Tadeusz Chabrowski. Po raz pierwszy w Rzymie

Spis treści numeru 3/2015

Po raz pierwszy w Rzymie

Lot z Londynu do Rzymu trwał dwie i pół godziny. Nie zdążyłem nawet uporządkować myśli, ostudzić swojej „mniszej duszy” po pobycie w anglosaskim mieście, kiedy w samolocie polecono nam, byśmy ponownie zapięli pasy, ponieważ zbliżamy się do lądowania na rzymskim lotnisku Fiumicino – Leonardo da Vinci.
Lotnisko znajduje się 26 km na południowy zachód od centrum miasta. Po wylądowaniu i przejściu rękawem do ogromnego pomieszczenia wsiedliśmy do kolejki, która przewozi pasażerów do odprawy celnej. Nie byłem jeszcze obywatelem amerykańskim, tylko rezydentem z dokumentem tożsamości ważnym rok. Tym razem nie mogłem liczyć, że mnie ktoś odbierze z lotniska. Byłem zdany na własne siły. Dobrze oznakowane korytarze i wyjścia pomogły mi dotrzeć na przystanek autobusowy, z którego miałem dojechać do centrum miasta. Kierowałem się sugestiami, jakie otrzymałem przed wyjazdem do Europy od Brunona Sadnickiego. Ze stacji autobusowej wziąłem taksówkę, którą dotarłem do klasztoru Paulinów na via Barbieri 22.
W klasztorze wiedziano o moim przyjeździe do Rzymu, ale nie spodziewano się, że nastąpi to tego dnia. Było mi to na rękę, bo nikt z mojego powodu nie musiał się trudzić wyjazdem na lotnisko. Piszę te notatki po 50 latach, więc moja pamięć w niektórych momentach może zawodzić, ale ogólne wrażenia, jakie mi po tym wieczorze zostały, nie są pozytywne. Opiekę nad klasztorem i skarbonkami w kościele sprawował brat Stefan. Pełnił też funkcję kucharza, kościelnego i ekonoma. W tym okresie SB bardzo utrudniało wyjazdy z Polski. Argumenty, że klasztor potrzebuje kapłana do pełnego funkcjonowania parafii, właściwie dla esbeków nie miały żadnego znaczenia. Byli święcie przekonani, że gdzie jak gdzie, ale w Rzymie księży nie brakuje.
Prawdopodobnie właśnie dlatego, gdy potem prosiłem o. Michała Zembrzuskiego o przedłużenie pobytu w Rzymie, łatwo je otrzymywałem. Po prostu byłem potrzebny w klasztorze po to, by codziennie o ósmej rano odprawić mszę św. i podnieść na duchu kilka staruszek, które dzień w dzień odwiedzały kościół.
Z Janem Głowackim udało mi się nawiązać kontakt dopiero po dwóch dniach. W tym czasie chodziłem z bratem Stefanem na zakupy. Była to okazja, żeby wyjść z klasztoru i zobaczyć miasto. W sklepach brat kucharz wyciągał rękę po makarony, przecier pomidorowy, jarzyny, sól i oliwę; w sklepie mięsnym po żeberka wołowe, mieloną wołowinę na kotlety i krążki niewędzonej kiełbasy do gotowania. Pomagałem mu dźwigać torby z prowiantem. Wypytywał mnie o ojca Stanisława i ojca Michała i jak się nam wiedzie w Pensylwanii. Obu ojców znał bardzo dobrze, bo mieszkali przez lata w Rzymie i klasztorne życie wtedy jakoś się im układało. Po ich wyjeździe do Ameryki wszystko przygasło. Żeby klasztor mógł związać koniec z końcem, o. Michał ciągle musiał przysyłać pieniądze z Ameryki.
We wtorek po mszy św. w końcu dodzwoniłem się do Janka Głowackiego. Umówiliśmy się, że przyjdzie po mnie następnego dnia do klasztoru. Jak przystało na porządnego artystę, spóźnił się 20 minut. Był szczupły, ubrany w niebieskoszare dżinsowe spodnie i bordową koszulę. Czupryna mocno już przerzedzona, twarz ciekawa, niepospolita. Oczy czujne jak u węgorza.
Chciałem jak najszybciej wyjść na zewnątrz, włączyć się w rytm ulicy i zobaczyć, jak żyje to miasto. Wiedziałem, że mamy wspólny temat do rozmowy, który na pewno rozładuje nasze początkowe onieśmielenie. Zacząłem pierwszy:
– Bruno prosił, żeby pana serdecznie pozdrowić.
– Był w lipcu w Rzymie, ale jak zwykle zajęty swoimi sprawami i nie znaleźliśmy dużo czasu na rozmowy.
Wyczułem, że nie mieli wielu tematów, które by ich łączyły. Bruno wykładał ekonomię polityczną na katolickich uczelniach w Pensylwanii, a kiedy pojawiał się we Włoszech, szukał kontaktów ze swoimi dawnymi znajomymi z tej branży. Zwykle konfrontowali w dyskusjach najnowsze rozwiązania ekonomistów amerykańskich i europejskich. Powodów do gorących polemik nie brakowało. Poza tym Bruno w czasie pobytu w Rzymie uczęszczał do oper, kupował modne garnitury i krawaty, na które Głowackiego nie było stać.
Po przejściu dwóch czy trzech ulic i wielu przerwach w dialogu wymuszonych przez wymijających nas ludzi na zatłoczonych chodnikach, w chwili kiedy czekaliśmy na zmianę świateł na skrzyżowaniu, pan Jan powiedział:
– Proponuję byśmy poszli do pierwszej lepszej trattorii, coś zjedli i napili się lokalnego wina. Tam będzie nam łatwiej ustalić jakiś plan poznania tego niezwykłego, pełnego zabytków miasta.
Ochoczo przytaknąłem ostrzyżoną na rekruta głową, tym bardziej że za skrzyżowaniem na szerokiej avenue znajdowało się mnóstwo restauracji i trattorii. Pan Jan wybrał stolik na zewnątrz lokalu, ale pod zadaszeniem, które chroniło nas przed słońcem. Spytałem, jaka jest różnica pomiędzy restauracją a trattorią.
– Trattorie są zwykle mniejsze, prowadzone przez członków jednej rodziny. Szczycą się tym, że serwują domowe dania i produkowane przez siebie wino lub vermut.
Po zapoznaniu się z menu zamówiliśmy śniadaniową pizzę i karafkę czerwonego wina. Pizza okazała się niedużym okrągłym plackiem, przeciętym na cztery części na każdej znajdowało się sadzone jajko, lekko zanurzone w roztopionej mozzarelli, udekorowanej żółtą i czerwoną słodką papryką. Wyglądało to nadzwyczaj apetycznie.
Po rozlaniu wina do szklanek, pan Jan zaproponował, byśmy przeszli na „ty”.
– Bardzo chętnie – odpowiedziałem – tym bardziej że mam dwa imiona do wyboru, jedno zakonne Wacław, a drugie, prywatne, Tadeusz.
– Wolę to prywatne, Tadeusz.
Jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki nasza rozmowa nabrała szybszego tępa. Chciałem dowiedzieć się, co go zatrzymało w Rzymie. Po skończeniu wojny miał okazje pojechać do Francji, Anglii lub Ameryki.
– Tadeusz, to miasto mnie zauroczyło. Już w szkole podstawowej zacząłem rysować i ugniatać z plasteliny małe figurki. Kiedy po Monte Casino znalazłem się w Rzymie i w pierwszych miesiącach bez pracy włóczyłem się po mieście, co krok wpadałem na jakiś zabytek, którym nie mogłem nasycić oczu. W zdumienie wprawił mnie amfiteatr Flawiuszów, czyli Koloseum, które było w stanie pomieścić 50 tys. widzów.
– Pamiętaj, że rozmawiasz z profanem. Jestem pierwszy raz w Rzymie i cała moja wiedza o tym mieście opiera się na notatkach, jakie kiedyś robiłem w seminarium podczas wykładów z historii Kościoła.
– Jeśli tylko będziesz miał ochotę i zdrowe nogi, oprowadzę cię po najciekawszych zakamarkach tego miasta. Nie zaglądając do podręczników historii, dzięki naszym wycieczkom poznasz, jak został zbudowany Panteon, najlepiej zachowany zabytek starożytnego Rzymu – świątynia bogów – cud inżynieryjnego kunsztu z kasetonowym sklepieniem kopuły.
Z minuty na minutę czułem się z Janem coraz swobodniej. Rozumiałem jego przywiązanie do sztuki i to, że chce, bym uczestniczył w jego przeżyciach. Działo się to pewnie z potrzeby dzielenia się odkrytymi skarbami. Często po napisaniu wiersza robię to samo. Czytam go innym, spodziewając się komentarza i reakcji na pomysł. Wiersz poczęty w głowie, a następnie spisany na kartce próbuje zaistnieć sam dla siebie. Razem z poetą przechodzi te same stadia metamorfozy, co poczwarka motyla. Poeta to nie co innego, tylko uskrzydlony owad.
Pod koniec naszego półtoragodzinnego posiedzenia w trattorii Jan spytał mnie o wiersze. Nie miałem ich ze sobą, bo wydawało mi się, że będzie nietaktownie zaczynać od ich prezentacji, jeśli nie poznałem jeszcze artysty.
– Janku, mam dla ciebie przygotowaną kopertę z wierszami, format książki i próbki papieru, na których zostanie wydrukowana. Wręczę ci ją jutro. Teraz, jeśli masz ochotę, przejdźmy się po mieście – może natkniemy się na jakąś fontannę tryskającą „monetami”.
– Tadeusz, w tym mieście nie wzywaj żadnego imienia fontanny nadaremno. Jest ich w Rzymie tyle, że w niejednej, jakbyś się uparł, możesz się wykąpać.
Po chwili wstał od stolika, strzepnął okruszyny z ubrania i powiedział:
– Przejdziemy jeszcze dwie przecznice i pokażę ci najsłynniejszy zabytek tego miasta – fontannę di Trevi.
Po obfitym drugim śniadaniu wyszliśmy na ulicę z dużym zapasem energii. Janek, wyczuł, że będzie miał we mnie pilnego słuchacza, bo bez przerwy raczył mnie nowymi wiadomościami.
Fontanna di Trevi powstała w 1732 r. z inicjatywy papieża Klemensa XII, który ogłosił konkurs na najciekawszy projekt. Poprzednia była zbudowana w 1435 r. i wymagała generalnego remontu. Papież wybrał projekt Niccolo Salviego. Prace trwały blisko czterdzieści lat. Forma tej barokowej fontanny przypomina fasadę dużego budynku. Centralnymi postaciami są Neptun i dwa trytony, będące symbolami Kastora i Polluksa. Reprezentują odmienne stany morza (ciszę i sztorm). Cztery statuy umieszczone na balustradzie symbolizują pory roku. W sąsiednich niszach znajdują się kobiece postacie będące alegoriami Zdrowia i Obfitości. Fontannę zasila woda doprowadzana akweduktem zbudowanym przez Agrypę w 19 r. p.n.e.
Po chwili, kiedy znaleźliśmy się w pobliżu fontanny, uświadomiłem sobie, że już gdzieś ją widziałem. Pospiesznie przesypywałem w myślach piasek wspomnień, żeby przywołać te okoliczności. Nie mogła pojawić się w podręcznikach historii Kościoła, bo takich podręczników nie mieliśmy, kiedy byłem w seminarium. W pewnym momencie Janek, zafascynowany swoją narracją na temat fontanny, wspomniał film Federico Felliniego Dolce vita i wtedy sobie przypomniałem.
Blisko pół roku temu Bruno i Wolter namówili mnie do obejrzenia nowego, awangardowego filmu Felliniego granego w pobliskim Lumbert-ville, w New Jersey po drugiej stronie mostu na rzece Deluware. Długo się wahałem, bo kino, o którym mówili, było oddalone od klasztoru zaledwie siedem mil i mogłem spotkać tam znajomych. Umówiliśmy się na ostatni seans. Film rzeczywiście zrobił na nas ogromne wrażenie. Wracając do domu, zatrzymaliśmy się w New Hope w znanej ciastkarni, by podzielić się pierwszymi wrażeniami.
W opinii Brunona Fellini w tym filmie przeszedł samego siebie. Odszedł od sielankowej narracji powieściowej, stworzył gorzką satyrę obrazującą upadek europejskich wartości. Zachwycony przytoczył także opinię reżysera, że „teraz filmy powinny upodobnić się do poezji”. Waltera najbardziej zafascynowała w filmie scena nocnej kąpieli w fontannie di Trevi, odegrana przez szwedzką miss piękności Anitę Ekberg, oraz jej nocne wędrówki po mieście. Sposób, w jaki Walter uzasadniał swoje odczucia, sprawił, że jego nietaktowny wywód utkwił mi w pamięci.
– Ona wyglądała jak foka tańcząca w morzu, chciała przyciągnąć do siebie gapiącego się na jej piersi Neptuna.
Ja byłem oczarowany aktorstwem Mastroianniego, który grał rolę paparazziego polującego na przyjazd gwiazdy filmowej do Rzymu, której nie opuszczał na krok.
Tego wieczoru do mojego pokoju na pierwszym piętrze musiałem wspinać się po rynnie, bo kolega, z którym mieszkałem w budynku, domyślając się, że gdzieś wyparowałem, zamknął główne wejście na łańcuch.
Scena z fontanną, choć zaprezentowana bardzo plastycznie, nie zrobiła na mnie wrażenia. Dopiero stojąc obok di Trevi i słysząc plusk wody, mogłem w pełni docenić jej urok. Z zainteresowaniem obserwowałem turystów wrzucających przez ramię do fontanny monety, by zapewnić sobie powrót do Rzymu. Janek wyjaśnił, że pracownicy miasta każdego wieczoru czyszczą dno, a wyławiane monety przeznaczają na utrzymanie zabytków oraz potrzeby biednych.
*
Przez dwa następne dni nie mogłem dodzwonić się do Janka. Trzeciego dnia pojawił się przy furcie, zmoknięty jak kura. Rozpoczęła się rzymska jesień, chłodna i deszczowa. Nie był to najlepszy czas na zwiedzanie miasta. Zaprosiłem go do refektarza. Brat Stefan zrobił mu jajecznicę na boczku i kubek gorącej herbaty. Pokazałem kopertę z wierszami i rodzaje papieru, który polecili mi przekazać państwo Bednarczykowie przed wyjazdem z Londynu. Rozmawialiśmy ponad godzinę. Do rozmowy włączał się od czasu do czasu brat Stefan, który próbował przy okazji dowiedzieć się więcej na temat rezydencji biskupa Rubina. Janek podnajmował u niego mały pokój, w ramach różnych prac, jakie dla biskupa wykonywał.
Przed wyjściem umówiliśmy się, że w dni mniej deszczowe będzie po mnie przychodził, by kontynuować zwiedzanie miasta. Zostawił mi rozkład pociągów metra oraz mapę. Bardzo mnie ucieszyła, bo na drugiej stronie miała zdjęcia dziesięciu najważniejszych zabytków Rzymu z krótkimi objaśnieniami w kilku językach.
Pozostałą część dnia przesiedziałem nad mapą. Dowiedziałem się z niej, że via Barrbieri, na której jest klasztor, mieści się niecałe pół mili od Cita del Vaticano i Bazyliki św. Piotra, usytuowanych po zachodniej stronie Tybru. Okazało się później, że prawie wszystkie zakony i zgromadzenia starają się mieć swoich przedstawicieli (ambasadorów) blisko siedziby papieża. Można je znaleźć rozsiane wokoło Watykanu jak grzyby pod rozłożystym dębem.
Mapa miasta bardzo zachęcała do samodzielnego zwiedzania zabytków i korzystania z publicznego transportu. Rzym, podobnie jak Jerozolima, Paryż, Madryt czy Londyn, nastawiony jest na turystów i pielgrzymów. Miałem więc wyjątkową okazję, żeby na krótki czas, o ile okoliczności będą sprzyjać, stać się „rzymianinem” i na własnych nogach połazikować po tym historycznym mieście.
Za oknami niebo, nawet jeśli czasem szare, to prawie zawsze podszyte błękitem, siąpiło mżawką, rosiło dachy i jezdnie, na których prześcigały się małe hałaśliwe fiaty. Doszedłem do wniosku, że taka niegroźna pogoda nie może być przeszkodą do zwiedzania miasta. Wystarczą przecież zwykłe kalosze i deszczowy płaszcz z kapturem. Strój jak najbardziej stosowny dla mnicha. Następnego dnia postanowiłem ruszyć na podbój Rzymu.
Zacząłem od starożytnego Koloseum, które oficjalnie było Amfiteatrem Flawiuszów, wzniesionym w latach 70.-80. n.e. przez cesarzy z tej dynastii. Usytułowane w centrum miasta jest najczęściej odwiedzanym zabytkiem przez turystów.
Mnie przyszło jednak tę olbrzymią budowlę o eliptycznych kształtach, która w odległych czasach mogła pomieścić blisko 50 tysięcy widzów, przemierzyć w pojedynkę. Byłem samotnym turystą, mnichem w plastikowym, szeleszczącym przy każdym poruszeniu płaszczu, w gumowych kaloszach brata Stefana co najmniej o dwa numery za dużych. Człapałem w nich jak bocian podczas ulewy po kamiennych chodnikach.
Chodząc po ścieżkach dostępnych dla turystów, a teraz prawie opustoszałych, miałem okazję obejrzeć tę unikatową budowlę od zewnątrz i od środka. Imponowała rozmiarami. Wysoka na prawie 50 metrów, spiętrzona w czterokondygnacyjnym układzie, w obwodzie mająca 524 metry i szeroka na 156 metrów. Każde piętro w innym stylu, najniższe w porządku toskańskim, drugie w jońskim, a trzecie w korynckim. Trzy niższe kondygnacje związane konstrukcyjnym układem arkad, czwarte, najwyższe, zaopatrzone tylko w małe okienka.
Od strony wewnętrznej budowla miała pięć pięter. Na najniższym znajdowały się bufety, szatnie, natryski, pomieszczenia dla gladiatorów, klatki dla zwierząt, korytarze. Wokół areny wzniesiono podium. Do Koloseum prowadziło 80 ponumerowanych wejść, dzięki czemu w stosunkowo krótkim czasie można było zapełnić wszystkie miejsca, a po skończeniu imprezy szybko opróżnić. Istniała też możliwość nakrycia całej widowni specjalnymi osłonami chroniącymi widownię w deszczowe lub bardzo słoneczne dni. W przewodniku, który podarował mi Janek, było wiele informacji na temat tego, co działo się z Koloseum w różnych wiekach. Dla mnie ważną informację stanowił fakt, że w 1349 r. w wyniku trzęsienia ziemi zawaliła się zewnętrzna część południowej ściany.
Zwiedzanie Koloseum zajęło mi ponad dwie godziny. Byłem głodny i przemoczony. Chciałem znaleźć ciepłą i przytulną trattorię, w której mógłbym odpocząć. Wyszedłem na piękną i rozległą Via dei Imperiali. Po dłuższej chwili dostrzegłem La Taverna del Fori Imperiali, restaurację reklamującą się dużym wyborem dań. Udało mi się znaleźć stolik bez rezerwacji, prawdopodobnie ze względu na psotną pogodę. Zamówiłem porcję ravioli i czerwone wino. Był to bardzo smaczny posiłek, nieporównywalny z tym, który jadłem trzy dni temu w klasztorze.
Spoglądając na mapę, zorientowałem się, że jestem blisko Forum Romanum, najstarszego placu miejskiego w Rzymie, na którym odbywały się najważniejsze uroczystości publiczne. Odstraszył mnie jednak duży obszar, który musiałbym pokonać w czasie deszczu, i to, że z moim małym skryptowym przewodnikiem sam bym sobie nie poradził. Zdecydowałem się więc na zwiedzenie placu Weneckiego, do którego mogłem dojść piechotą, podążając tą samą Via del Fori Imperiali.
Nie zbaczając z trasy, mogłem teraz dowoli nasycić oczy wystawami z odzieżą i obuwiem, ciekawymi meblami i biżuterią, a także nieco groteskową na mój gust odzieżą damską. Niektóre wystawy zadziwiały artystycznym kunsztem, sprawiały więcej uciechy dla wzroku niż reklamowane towary. Po raz pierwszy odczułem siłę oddziaływania współczesnej sztuki na zwykłego człowieka, przechodnia gapiącego się na sklepowe witryny. Może to miasto i ten kraj – rozmyślałem – od stuleci gromadzące najcenniejsze dzieła ludzkiego geniuszu, mają wyjątkową artystyczną potencję, która tylko tutaj potrafi się skrystalizować i wcielić w dojrzałe dzieło sztuki.
Było to bardzo mocne uczucie, bo do tej pory byłem przyzwyczajony do obcowania głównie ze sztuką sakralną, nie zdawałem sobie więc sprawy, że sztuka niesakralna może we mnie wywołać równie silne przeżycia. Żałowałem, że nie ma ze mną Janka, teraz jego komentarz byłby bardzo pomocny.
Przeczytałem w przewodniku, że plac Wenecki jest ważnym miejscem dla turysty zwiedzającego Rzym. Został zbudowany w XV wieku przez Leone Battista Albertiego. Potem w krótkim czasie ten sam architekt zaprojektował Pałac Wenecki dla kardynała Barbo, wenecjanina, późniejszego papieża Pawła II. Po jego śmierci w 1471 r. pałac ten pełnił przez pewien okres funkcję rezydencji papieskiej.
Z wykładów ks. prof. Alfonsa Schletza, wykładającego w seminarium historię Kościoła, zapamiętałem, że po uwięzieniu Bartolomea Platiny, włoskiego humanisty i uczonego, Paweł II dość szybko popadł w konflikt z humanistami i artystami.
Po śmierci papieża jego następca papież Sykstus IV mianował Platinę bibliotekarzem Biblioteki Watykańskiej. Sporządził on wtedy pierwszy kompletny spis zbiorów biblioteki, który zawierał ponad 3500 woluminów i był największym zbiorem w ówczesnej Europie. Tenże sam papież polecił ozdobić bibliotekę malowidłami, a Melozzo da Forli zamówił fresk upamiętniający Nominację Platiny. Dziś w Pinakotece Watykańskiej.
Po wyjeździe z Polski kilkakrotnie miałem okazję skonfrontować moją fragmentaryczną wiedzę z rzeczywistością. Czułem się zawsze pokonany, moje oczy spostrzegały czterokrotnie więcej od tego, co zapamiętałem ze szkoły, o czym czytałem w podręcznikach i o czym dialogowali nasi prelegenci. Smuciłem się tym, że w Polsce nie było takich dróg z gładką nawierzchnią, jakie widziałem w Ameryce. Będąc w Londynie, zazdrościłem jego mieszkańcom podziemnej kolejki i języka, który rozpowszechnił się na tak wielu kontynentach. W Rzymie miałem uczucie, że chodzę po największym muzeum świata, mogę oglądać starożytność, średniowiecze i współczesność. Na następnym skrzyżowaniu na pewno spotkam Leonarda da Vinci, Michała Anioła lub Rafaela.
Na zapleczu Pałacu Weneckiego mieści się obecnie siedziba towarzystwa ubezpieczeniowego. W prawym jego skrzydle znajduje się niewielkie pomieszczenie, w którym pod koniec życia mieszkał Michał Anioł. Zmarł tam 18 lutego 1564 r. Był jednym z najbardziej utalentowanych i pracowitych ludzi swojej epoki. Jako rzeźbiarz zwykł mawiać: „z mlekiem mamki wyssałem dłuta i młoty, którymi odkuwam posągi”, tak powstały: Pieta, Mojżesz i Dawid. Kiedy malował w Kaplicy Sykstyńskiej ogromne sklepienia, podniecała go niebezpieczna wysokość, niewygodna pozycja i obca mu technika. Powstało arcydzieło – Stworzenie Adama, dziesiątki ludzkich postaci, do których artysta nie potrzebował modeli. Jego znajomość anatomii była tak doskonała, że w sposób naturalny „tworzył” ludzkie postacie. Jako architekt przez ponad dwadzieścia lat prowadził budowę Bazyliki Świętego Piotra. Do projektu wprowadził przejrzystość i przestrzenność, co przyczyniło się do powstania najcudowniejszej budowli, jaka kiedykolwiek została zbudowana dla celów religijnych.
Do klasztoru wracałem przemoczony i zziębnięty, ale w dobrym nastroju. Nie sądziłem, że będę w stanie sam wydrzeć temu miastu tyle sekretów. W małym refektarzu, wypełnionym kuchennymi zapachami, dwaj bracia konwersi spożywali już kolację. Z lubością głodomora przyłączyłem się do nich.
*
Przez cały tydzień padał deszcz i mieszkania klasztorne bardzo się wychłodziły. Nie byłem przygotowany na taki chłód. Zawsze Włochy kojarzyłem z lazurowym błękitem i ciepłą pogodą. Po pierwszym spacerze z Jankiem po mieście wydawało mi się, że cały półwysep wiecznie rozgrzewa olimpijskie słońce. Cela, w której mieszkałem, miała okno z widokiem na ścianę sąsiedniego budynku. Czułem się jak kot zamknięty w klatce. Po kilku dniach zacząłem wydzwaniać do Janka, by dowiedzieć się czegokolwiek na temat projektu okładki do książki, ale tak naprawdę szukałem okazji, żeby wyjść na miasto i mimo słoty spędzić czas w jakiejś trattorii przy winie i ciekawej dyskusji.
Od kilku dni jego odpowiedź była taka sama:
– Mam kilka pomysłów i po kolei rzucam je na papier. Tadeusz, to jak z wierszami, nie zawsze wychodzi za pierwszym razem.
Musiałem uzbroić się w cierpliwość. W sobotę poszedłem z bratem Stefanem do jednego z biur przy watykańskiej kurii, które wydają certyfikaty z błogosławieństwem papieskim. Dla brata Stefana było to rutynowe zajęcie.
Przy okazji dowiedziałem się, że w Watykanie mieszkają głównie dostojnicy Kościoła, księża, zakonnicy i Gwardia Szwajcarska. Codziennie przychodzi blisko trzy tysiące pracowników, mieszkających poza terytorium tego najmniejszego państwa na świecie. Obsługują oni pocztę, radio, stoiska z gazetami, sklepy, dworzec kolejowy i przychodnie medyczne. Brzmiało to wszystko dość surrealistycznie dla mnicha nieprzywykłego do takiej nawałnicy sutann i habitów.
Zaciekawiony spytałem brata Stefana, czy jako mnich z racji swoich ślubów zakonnych jestem też obywatelem Watykanu. Spojrzał na mnie z ukosa, jakbym wodził go na pokuszenie.
– Nie, na pewno nie. Obywatelstwo watykańskie jest tylko czasowe, nawet kardynałowie otrzymują je na czas pobytu w Rzymie.
Brat Stefan, mieszkający w tym mieście od wielu lat i znający dobrze tutejsze zwyczaje, był bardzo pewny swoich odpowiedzi. Wyczułem, że moje pytania lekko go irytowały. Prawdopodobnie myślał, że pokutuje we mnie ciągle świadomość zastraszonego kleryka, który na każdym kroku chciałby korzystać z kościelnych przywilejów, na jakie jeszcze nie zapracował.
Kiedy znaleźliśmy się w kancelarii papieskich błogosławieństw, brat Stefan wiedział, do kogo się zwrócić i jaką należy uiścić ofiarę za każdą petycję. W skórzanej teczce miał ich pięć, trzy z Ameryki od o. Michała w związku z 25 rocznicami ślubów, dwie z Francji, jedna na 50-lecie ślubu już sędziwych małżonków. Cała akcja nie trwała długo, choć nie obyło się bez kurialnych plotek przekazywanych sobie ściszonym głosem.
Po wyjściu z kancelarii spytałem, czy moglibyśmy przejść się na plac św. Piotra. W przeglądanych w sklepach przewodnikach wyczytałem, że kolumny otaczające olbrzymi plac w kształcie elipsy są tak rozstawione, by w miarę zbliżania się do bazyliki skracać perspektywę i przybliżać optycznie fasadę kościoła. Nie wspominając o tym bratu Stefanowi, chciałem przespacerować się po prawie pustym placu, by sprawdzić te informacje.
Brat jednak jakby odgadł moje myśli, gdyż powiedział, że musi jeszcze wrócić do kancelarii, bo zapomniał umówić się na następną wizytę, a ja mogę sobie połazikować po zlanym deszczem placu przez godzinę. Byłem mu wdzięczny, że zostawia mnie samego.
Okazało się, że plac św. Piotra wcale nie był pusty. Co jakiś czas spod tego lub innego filara wyłaniały się dwie lub trzy osoby duchowne w długich sutannach, pod dużymi parasolami, i przechodziły po przekątnej do następnego filara po przeciwnej stronie. Był to niesamowity widok, który nagle pochłonął całą moją uwagę. Nie chciało mi się ruszać z miejsca. Obawiałem się, że jeżeli zmienię miejsce obserwacji, nigdy nie znajdę brata Stefana. Pięć filarów w lewo lub w prawo może spowodować utratę orientacji.
Plac wydawał mi się ogromny, poruszające się postacie małe i coraz mniejsze, w zależności od odległości, jaka mnie od nich dzieliła. Stojąc pod czterorzędową kolumnadą, w suchym i przewiewnym miejscu, czułem ich obecność za moimi plecami. Ilekroć wyciągałem szyję, żeby spojrzeć na masywne sklepienie, przytłaczał mnie jego ogrom. A przecież nie obejmowałem wzrokiem wysokich posągów świętych i doktorów, które były jeszcze nade mną.
W miarę jak próbowałem ogarnąć wzrokiem plac, dotknąć po kolei przedmiotów, które od stuleci zajmowały swoje miejsca, natrafiłem na jego centralny punkt – obelisk. Jak iglica piął się ku niebu, przewyższając wszystkie budowle. Powoli zaczęło też docierać do mojej świadomości, że jest to najstarszy w tym otoczeniu świadek historii. Pamięta szczytowe osiągnięcia starożytnego Egiptu w XIII w. p.n.e., tysiące niewolników pracujących, by ociosać jego kształty, którymi do dziś zachwyca. W latach 37-41 cesarz Kaligula sprowadził go do Rzymu na specjalnych barkach holowanych statkiem przez Morze Śródziemne, by stał się atrakcją i zdobił plac przed jego cyrkiem.
W XVI w. papież Sykstus V po 15 stuleciach nakazał przenieść obelisk po raz trzeci i umieścić go przed Bazyliką św. Piotra, która stała się nowym symbolem Wiecznego Miasta i niekwestionowaną stolicą chrześcijaństwa.
Byłem mocno zdziwiony, kiedy w pewnym momencie usłyszałem głos brata Stefana za swoimi plecami:
– Wygląda na to, że ojciec w ogóle nie ruszył się z miejsca!
– Nie zupełnie tak, cały czas śledzę to, co się tutaj dzieje.
– A co takiego się dzieje? – ze sceptyczną nutą w głosie spytał mój towarzysz.
– Właśnie sam się zastanawiam, co to może być. Pewnie ogrom tego placu sprawia takie wrażenie. Poruszający się po nim ludzie gubią swoje naturalne proporcje. Poza tym większość z nich paraduje w sutannach lub kolorowych habitach (białych, szarych, niebieskich lub czarnych). Od chwili, jak tu przyszedłem, widziałem tylko dwie grupy turystów. Wyglądali dziwnie, bo prawie wszyscy mieli parasole lub nieprzemakalne płaszcze. Nie mogłem rozpoznać, z jakiego przyjechali kraju. Ciągle padający deszcz rozmazywał widok. Gołębie, o których tyle się nasłuchałem, też gdzieś się skryły.
– Jestem tu prawie co tydzień, ale tych wszystkich „nieregularności” nie spostrzegam. Wolę chodzić bocznymi ulicami, żeby nie spoglądać na wycieczki i turystów, kaleczących powietrze błyskającymi aparatami. Nie lubię, jak chcą się ze mną fotografować tylko dlatego, że noszę biały habit. Jak ojciec tu pobędzie trochę dłużej, na pewno przyzna mi rację.
– Może. Ale ja nie mogę się napatrzyć na te widoki. Nawet deszczowa pora nie jest w stanie zepsuć moich przeżyć.
Tymczasem musieliśmy wracać do klasztoru. Brat Stefan planował po drodze zrobić małe zakupy. Podczas kolacji próbowałem wydobyć od moich konfratrów więcej informacji na temat fontann na placu św. Piotra, do których jeszcze nie dotarłem. Powodem był wiersz Rilkego, który sobie przypomniałem:

Dwie misy, jedna przeciw drugiej,
marmurów starych dwa zakola,
z tej górnej lekko wody strugi
spadają ku tej, co na dole.

Żaden z nich nie był pewny, czy ten wiersz dotyczy fontanny zaprojektowanej przez Maderno, czy tej drugiej – przez Berniniego, czy może zupełnie innej, która została tak nazwana po napisaniu tego utworu. W czasie rozmowy wspomniano o rzeźbie św. Jacka, jedynego Polaka wśród 140 doktorów i świętych Kościoła katolickiego na kolumnadzie Berniniego. Brat Stefan twierdził, że jest to 3 figura od portyku, naprzeciwko lewej fontanny. Dość łatwo rozpoznawalna ze względu na to, że atrybutami św. Jacka są monstrancja w prawej ręce i liść wawrzynu w lewej.
W poniedziałek w klasztorze pojawił się Janek Głowacki. Wciągnąłem go do refektarza, żeby razem zjeść śniadanie. Przyszedł z rysunkami do Madonn. Nim mi je pokazał, zaczął jednak opowiadać o problemach, na jakie natrafił. Jednym z powodów były przeczytane wiersze.
– Tematy religijne nigdy nie są łatwe, tym bardziej Madonny, a na dodatek jeszcze polskie madonny, pomazane lukrem niczym pączki, którymi można się objadać na odpustach. Twoje madonny są już inne i dlatego chciałem, by przy malowaniu ich wizerunków podążać nowym tropem. Malowałem je więc ułamaną sosnową gałązką, z której w każdej chwili mogła zacząć kapać żywica.
Poczułem na ciele gęsią skórkę, nie wiedziałem, czego mam się spodziewać, grubych krech, tłustej zieleni czy brudnych fioletów. Zrozumiałem, że moje madonny będą od tej pory interpretowane przez innych. Janek jest pierwszym takim zawodowym krytykiem. Słowa, w jakie je wystroiłem, odsłoniły też moje wnętrze. W poezji sacrum nie może kłamać, musi mieć swoje zaplecze w teologii i filozofii, w innym wypadku rozwieje się jak mgła.
Kiedy w końcu rozłożył na stole rysunki i oczy nieco się oswoiły z ich pastelowymi barwami, moje serce zaczęło się dziwnie zachowywać. Poczułem przypływ radości, że Jankowi udało się z napisanych słów namalować obrazy, a ja byłem w stanie rozpoznać w nich wiersze, które go zainspirowały. Moja Częstochowska z okładki szaro-brązowo-jesiennej na zgaszonym żółtym tle była podobna do tej, do której jako chłopiec modliłem się na Jasnej Górze. Bez brylantowych sukienek i pereł. Moja Październikowa „na polskim niebie w płaszcz planet okręcona jawiła się jako pełna łaski królowa przestworzy”.
Oczami wodziłem po zamalowanych kartonach, jakby na nich były rozproszone moje myśli. Podziwiałem umiejętności malarskie Janka: że obrazy, które mi teraz pokazywał, były ledwie dotykane farbami, a równocześnie dobrze wpisane w wiersze.
Janek widząc, że rysunki zrobiły na mnie wrażenie, zaproponował, bym z nimi pobył przez następnie dwa, trzy dni, nim zdecydujemy się je wysłać do wydawcy. Było mi to na rękę, bo chciałem prześledzić, które utwory okazały się „przetłumaczalne” na język farb i pędzelka.
Bardzo podobała mi się ilustracja do wiersza Kapłan osnuta na motywie stuły kapłańskiej: jeden jej koniec do złudzenia przypominał fragment wieży, z której na ostatniej kondygnacji matka z dzieciątkiem spogląda na świat boży, a drugi niczym wahadło zegara wznosił się i opadał.

Kapłan na ołtarzu głogowym,
Słowo – ciałem namaszcza,
Słowo – winem krwi kropi,
Rumiankami krzyż zdobi
i aniołami ściętymi w cyprysy.

Po dwóch dniach zadzwoniłem do Janka, by się z nim spotkać. Wyglądało na to, że deszcz przestanie padać i będzie można pochodzić po mieście. Ucieszył się, bo akurat przygotowywał materiały, które chciał pokazać kustoszowi kościoła św. Augustyna, w czym miałem mu towarzyszyć. Kiedy wspomniałem bratu Stefanowi, że wybieram się z Jankiem Głowackim do augustianów, poradził mi, bym założył pulower pod marynarkę, bo może być zimno.
Janek już czekał na mnie przed klasztorem. Miał na sobie ocieplaną sportową kurtkę. W sam raz na takie chłody. Poszliśmy wąskimi uliczkami w kierunku dość ruchliwej części miasta, on jak zwykle prześlizgiwał się pomiędzy ludźmi jak zaskroniec, a ja ledwie mogłem za nim nadążyć. Zmierzaliśmy do małego placyku San Agostino, przy którym znajduje się kościół św. Augustyna. Jan umówił się z kustoszem na pierwszą, więc mieliśmy trochę czasu, żeby napić się czegoś po drodze. W ustach Jana znaczyło to, że ma ochotę na karafkę czerwonego wina i stosowną do tego przystawkę, czyli placek pizzy z włoskim salami. Na via della Scrofa, gdzie właśnie dochodziliśmy, restauracji i pizzerii nie brakowało. Janek wypatrzył taką, która była nastawiona na lokalną klientelę, a nie na turystów. Wyszukał stolik w zacisznym kącie, blisko dużego pieca kamiennego.
Nasza rozmowa szybko zeszła na temat rysunków i okładki, które Janek przygotował dla Oficyny Poetów i Malarzy w Londynie. Podzieliłem się z nim swoimi wrażeniami. Doszliśmy do wniosku, że nie będziemy dłużej zwlekać i wyślemy je do Czesława i Krystyny Bednarczyków. W ten sposób Madonny będą miały szansę zaistnieć jako książka już na początku 1964 r. Na samą myśl o tym wyrastały mi pióra z łopatek.
Janek, wlewając z karafki do szklanek reszki czerwonego wina, wymógł na mnie obietnicę:
– Tadeusz, te wiersze, do których robiłem ilustracje, są ciekawe. Nie będę na tobie z tego powodu wieszał świecidełek. Mam przeczucie, że jako poeta wiesz, że to dopiero początek i za chwilę zacznie się twoja wspinaczka pod górę. Chcę jednak, byś mi obiecał, że w następnym tomiku wyśledzę u ciebie jakiś ślad pobytu w tym kraju. Tu rodziły się i gasły poprzednie kultury. Powietrze jest gęste i lepkie od nich jak żywica ściekająca ze świeżo naciętej sosny.
Byłem szczerze wzruszony jego podejściem do sztuki i głęboką wiarą w jej oddziaływanie. W następnych tygodniach miałem wiele okazji do tego, by się upewnić, że to, co mówił, płynęło z głębokiego przekonania.
– Tadku, nie chcę cię nudzić moją rozmową z kustoszem. Lepiej będzie, jak w tym czasie zwiedzisz kościół. Jest to jeden z pierwszych renesansowych kościołów w Rzymie, zaprojektowany przez Leona Battistę Albertiego i ukończony w 1483 r. Ma prostą fasadę, zbudowaną w oparciu o normy stosowane kiedyś przez Greków i Rzymian. Fasada posiada trzy portale, wnętrze podzielone jest na trzy nawy. Po każdej stronie znajduje się po pięć kaplic z absydami. Zajrzyj do każdej, są przepełnione dziełami sztuki. Chciałbym, żebyś zwrócił uwagę także na dwa arcydzieła tego okresu, jedno w wykonaniu Rafaela – fresk Proroka Izajasza, którym zachwycał się Stendhal, a drugie Caravaggia – Madonnę pielgrzymów.
Rozstaliśmy się przed samym kościołem. Janek poszedł na plebanię, a ja po wejściu do bazyliki i oswojeniu się z półmrokiem – przez witrażowe okna wpadało niewiele światła – natknąłem się w pierwszej kaplicy po lewej stronie na obraz Caravaggia Madonna dei Pellegrini, o którym wspomniał Janek. Była ona zupełnie inna od tych, do jakich przywykłem w Polsce. Mniej wyidealizowana religijnie, ale za to bardzo ludzka i naturalna. Jej delikatna twarz, pełna zrozumienia dla prostych i biednych wieśniaków z brudnymi i zadeptanymi stopami, którzy przyszli pokłonić się jej synowi, wprawiała wręcz w zdumienie. Maria, odziana w powłóczystą szatę, z troską pochyla się w stronę gości. Dzieli ich zaledwie jeden schodek. Caravaggio kochający kontrasty nie waha się wyeksponować nagiego i delikatnego ciała dziecka oraz odkrytej szyi jego matki. Cała scena jest przedstawiona bardzo realistycznie i zmysłowo. Ze wszystkich postaci promieniuje cielesna witalność. Postacie Madonny i Dziecięcia są piękne, mogłem tylko domyślać się, że modelami byli piękna kobieta i dwuletni chłopczyk. Wystrój kościoła i prawie nieruchome powietrze upewniły mnie, że patrzę na obraz religijny, w innym wypadku miałbym uczucie, że znajduję się w muzeum.
Ogromne wzruszenie towarzyszyło mi podczas oglądania fresku Prorok Izajasz Rafaela – na trzecim filarze głównej nawy. Izajasz jest postacią o pokaźnej budowie. Promieniuje z niego ogromna siła i prorocza pewność. Stojące po obu stronach anioły są widzialnymi świadkami jego przeczuć i przepowiedni.
W tejże świątyni została pochowana św. Monika, matka św. Augustyna. Przypomniałem sobie chwile jej czułego pożegnania z synem w Ostii, na kilka dni przed śmiercią. Zapamiętałem ten fragment z Wyznań, które przez wiele lat były moją ulubioną lekturą.
W pewnym momencie w kościele pojawił się Janek. Widząc, że mam wilgotne oczy i na twarzy błąka mi się jeszcze wzruszenie, spytał o przyczynę.
– Janku, nie wiedziałem, że natknę się tu na grób św. Moniki. To święta, którą szczególną życzliwością darzyła moja matka. I zupełnie nieoczekiwanie poczułem w krtani lekki skurcz.
Rozmowa Janka z kustoszem trwała prawie dwie godziny. Chodziło o odświeżenie na chórze dużego fragmentu polichromii. Janek dosyć długo targował się, by zapewnić sobie jak najkorzystniejszą cenę i pokrycie kosztów materiałów. Był w dobrym humorze i próbował mnie jak najszybciej wyciągnąć z kościoła na świeże powietrze. Czułem, że udało mu się wywalczyć godziwą kwotę i otrzymać zadatek.
Znałem to uczucie zadowolenia, kiedy ojciec – malarz pokojowy – zabierał mnie ze sobą „godzić pracę”. Często po otrzymaniu zadatku szliśmy do cukierni na ciastko i gorące kakao. Z Jankiem było podobnie, zaciągnął mnie do pobliskiej trattorii, gdzie można było dostać kurczaka z rożna, którego poćwiartowano na naszych oczach. Świeża sałata, czerwone wino i delikatne mięso smakowały wyśmienicie. Jednak podczas rozmowy posmutniałem, bo okazało się, że Janek będzie miał teraz mniej czasu na nasze „łazikowanie” po mieście.
Następnego dnia brat Stefan wręczył mi list od ojca Michała Zembrzuskiego. Nie musiałem go nawet otwierać, by domyślić się, że będzie to zachęta do szybszego powrotu do amerykańskiej Częstochowy.
Drogi Ojcze Wacławie,
Mam nadzieje, że udało się Ojcu załatwić wszystkie sprawy związane z wydaniem „Madonn”. Chcielibyśmy mieć Ojca z nami w pierwszej połowie grudnia. Po zakupie biletu proszę mnie powiadomić o dacie przylotu, wyślę po Ojca na lotnisko któregoś z naszych braci.
Z Bogiem
O. Michał M. Zembrzuski
Wikariusz Generalny

No cóż, wszystko co przyjemne musi się skończyć, psując przy tej okazji nasze dobre samopoczucie. Spodziewałem się tego listu już od dłuższego czasu, ale kiedy się pojawił ze wskazanym terminem wyjazdu, zrobiło mi się naprawdę szaro i buro. Przecież dopiero zacząłem zanurzać się w dzieje tego niepospolitego miasta, które jak słynną włoską lazanię trzeba próbować warstwa po warstwie, wiek po wieku, zagłębiając się w historię Etrusków, Rzymskiego Imperium, najazdu barbarzyńców, chrześcijan, średniowiecza, renesansu, baroku i czasów mniej odległych.
Na to, żeby przynajmniej pobieżnie zapoznać się z niektórymi ważnymi obiektami tego miasta, zostały mi niecałe dwa tygodnie. Następnego dnia, zaraz po śniadaniu postanowiłem wrócić na plac św. Piotra. Słońce tym razem przepłoszyło chmury. Nie musiałem otulać się plastikowym szeleszczącym płaszczem. Wróciłem do punktu, z którego przed kilkoma dniami obserwowałem obelisk i obie fontanny.
Ta po lewej stronie była fontanną Berniniego, ta po prawej Maderny, obie radośnie tryskały wodą, w której chętnie kąpały się gołębie. Kiedy zbliżałem się do obelisku, z podstawą i krzyżem wysokiego na prawie 40 metrów, ogarnęło mnie dziwne uczucie. Czułem na sobie kamienne spojrzenia 140 doktorów i świętych Kościoła katolickiego, patrzących z wysokości kolumnady Berniniego. Wśród nich najdostojniejsi: święty Augustyn z Hippony, autor Wyznań i monumentalnych ksiąg Państwa Bożego, oraz św. Hieronim ze Strydonu, tłumacz Pisma Świętego z języka greckiego i hebrajskiego na język łaciński. Ów przekład najbardziej utrwalił się w pamięci potomnych. Z retorycznie pięknie poukładanych zdań tworzono potem definicje dogmatów i najróżnorodniejsze przybudówki katolickiej doktryny. Teolodzy skubali te teksty i do dziś skubią jak owce trawę na wiecznie zieleniejącym pastwisku.
Z ogromnego placu prowadzą do bazyliki schody zaprojektowane również przez Berniniego. Po obu ich stronach stoją posągi św. Piotra i św. Pawła. Fasada kościoła została wykonana przez Carlo Madernę po wygraniu konkursu, tworzą ją olbrzymie kolumny, między którymi znajdują się duże okna. Z tego usytułowanego w środku tzw. loggii błogosławieństw papież udziela błogosławieństw Urbi at Orbi.
Wnętrze bazyliki – tej największej chrześcijańskiej budowli, gdzie jednocześnie mieści się prawie 60 tys. ludzi – jest tak zaprojektowane, że mimo kaplice, w których można prześledzić historię chrześcijaństwa i historię sztuki wplecioną w jego dzieje.
W pierwszej kaplicy z prawej strony znajduje się Pieta, jedna z najwspanialszych rzeźb Michała Anioła. Powstała w latach 1498-1500 na zamówienie francuskiego kardynała de Bilheresa. Początkowo znajdowała się w kaplicy św. Petroneli – jako część nagrobka, w którym został pochowany zleceniodawca. Rzeźba odznacza się wyjątkową harmonią i pięknem. Stanowi klasyczny przykład renesansowego dzieła sztuki. W przeciwieństwie do innych prac Michała Anioła jest wygładzona i ma elegancki wygląd. Znawcy przypuszczają, że artysta uzyskał taki efekt przez polerowanie marmuru słomą.
Rzeźba przedstawia dorosłego mężczyznę spoczywającego bezwładnie na kolanach kobiety. Postać Marii jest większa, ale ukryta pod fałdami szat nie rzuca się w oczy. Artysta mimo kontrastów potrafił zachować wyjątkową dynamikę i piękno całej bryły.
Spoglądając na Pietę, nie czułem potrzeby zginania kolan ani przywoływania modlitewnych strzelistych aktów. Matka Bolesna, trzymająca na kolanach umęczonego syna, to młoda kobieta. Rany po ukrzyżowaniu niewielkie, ślady po gwoździach na stopach ledwie zaznaczone, nie przechodziły na wylot. Helleńsko piękne ciała Chrystusa i Marii są same w sobie godne uwielbienia. Przyszedłem tu raczej po to, by podziwiać piękno artystycznego dzieła, a nie po to, by znaleźć jeszcze jedną okazję do odmówienia pacierza.
Po prawej stronie bazyliki znajdowało się jeszcze wiele ciekawych obiektów, jak: kaplica świętych relikwii, kaplica św. Sebastiana, kaplica Najświętszego Sakramentu z tabernakulum wykonanym przez Berniniego, kaplica Gregoriańska z pięknym XII-wiecznym freskiem przedstawiającym Najświętszą Marię Pannę.
Po wyjściu z bazyliki i powolnym spacerze po placu św. Piotra próbowałem znaleźć jakąś kafejkę, w której mógłbym wypić podwójne cappuccino i posortować myśli. Na szczęście nie było to trudne zadanie. W małej przytulnej Caffe Stella miałem do wyboru rzymskie sałatki, lody, ciastka i kawę. Uraczyłem się sernikiem i cappuccino à la Neapolitanko. Po zaspokojeniu głodu zajrzałem jeszcze raz do przewodnika od Janka, chcąc się upewnić, czy nie przegapiłem jakiegoś ważnego obiektu.
Okazało się, że mój zmysł spostrzegania był niezadowalający, gdyż kierowałem się sympatiami do artystów, o których już coś wiedziałem. Autor przewodnika, prawdopodobnie inżynier lub architekt, opisuje bazylikę przy pomocy narzędzi pomiarowych, przytacza co chwilę mnóstwo cyfr, które uświadamiają nam, że oglądane oczami arcydzieła są również arcydziełami symetrii i matematycznych obliczeń.
Oto kilka fragmentów tych opisów: ołtarz główny znajduje się pod czterema pilastrami, 7 m nad grobem św. Piotra. Został wykonany na zamówienie Urbana VIII przez Berniniego w 1633 roku z jednego bloku marmuru pochodzącego z Forum Nerwy. Wymiary w centymetrach 435 x 200 x 123. Wzdłuż zejścia do grobu płonie w dzień i noc 99 lamp. Ołtarz osłania przebogaty baldachim podtrzymywany przez 4 spiralne kolumny 28,5 m wysokie. Całość waży 93 tony. Grób rybaka z Galilei uświetnia majestatyczna kopuła. Wysokość wewnętrzna, mierząc z kopułą, od posadzki do sklepienia wynosi 119 m. Perymeter każdego z 4 pylonów podtrzymujących kopułę sięga 71 m. Średnica kopuły wynosi 59 m, w kościele jest jeszcze 10 mniejszych kopuł. Pod kopułą widzimy okrążającą tambur na wysokości 53 m. Podobnym wyliczaniom nie ma końca. Pojemność mojej czaszki była zbyt mała, żeby poradzić sobie z tymi wszystkimi cyferkami. Mimo to do klasztoru wracałem nasycony informacjami jak żubr, który przez przypadek natrafił na niestrzeżone pole kukurydzy.
Przez następnych kilka dni próbowałem zrozumieć na przykładzie bazyliki, w jaki sposób religia i sztuka potrafiły ze sobą tak blisko współistnieć, nawzajem się inspirować i stworzyć tak wspaniałe dzieła.
*
Przed wyjazdem do Nowego Jorku spotkałem się z Jankiem jeszcze dwa razy. Chciałem się upewnić, że wysłał projekt okładki i pozostałe rysunki do Oficyny Petów i Malarzy w Londynie. Ostatnie nasze spotkanie odbyło się w dzień mojego odlotu do Ameryki. Poprzedniego wieczoru Janek zadzwonił do klasztoru z zapytaniem, czy mógłbym wziąć dla Brunona Sadnickiego małą przesyłkę, i że chciałby mnie odprowadzić na lotnisko. Ucieszyłem się, bo każdy kontakt z nim rozbudzał moje zamiłowanie do sztuki i otwierał nowe horyzonty.
Przyszedł do klasztoru przed jedenastą, w momencie gdy pakowałem do walizki osobistą bieliznę i drobiazgi, które dla ojca Michała przekazał mi brat Stefan. Upominek dla Brunona włożyłem pomiędzy ubrania, by nie uszkodzono go w czasie transportu. Na lotnisko Leonarda da Vinci pojechaliśmy pociągiem, podróż trwała około 40 minut. Na pogawędkę mieliśmy prawie dwie i pół godziny. Po oddaniu bagażu wylądowaliśmy w restauracji szybkiej obsługi, gdzie serwowano pizzę i chłodzone piwo, które rozwiązało nam języki. Janek zaczął:
– Co wy tam robicie w tej Ameryce?
– Szczerze mówiąc: niewiele. Przymierzamy się do wybudowania wielkiego sanktuarium, ale jak na razie to szkice i plany na makietach. Gdy wyjeżdżałem do Londynu, wycinano drzewa na zalesionym wzgórku, na którym to wszystko dopiero ma powstać. Mieszkamy w farmerskich domach po dwóch, po trzech, ze stodoły została zrobiona kaplica. Żyjemy więc w Ameryce pisanej przez małe „a”. Myślę, że zrobiłeś dobrze, zostając w Rzymie.
– Ja też tak myślę, choć swojego losu nie da się przewidzieć do końca. Tu jestem sobą, pędzel kieruje moją ręką, a ja wykonuję różne działania, najczęściej spontaniczne, bez przymusu. Cieszę się kolorami, owalną lub połamaną linią, a nawet pustą przestrzenią, bo wiem, że mogę ją wypełnić własnymi pomysłami. Wiem, że za którymś tam razem pędzelkiem dotknę absolutu.
Ta wypowiedź zrobiła na mnie wrażenie, zrozumiałem, że język artysty może być równie głęboki jak myśli teologa lub mistyka. W obu wypadkach naga abstrakcja stroi się w modne kostiumy, które mogą się nam podobać.
Przed odlotem żegnałem się z nim jak z bratem. W ostatniej chwili wręczył mi lekturę do samolotu Benevenuta Celliniego żywot własny spisany przez niego samego, przełożony przez Leopolda Staffa, a wydany przez PIW w 1953 roku.


Utwór „Po raz pierwszy w Rzymie” jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska (CC BY 3.0). Pewne prawa zastrzeżone na rzecz Tadeusza Chabrowskiego oraz Wschodniej Fundacji Kultury „Akcent”. Utwór powstał w ramach programu współpracy z Polonia i Polakami za granicą w roku 2015. Zezwala się na dowolne wykorzystanie utworu, pod warunkiem zachowania ww. informacji, w tym informacji o stosowanej licencji, o posiadaczach praw oraz o programie współpracy z Polonią i Polakami za granicą. Treść licencji jest dostępna na stronie http://creativecommons.org/licenses/by/3.0/pl/