Marek Kusiba. Rajskie

Spis treści numeru 2/2017

Rajskie

W połowie sierpnia 2005 roku pojechałem z moim starszym synem Mateuszem w Bieszczady, do Rajskiego nad Sanem, żeby odszukać miejsce, w którym sześćdziesiąt lat wcześniej banderowcy zamordowali moich dziadków, a jego pradziadków – 34-letnią Helenę Ochała z d. Kręcisz i o rok od niej starszego męża Stanisława Ochałę. Był inżynierem, kierował kopalnią ropy naftowej, założonej tam w 1869 r. przez dziedziczkę wioski hrabiankę Urszulę Golejewską.

Chciałem dowiedzieć się czegoś więcej o okolicznościach, w jakich uniknęli śmierci moja matka, wtedy 14-letnia dziewczynka, oraz jej 7-letni braciszek. Zapisy historyków II wojny są nader skromne (pisownia oryginalna): w lipcu 1945 „we wsi Rajskie pow. Lesko (Bieszczady) upowcy zamordowali 2 Polaków: dyrektora kopalni ropy Ochała z żoną; ich 2 dzieci, głodne, przez kilka tygodni kryły się na cmentarzu, aż zabrali je żołnierze”1.

Zanim moja mama skróciła sobie męki nieuleczalnej choroby i definitywnie uciekła od mar przeszłości, przekazała mi tylko fragmenty, ułomki wspomnień. Równie oszczędny w relacjach był mój ojciec, Józef Kusiba. Znał Bieszczady jak własną kieszeń, w czasie wojny prowadził przez nie kurierów, jak i tabuny turystów długo po jej zakończeniu. Opowiadał, jak latem 1945 roku wywiózł z Rajskiego chłopca i dziewczynkę, która w sześć lat później została moją matką. Ojciec zajmował się wtedy reorganizacją lotnictwa na Podkarpaciu i dysponował amerykańskim studebakerem US-6 z napędem na trzy osie; tylko takim pojazdem wojsko mogło dotrzeć do Rajskiego – mosty były pozrywane – dlatego poprosiło go o pomoc.

Z opowieści obojga – zanim się rozstali, gdy miałem 16 lat – zapamiętałem też tajemniczy cmentarz nad spienionym Sanem, na którym przez dwa tygodnie moja matka spędzała noce, ratując życie własne i braciszka. Banderowcy szukali dwójki polskich dzieci, by dokończyć mordu. Podobno łemkowscy sąsiedzi nie wydali ich banderowcom z litości nad własnymi dziećmi, zaprzyjaźnionymi z Alicją i Zbyszkiem.

To wszystko musiałem sprawdzić, ustalić, wyświetlić. Całymi latami odwlekałem dziennikarskie śledztwo, zwyczajnie bojąc się zderzenia z faktami. Przeczuwałem, że Alicja mogła być mimowolnym świadkiem tragedii swoich rodziców.

Analizując dzisiaj jej życie, dochodzę do wniosku, że tego kwietniowego poranka Alicja umarła także. Owszem, próbowała dalej żyć, ale nie umiała. Urodziła dwóch synów, ale gdy zaczęli dorastać, zostawiła dom, męża i dzieci i któregoś sierpniowego poranka roku 1968 wsiadła do pierwszego pociągu, jaki się wtoczył na dworzec w Krośnie.

Tak straciliśmy mamę po raz pierwszy.

Pociąg przyjechał z Zagórza, węzła kolejowego nad Sanem, poza którym zaczynają się geograficzne Bieszczady. Alicja wysiadła w Gdyni, dopiero wtedy, gdy kolejarz jej powiedział, że pociąg dalej nie jedzie.

Na dworcu znalazła ogłoszenie o pokoiku do wynajęcia w Chylonii. W „Głosie Wybrzeża” – ogłoszenie o kursie dla dźwigowych w Stoczni im. Komuny Paryskiej w Gdyni. Po kilku tygodniach kursu została suwnicową. Powinienem napisać, że Alicja rozpoczęła nowe życie. Ale jakie to było życie?

Po dwóch latach dopadła ją znowu polityka, od której tak daleko uciekła. 17 grudnia 1970 roku poszła razem z innymi stoczniowcami do pracy. Na pomoście Gdynia-Stocznia zaczęto do nich strzelać. Przy niej padli koledzy, rażeni kulami. Poszła za wyrwanymi z toalety drzwiami, na których nieśli zabitego 18-latka Zbyszka Godlewskiego z Ełku, uwiecznionego w „Balladzie o Janku Wiśniewskim”. Pod WRN-em znowu padły strzały. Ktoś wciągnął ją do bramy.

Co było potem, muszę dowiadywać się od jej znajomych. Alicja milczała prawie do końca. Nie chciała wracać ani do roku 1945, ani do 1970. Zaczęła opowiadać podczas odsłaniania pomników poległych stoczniowców w Gdańsku i Gdyni, w grudniu 1980. Potem znowu zamilkła.

Brała udział w strajku w Stoczni Gdańskiej, pracowała razem z Anną Walentynowicz na tej samej suwnicy, współtworzyła pomnik Poległych Stoczniowców: tak zwaną niską suwnicą woziła kadzie z płynnym brązem, który wlewano do form na płaskorzeźby, widniejące na pomniku.

Na jednym z reliefów zastygły na wieki cztery postacie rozpaczających kobiet i słowa poety:

„Który skrzywdziłeś człowieka prostego
Śmiechem nad krzywdą jego wybuchając
NIE BĄDŹ BEZPIECZNY poeta pamięta
Możesz go zabić narodzi się nowy
Spisane będą czyny i rozmowy
2.

Do Gdyni-Stoczni, gdzie natępnego dnia wczesnym świtem odsłaniano „rozstrzelaną siódemkę”, Alicja nie pojechała.

Kilka lat później zachorowała. Podobno przyczyną był Czarnobyl – tak sugerowała lekarka na onkologii we Wrzeszczu. Tamtego weekendu, gdy radioaktywna chmura przesuwała się nad północną Polską, moja matka wyrabiała jak zwykle nadgodziny. „Robię nadgodziny, bo nie mam rodziny” – mawiała.

Rodzina była daleko. Wtedy byliśmy już w Kanadzie.

Gdy przyjechałem w 1997 roku do Polski na konferencję i zostałem na kontrakcie, pewnego dnia zadzwonił telefon. Lekarka z onkologii przekazywała prośbę Alicji, bym ją zabrał do domu.

Chciała umrzeć w swoim mieszkaniu w Sopocie. Zdobyła je od spółdzielni, po wielu latach samotnych starań. Do końca była samotna. Od początku – aż do samego końca.

Tak straciliśmy mamę po raz drugi.

Historia Alicji wydaje się nieprawdopodobna. A jednak jest prawdziwa. Miała to rzadkie szczęście (a raczej nieszczęście) przerobić we własnym życiorysie historię XX wieku na ziemiach polskich. Dzieciństwo w Borysławiu, ucieczka przed Rosjanami do Rajskiego, gdzie dopadli ich w 1945 r. Ukraińcy. Nieudane małżenstwo w Krośnie, ucieczka do Gdyni, praca w stoczni Komuny Paryskiej, udział w wydarzeniach grudniowych 1970, przenosiny do Stoczni im. Lenina w Gdańsku, udział w sierpniowym strajku, praca przy budowie Pomnika Stoczniowców, stan wojenny, Czarnobyl…

Gdy połknęła wszystkie środki przeciwbólowe, jakie znalazła w domu, miała zaledwie 67 lat.

INTRO

Pod Tołstą

Moi dziadkowie
We wspólnym grobie
Bez głów.

Odcięte głowy
Toczą rozmowy
Bez słów.

Nad krwawym Sanem
Nogi spętane
Bez stóp.

Związane ręce
Kolczastym wieńcem
Stu kłów.

Sierpem księżyca
Cięta tętnica
Złych snów.

Znów tu pod Tołstą
Wojna i Tołstoj
I nów.

A nad Otrytem
Oczy zakryte
Ma Bóg.

Studenne

Pamięć jak stół
Starty ścierką.
Pęknięte lusterko
Na pół.

Zwyczajny człowiek.
W powietrzu blizna.
Młody mężczyzna
Z siekierą w głowie.

Żaden anarchista
Ani monarchista.
Polak-katolik.
Boże broń komunista.

Mózgu półkule
Prawa i lewa
Wiszą na drzewach
Ptaki ścięte bólem.

Miał dwójkę dzieci.
Mróz martwą żonę
Stroi w koronę
Zamieci.

Bieszczadzki kwiecień:
Wyją wilki,
Gwiżdżą kulki,
Śmiercią miecie.

Nocą nad Sanem
Hosanna krzyków,
Terkot języków
I lament.

Pamięć jak stół
Do gry wspomnieniami.
Jedyny wygrany:
Ból.

I Alicja wspomina Borysław

Wieże.
Wiertnicze wieże.
Las drewnianych szybów.
Drewniane chodniki, nawet drogi.
Polskie Klondike tonęło w błocie, do domów
Prowadziły pomosty, wydawało mi się, że mieszkamy
Na statku. Z moim młodszym bratem bawiłam się w transatlantyk
A jak padało, a tam często padało, nasz dom zamieniał się w tonący Titanic.
Po deszczu góry parowały, a my baliśmy się, że to płoną kopalnie.
No i zapach, słodko-mdławy, przenikający przez skórę
Zapach wszędobylskiej ropy. Nawet chleb
Pachniał ropą, na tę ropę nie było
Sposobu. Wyjechaliśmy
Stamtąd pod nowe
Wieże.

II Alicja wspomina Rajskie

Ojciec
Był wiertaczem.
Może nawet inżynierem.
W Rajskiem kierował kopalnią.
Z Borysławia uciekł tam przed Rosjanami
Albo Niemcami. Było to w czterdziestym drugim
Albo pierwszym. Myślał, że nad Sanem łatwiej przetrwać
Wojnę. AK radziło mu zabierać rodzinę i wiać nim przyjdą bandy.
Nie chciał słuchać: Ja, Polak, mam się bać? Złapali oboje
Na kopalni, gdy mama niosła mu obiad. Siekierą
Odrąbali im ręce, nogi, głowy. Sąsiad
doradził: dzieci na cmentarz, to
bezpieczne miejsce,
grób to dobry
schron.

III Alicja wspomina pierwszą noc na cmentarzu

Na szczęście
Zabrałam naftówkę
I zapałki. Koce, swetry.
Mój mały braciszek stale płakał.
Powiedziałam mu, że to prima aprillis
Bo akurat był pierwszy kwietnia. Zaczął padać
Ulewny deszcz. Za kurtyną z deszczu poczuliśmy się
Bezpieczniej, zupełnie jak w domu. Przypomniały nam się
Nasze zabawy w transatlantyk. Ale tym razem naprawdę płonęła
Kopalnia, a słodko-mdławy zapach ropy był także odorem
Rozkładających się ciał. W naszym grobowcu leżały
Dwie nowe i dwie stare trumny. Gdy wreszcie
Brat zasnął, z jednej starej przeniosłam
Do drugiej piszczele, czaszkę.
Włożyłam koc. Spanie
To nie było, bo jak.
Ale zawsze.
(…)


1 S. Żurek: Kalendarium ludobójstwa dokonanego przez Ukraińców na Polakach w latach 1939-1948; http://www.stankiewicze.com/ludobojstwo/1945_4.html.

2 Fragmenty wiersza Czesława Miłosza Który skrzywdziłeś; podanie wersalikami NIE BĄDŹ BEZPIECZNY jest pomysłem projektantów płaskorzeźby i pomnika Roberta Peplińskiego i Elżbiety Szczodrowskiej.

Całość w papierowym wydaniu „Akcentu”.