Runda
Poprowadził ich Lazarus. Siostry wzięły płaszcze
mężczyzn i jedzenie. Stanęli przy budzie celnika,
pod sykomorą, tyłem do pustyni.
Syczący pogłos szedł od lampek strażników;
piach, stygnąc, przechwycił ten motyw. Wtedy pierwszy,
Galilejczyk, wyjął miecz, a ten drugi – świecącą włócznię.
Siedli odwróceni w stronę muru, pozostałym
rysował się płaskowyż stosów na ogniska nomadów,
przejętych w tej chwili długim światłem zachodu.
Na początku padła kwestia winy i odkupienia,
potem przeszli do sprawy typu: błąd bycia przekonanym,
czy chwilowość przewidzeń. Rzucali losy
o kamień zwany Animalis. Marta serwowała chleb
z bryndzą i oliwki. Magdalena przyglądała się
szpotawej stopie tego drugiego, szepcząc – to już
było i zawsze jest inaczej.
Spożywali niespiesznie, wierząc, że będzie
płacone przez pokolenia.
To (że przegrywam spór o istnienie świata)
Wietrznie tu jest. Stosunkowo. Kawałek gazety rano
mierzy się z ulicą. W przedpokoju pusty wieszak chybocze
jak metronom. Winda kontempluje rytm: otwiera, zamyka,
otwiera, zamyka pełne usta
Piszesz już. Zakładam dziecku konto. Ta pieczołowitość
z jaką kasjer anulował owada na kuloodpornej szybie,
tuż przed moją twarzą… Bankierska solidność uniesień.
Tego nam brak. Czasami
Nie rozmawiamy. Jak w teatrze. Lustra, lustra, usta ciemnieją –
finita la… la… machajmy rękami. Dalej z prądem, skoro morze
kręci się wraz z nami. Kręci w głowie. Skąd ta fraza: żyje
jak wieloryb i umiera – w zonie wszystkich mórz
Rzednieje w mrok. Ten gnom polewa moje malwy! Powiedzieć
coś typowego? Otóż chodzę po wodzie. Nie wiem o tym nic,
a tym bardziej nie myślę o – to woda myśli za mnie.
Dlatego przegrywam ten spór
Po każdej stronie. I lubię patrzeć, lubię
jak larwa mierzy się z łodygą bluszczu, żeby zobaczyć
co tam dalej, jak tam dalej
będzie.