe, a w tym samym czasie zięć właścicielki napastował tę młodą Żydówkę Reginę, w zimowych miesiącach, kiedy ona była sama jedna w willi, ukrywała się, o czym wszyscy sąsiedzi wiedzieli, wszyscy ją chronili. Zięć policjant przyjeżdżał niemieckim autem… Z płaczem się Pakulinie skarżyła. Szantażował, albo mu się odda, albo on doniesie na gestapo. To kto ma się po wojnie wstydzić, ona za córkę, a nic tam między nią i tym Ślązakem nie zaszło, czy panie doktorki i profesorki za takiego drania w rodzinie! Zdębiałaś. Ja też bym zdębiała. I jeszcze mi powiedziałaś, że się potem zastanawiałaś, dlaczego Pakulina właśnie ciebie z tym dopadła, skoro tobie nigdy do głowy by nie przyszło, żeby oskarżać Lodzię. Ten Ślązak młody chłopak, mundur na nim wisiał, całkiem prawdopodobne, że później zginął gdzieś na swoim Śląsku. Myślałaś, że może dlatego, że ty i Lodzia Pakulanka w tym samym wieku, wtedy szesnaście, siedemnaście lat. Tak się to starej kobiecie nagle skojarzyło. Zapiekły żal i złość. Choćby o dalsze życie Lodzi, w porównaniu z twoim. Kropka.

– Co jeszcze ci w tym twoim wyssanym z palca scenariuszu powiedziałam? Że zgwałcił jedną Żydówkę, a drugiego Żyda po drodze zarąbał siekierą? Idź z tym do Hollywoodu, tam ci dadzą oklaski. I nie waż się mnie wmawiać…

– Uspokój się. Ta rozmowa była dawno, przed sporem o Jedwabne, który pogłębił rozłamy. Wtedy, wcześniej, nie zabierałaś głosu w dyskusji, to było prywatne, między nami. A teraz czujesz się w obowiązku bronić naszej Świętej Narodowej. Naświetlać, jak to się mówiło w pamiętnym PRL-u, albo usuwać. Usunąć Jakimczyka sprzed tej furtki.

– Ale się zrobiłaś przemądrzała! Jakie ty czytasz piśmidła? Ziejące nienawiścią do Polski. Zapiekłą. Oni tu nie byli, nie widzieli, co się działo. Jak Niemcy po wywózce miejscowych Żydów do getta w Grodzisku chodzili od domu do domu, z psami, czy ktoś się nie ukrywa. Regina, która była u nas od początku do końca, miała schowek w pustym baku na strychu. Jak okoliczna smarkateria, Stasiek Pakuła, chłopcy Kowalskich, widzieli, że Niemcy jadą, przybiegali ostrzec. Nie tylko Regina na strychu. Inni też się ukrywali, na krócej, na dłużej. Jan Pakuła wykopał kryjówkę pod pompą na podwórku, w willi pani Załuskiej przechowała się cała rodzina. Tam jej stróż, Jakubowski, zrobił dla nich miejsce w piwnicy, zamaskowane węglem. Sypało się koło tych kryjówek naftalinę, żeby psy nie zwęszyły. Ktoś, nie wiem kto i jak, uratował starych Niutka i Niutkową. Po wojnie mieli sklepik na rogu Wiewiórek i wyście z Małgosią chodziły „do Niutka” kupować, na borg, lizaki i chałwę. Do naszej Władysławy przychodził nocami kilkunastoletni chłopiec, który się ukrywał w lasku Warkusa i Władysława trzymała dla niego zupę. Zaraz po wyzwoleniu przyszedł do niej z bukietem kwiatów. Ogólne zdziwienie: kwiaty dla służącej! I nikt nie donosił, nie szantażował. Litość dla Żydów i nienawiść do Niemców wzięły górę nad początkową chęcią zysku, a zresztą ci ukrywający się nie mieli już się czym szmalcownikom okupywać. I ksiądz Franciszek Kawiecki wzywał z ambony, żeby pomagać. Sam pomagał.

– A bogaci Oldakowie? Czy wiesz, co się z nimi stało?

– Dwaj synowie starego Oldaka, którzy mieli skończone studia prawnicze, wyjechali przed wojną do Szwajcarii. Ich rodzice przeżyli, ukrywał ich ksiądz gdzieś na wsi koło Sandomierza. Młody Karwasser, syn właścicieli składów węglowych – dziadek u nich kupował – uciekł z Treblinki. Siostry Urszulanki na Konopnickiej uratowały kilkoro żydowskich dzieci. Podobno jednego chłopca przebrały za dziewczynkę… Ale dwie córki sklepikarza Świczki, które ukrywały się w cegielni, nie przeżyły, były różne wersje… Piękna Rózia Nowomińska, w szkole prymuska, nie przeżyła. Wydostała się z warszawskiego getta, a potem tam do rodziców wróciła, mimo że matka jej szkolnej koleżanki, u której się tu zatrzymała, namawiała ją na zostanie.

Mogły też obie nie wytrzymać nerwowo kolejnej obławy, bo było już wiadomo, że Niemcy rozstrzeliwali i ukrywanych, i ukrywających… Nie tylko Żydzi się ukrywali, partyzanci, ludzie, którym groziła wywózka na roboty do Rzeszy… Tak to było.

– Pamiętam jedną obławę, pewnie już ostatnią, jesienią po powstaniu. Niemcy musieli przyjechać bardzo szybko, bo nikt nie ostrzegł. Babcia słyszy ich na schodach, wpycha Reginę do pokoju, w którym mama leżała po operacji i sama staje w drzwiach, wita ich po niemiecku, oni w zabłoconych oficerkach z czarnymi psami na krótkich smyczach na korytarz, gdzie my z Małgosią – babcia pokazuje im ten pokój z mamą i Reginą, mówi im, że tam pielęgniarka przy chorej na tyfus. Jak wpadli, tak wypadli. Do dziś widzę twarz Reginy, białą jak ściana. Dziwiłam się, że można tak zblednąć. Tym bardziej, że jako blondynka miała raczej różową cerę.

– Utleniona blondynka. Zaraz po wojnie wyemigrowała do Izraela i nigdy się do nas nie odezwała.

– Po tym, co przeszła? Pięć lat piekła. Pewnie nigdy się nie dowiedziała, że jej prześladowca, wuj Zbych, został rozstrzelany z wyroku AK.

– A potem ich rozstrzeliwano. W Polsce z sowieckich wyroków. Z zapiekłej nienawiści. Naszego ojca też by zamęczyli, gdyby wcześniej nie poległ. I tym mordercom, ani jednemu, włos z głowy nie spadł. Jeszcze dostali wysokie emerytury, wyższe od mojej. Ich dzieci teraz nas szkalują. Granty na to dostają na twoich amerykańskich uniwersytetach, gdzie huzia na Polaków. Jakby gdzie indziej Żydzi nie ginęli, nie dziewięćdziesiąt procent w dobrej Holandii, nie w Belgii, we Francji, gdzie inaczej niż w Polsce były proniemieckie rządy. Co Żydzi w Ameryce robili podczas wojny? Uszy zatykali, jak im Karski i inni pokazywali świadectwa o gehennie ich pobratymców. Bali się u siebie antysemityzmu. Przyjmowania uchodźców, bo co za dużo, to niezdrowo. Roosevelt był zajęty podlizywaniem się Stalinowi, Anglia też… Dosyć, wejdźmy już. I ty się targuj o cenę działki, ja tego nie umiem. Aha, jak się spotkasz z Dodą, żebyś pary nie puściła na temat Zbycha. Po co to jej i jej córkom wiedzieć. Jeden z jej zięciów jest jakimś ambasadorem w Tel Awiwie, właśnie ma tam do nich jechać. Stąd prośba o pamiątki.

– Powiedz jej, żeby odnalazła Reginę. Wybacz niewczesny żart. Nic…

– Pewnie już nie żyje.

– Żyje, póki my żyjemy.

– Dzwoń.


Utwór „Wuj Zbych” jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska (CC BY 3.0). Pewne prawa zastrzeżone na rzecz Joanny Clark oraz Wschodniej Fundacji Kultury „Akcent”. Utwór powstał w ramach programu współpracy z Polonia i Polakami za granicą w roku 2015. Zezwala się na dowolne wykorzystanie utworu, pod warunkiem zachowania ww. informacji, w tym informacji o stosowanej licencji, o posiadaczach praw oraz o programie współpracy z Polonią i Polakami za granicą. Treść licencji jest dostępna na stronie http://creativecommons.org/licenses/by/3.0/pl/